Fantastyka · 13 min czytania
1. Głupi nie zawsze ma szczęście
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Żołnierze, bracia i druhowie moi, czy widzicie przed sobą błyszczącą się w blasku słonecznym równinę, która jest waszym przeznaczeniem? Czy widzicie już to pole przeplecione tęczą kolorów, różnobarwne kwiaty, które od dłuższego czasu nie czuły woni mordowanych i gnijących ciał? Czy słyszycie głosy ludzi, którzy od tysięcy lat oddawali na tych wrzosowiskach swą krew, aby napoić te rośliny? Usłyszcie jak was wołają, poczujcie ich gniew! Czy chcecie zamienić się w to, co oni? Jeżeli nie, to spełnijmy swój obowiązek, dajmy wrogowi szybką i krwawą śmierć! Pokażmy naszym przodkom, na co nas stać i utoczmy parę litrów krwi!! Panowie! Czas się zabawić! Dlaczego podporucznik Rascan zawsze używał tych samych słów przed bitwą? Jedni powiedzą, że zapewne jest to głupi osiłek, który niechcący dorobił się tak wysokiego stopnia w wojsku, a za te parę słów, które wygłasza przed każdą bitwą zapłacił pierwszemu lepszemu bardowi, a sam pomysł pewnie podsunął mu jego jedenasty syn. Może byłoby to prawdą gdyby nie to, iż nasz weteran jest bezpłodny. Swoją drogą dobrze byłoby uświadomić mu to, bo, po co mają marnować się te wszystkie kobiety, które najpierw rżnie a później po około trzech do czterech miesiącach zabija w jakiś mało wykwintny sposób tylko, dlatego, że nie doczekał się widoku lekko zarysowanego pod suknem dziewki brzucha! Żołnierz Rascan jest jednym z tych wodzów, który uważaj, że dopóki jego strategia działa to dopóty może ją stosować. Zawsze dziwił mnie ten sposób myślenia, a dokładnie to, kiedy dojdzie do zmian, jeśli on sam zginie? Na nieszczęście mój ulubieniec nazywany przez niektórych Gołębiarzem w tym dniu wykorzystuje szczęście z całego tygodnia i oczywiście udaje mu się ujść ze swoim nędznym żywotem. Nazywam się Saiyn i w tym momencie jestem najemnym mordobijcą na usługach znamienitego wodza, który właśnie w dość delikatny sposób zasugerował, że powinniśmy ruszyć nasze tyłki do frontalnego natarcia i pokazać wrogowi, że jednak potrafimy obsługiwać narzędzia związane z naszym zawodem. Łatwo mu mówić, bo przecież on nosi na sobie kaftan z grubego płótna, naszyty dachówkowato żelaznymi łuskami, bechterowe nagolenniki i skórzane rękawice, które jako tako chronią przed ciosami. W prawej dłoni trzyma kiścień, czyli rodzaj dość eleganckiej broni obuchowej złożonej z trzonka oraz przymocowanej do niego za pomocą łańcucha żelaznej kuli z takimi małymi i dość efektownymi w działaniu kolcami. Najciekawsze jednak w tej broni jest to, że kowal, który tą broń składał musiał być nieźle, wstawiony, bo zamiast około piętnastu cali długości łańcucha ten model posiadał około dwudziestu dwóch! Ważne pewnie jest jeszcze to, że taką broń każdy szanujący swe życie i swoich podwładnych wojownik, nie powinien stosować wśród swoich towarzyszy doli lub niedoli! Ale nie, Rascon oczywiście rzucał się na wroga i tłukł go niemiłosiernie w szyku. Co mieliśmy robić? Zawsze czekaliśmy …albo padnie on albo zrobi nam trochę miejsca. Czemu zawsze zdarzało się to drugie? Większość z nas wyposażona była w proste królewskie miecze – potocznie nazywane po prostu bambusami, czyli broń przeznaczoną zarówno do cięć jak i do sztychów. Najlepsze jednak jest to, że oczywiście, aby dać wrogowi szansę lataliśmy prawie nie opancerzenie, a bynajmniej w czymś, co w obozie szumnie zwało się zbroją! Z tego, co pamiętam tylko Lethyss miał starą zbroje karacenową, jednak jak to nam cały czas tłumaczył z drobnymi ulepszeniami typu: wielka dziura w zbroi równa się nowemu i swobodniejszemu obiegowi powietrza. No tak gazy zawsze były jego specjalnością, a zarazem największym problemem. Reszta miała lekkie skórzane kamizelki, długie i wytarte przez lata walk i wędrówek rękawice oraz zwykłe farmerskie spodnie cuchnące chlewem i bliskością gówien leżących na ziemi. Na szczęście nie dalej jak dwa dni temu napadliśmy na wóz kupiecki i okazało się, że wiózł on sandały dla posterunku w Maran. Tak, więc szczęśliwi, że chociaż nogi nas nie bolą biegliśmy w odległości około piętnastu jardów od naszego wodza gotowi na to, co szykuje nam dzień. Mam nadzieję, że w tym momencie domyśliliście się już, że nie jesteśmy żadną elitarną grupą na usługach wielkiego, zamożnego i wspaniałomyślnego magnata tylko kilkunastoma bandytami, żebrakami i chłopami, którym nie do końca podoba się życie, a że nic specjalnie nie możemy w nim zmienić to wykorzystujemy je, chociaż po to, aby uprzykrzyć je innym. Było nas około czterdziestu trzech, niezgrabnych, szalonych i nieprzyzwoicie śmierdzących, stojących na płaskiej polanie otoczonej pagórkami, na których sporadycznie rosły pochylone pod ciężarem owoców dzikie jabłonie i grusze. Jedna jedyna brzoza, która stała na wzniesieniu położonym akurat na wprost przed nami dawała schronienie rodzinie królików, która nie świadoma niebezpieczeństwa, mogącego jej zagrażać radośnie skubała zieloną i soczystą trawę. Do tego momentu oprócz tych małych braci w okolicy nie było żywej istoty… Aż do teraz…. Nigdy nie sądziłem, że ujrzenie piechoty górskiej w pełnym umundurowaniu, w liczbie około setki i sierżantem siedzącym na koniu może doprowadzić mój lewy palec u prawej nogi do skurczu! A co dopiero, kiedy twarze wszystkich tych wyćwiczonych żołnierzy spoglądają na twój własny oddział, wykrzywia paskudny uśmiech żądzy ujrzenia naszych chudych trupów - nie piszę gołych, bo kto by chciał nas ograbić, zresztą niby z czego?. Właśnie miałem zamiar [przedsięwziąć]powziąć niezbędne kroki, a mianowicie obrócić się i jak zajączek na polance uciekać ile sił w moich chudych nogach, kiedy to Rascan zaczął swoją przemowę …tak jakoś wyszło, że skoczyliśmy zaraz za nim. Po tej potyczce zawsze się zastanawiałem, co poszło nie tak? I zawsze dochodziłem do wniosku, że to „nie tak” stanowimy my sami. Odległość między nami a wrogiem stale się zmniejszała, ale ze względu na trudności, jakie dostarczał nam pagórkowaty teren przedostanie się w pobliże nieprzyjaciela niemiłosiernie się przeciągało. Na szczęście nasi wrogowie pewni byli, że będziemy biec w odwrotnym kierunku, więc zyskaliśmy szanse na nie tyle, co przeżycie, ale chociaż zadanie przeciwnikowi jak największych strat, podczas gdy oni wciąż zdziwieni stali w nieładzie. Tak się dziwnie złożyło, że pobiegłem zaraz za Rascanem. Na przedzie widziałem Gołębiarza i jego długie czarne włosy powiewające w pędzie, oraz stu mężczyzny, o dość głupich minach. Potem pamiętam już tylko świst żelaza…jęk…i ból w lewym palcu prawej nogi… Doskoczyliśmy do nich niczym nienażarte wilczury walczące ze