Filozofia · 6 min czytania
1.4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Promienie słońca lały się radośnie na czerwone wypalane dachówki stromego dachu, który sam w sobie był tak radosny, że aż fantazyjnie powykręcany jak wesoły żak albo prestidigitator wewnątrz parku, czy na szczycie uwagi kolorowego tłumu. Garbate gonty spływały w złamane jeszcze w miękkości za młodu, zachodzące na siebie dachówki, świadcząc o harmonii i ciągłości, pieczołowicie zbudowanej rękami budowlańców, sowicie okraszonej dużą dozą wyobraźni i życzliwości przez pomysłodawcę, który to pomysłodawca aż sam nie może nadziwić się urokliwości swojego wyobrażenia, które tak doskonałe kształty przyjąć się zgodziło.
Tym smutniej - i piękniej wyglądają fioletowe ściany sąsiednich budynków, krzywo stłoczonych po sąsiednich uliczkach kwartału, szaro skulonych nad czeluściami podwórzy, fioletowe od mroku, fioletowe od szarości, fioletowe od zazdrości, fioletowe od sinych twarzy ludzi, którzy bytują w ich fioletowych, spuchniętych trzewiach, przesyconych alkoholem, narkotykami, złością, żałością, przykrością i niedocenionymi, niespełnionymi marzeniami. Jak łatwo teraz wyobrazić sobie zawartość domu słonecznego, co mieszka w nim, jaka muzyka snuje się korytarzami, jakie myśli snują się w ludziach.
Ale przecież to tylko kolory. Pani Leokadia nie jest rumiana, wesoła i żywa. Panią Leokadię pożera to coś, co jest rozpięte pomiędzy tym, co jest panią Leokadią w środku pani Leokadii, a tym co jest mieszkaniem wewnątrz jej mieszkania. A tego, co ją pożera jest bardzo dużo, ponieważ pani Leokadia jest bardzo schowana w sobie, a jej mieszkanie w sobie. I nie ma tu spokoju ani nasycenia, jest homeopatyczna pustka. To tylko kolory, bo pani Leokadia, chociaż szara, smutna i stłamszona, to jest częścią słonecznego domu. Po prostu ten dom wyrasta z fioletu. A chociaż wszystkie domy wokół mają ściany wręcz całe fioletowe, a dachy szare, to okna świecą im na żółto. Pani Leokadia nie mieszka w fiolecie, mieszka tam, gdzie ściany są jasne, rzeźbione i piękne, ale jej okna są zasłonięte. Kiedy przelatują koło nich ptaki, tylko nagły ruch firanki i żarłoczne kłapnięcie okiennic wygłasza im epitafium, a potem trzy piórka wolno spadają ku nieistniejącemu już dla nich chodnikowi.
Gdzieś ponad czerwonym, radosnym dachem pyknęło w powietrzu i na tyle wysoko, by upadając, stuknęli głośno, lecz na tyle nisko, by się nie zabić, znikąd pojawili się goście w świecie kolorów, postrzeżenia i słowa. Dach rozbłysnął feerią odcieni pomarańczy, kolory wesoło podskoczyły jak protuberancje na słońcu.
- Cho