Przyjaźń · 6 min czytania
1.41421
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Siedzieliśmy kiedyś na parapecie z gontu, na ceglastym dywanie marzeń. Pół metra przed naszymi stopami rozpoczynała się przepaść zakończona brukowaną śmiercią. Czyhająca osobliwość ludzkiego życia – śmierć. Jedyny powód istnienia czasu bo gdyby czasu nie było to śmierć byłaby wieczna, ustanowiona na stałe jak teza w dowodzie. Czas, litościwy patron ludzkiego życia nie spieszył się wtedy z zaznaczaniem swojej obecności. Delikatnie dawał o sobie znać w ruchu chmur pomarańczowiejących na zachodzie, w szumie liści i w zaskakujących oznakach życia innych ludzi. Niesamowite to było – dowiadywać się co chwila i co chwila zapominać, że jacyś obcy nas otaczają, istnieją i żyją, gdy tak oczywistym się zdawało, że jedyne życie jest tu, na tym parapecie i żadnego innego nie ma i nie będzie.
Były w tamtym powietrzu żyletki, purpurowe orkany bólu i nieludzkiego cierpienia, lecz rozmywały się w promieniach słońca, które zachodziło i od tamtej pory wiecznie zachodzi. Były twarze mroku, które kryły się w uśmiechach, spojrzeniach spod powiek i dymie papierosów ulatniającym się w nienawistniejące powietrze. To wszystko było, czyhające.
Była jakby szyba pomiędzy tym, co być może, a tym co jest i jest niedyskusyjne. Jest przepaść pomiędzy dotykiem ust na ramieniu i w zagłębieniu szyi, a tęsknotą do dania tego pocałunku i jest przepaść pomiędzy pragnieniem tego, a pragnieniem, by było to pierwsze, świeże i czyste.
Potem jeszcze małe in flagranti pomiędzy jedną nieświadomością, a drugą. Niewiedza nigdy tak wspaniale nie smakowała jak wtedy gdy zderzyły się języki i nawzajem posmakowały siebie wargi. I gdy ciało zdawało się być tak wspaniale chętne, sprężyste i giętkie, a nie artretyczne, ciężkie i jak z betonu.
Część 22 / 2
A potem żyletki, a potem czerwień, strach i ciemność.
Od tamtego czasu kilka gwiazd powstało i eksplodowało, lecz w postaci parapetu z czerwonego gontu nie zmienia się nic. Ci, co na nim siedzieli już dawno odeszli, byle dalej od siebie, czasem zderzając się jak kule bilardowe, na chwilę, przedzieloną niekończącymi się chwilami separacji i samotności. Gdzieś w relacji pomiędzy ludźmi umarła cała rzeczywistość, której już nie będzie. Zostały tylko głosy w głowie – milion pomnożony przez dwa.
Jedna z osób schodzi w dół budynku marzeń, mijając kolejne piętra śmierci. Na jednym umarł erotyzm, wolny i zmysłowy seks z osobą, która zna jego język i rozumie te wszystkie sygnały, na które przeważnie odpowiedź znają tylko mokre sny.
Na kolejnym umiera niewinność – błoga nieświadomość własnej słabości,…