Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 37 min czytania

(1) Zielona sukienka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przeoczyłam moment, w którym przestał mnie kochać. Umknął mi, jak autobus, na który spóźniłam się dziś rano w drodze do pracy, do którego biegłam w butach na wysokim obcasie, potykając się o krzywo ułożone płyty chodnikowe, z laptopem przewieszonym przez szyję i językiem sięgającym pasa. Jak kartka z listą zakupów, którą złożyłam na czworo i przed wyjściem nieopatrznie zostawiłam na stole, jak setka istotnych rzeczy, o których zapominam każdego dnia, bo taka moja natura i największa wada. Próbuję go przywołać, wyczytać z brązowych plam na kuchennej ceracie i dziur po pineskach na korkowej tablicy, ogołoconej przeze mnie ze zdjęć i żółtych samoprzylepnych karteczek w akcie złości nieprzynoszącym oczekiwanej ulgi. Wywróżyć z magnesów chaotycznie rozrzuconych na drzwiach od lodówki. Poskładać skrawki blednących już wspomnień w chronologiczny ciąg zdarzeń, znaleźć praprzyczynę, zrozumieć, gdzie tkwił błąd i kto go popełnił. A im bardziej się staram, tym bardziej nie potrafię. Gaszę papierosa w popielniczce najeżonej od niedopałków, sterczących tłumnie w manifestacji mojego osamotnienia, mojego nieszczęścia, mojego absolutnie złego samopoczucia. Omiatam wzrokiem kuchnię, zatrzymując go na stercie brudnych talerzy zalegających w zlewie, resztkach wczorajszego obiadu walających się po podłodze, tłustych plamach na stole. Od kilku dni nie sprzątałam. Szczerze mówiąc nie mam ostatnio zbyt wiele czasu na sprzątanie – zbyt zajęta jestem rozpamiętywaniem, darciem na strzępy zdjęć, kartek pocztowych i listów, kasowaniem wiadomości z pamięci telefonu, złorzeczeniem i rozpaczliwym łkaniem pod kocem, w rogu kanapy. Obudziłam się dziś o czwartej nad ranem, jak wczoraj, przedwczoraj i tydzień temu. Wpatrywałam się w sufit szeroko rozwartymi oczyma, suchymi z emocjonalnego przemęczenia, próbując znaleźć odpowiedź. Kiedy następuje i jak długo trwa proces rozkładu związku? Czy da się określić konkretne ramy czasowe, wskazać na osi zdarzeń jego początek? Szukałam w pamięci znaków, których mogłam nie zauważyć, subtelnych, malutkich wskazówek, ukrytych dla oczu nie wystarczająco czujnych, nie wystarczająco uważnych, zbyt mało podejrzliwych. Brakowało tych oczywistych i tych do bólu banalnych, takich, co to pokazują je w telewizyjnych serialach, w których mąż - karierowicz zdradza żonę - kurę domową i, jak ostatni idiota, zostawia w koszu na brudną bieliznę koszulę ze znakiem czerwonej szminki na kołnierzu. Musimy porozmawiać. Zdanie – wytrych, otwierające szeroko każde oczy. Zdanie, które nie zwiastuje niczego dobrego i zawsze oznacza większe lub mniejsze kłopoty. Szczerze mówiąc, spodziewałam się raczej tych mniejszych. Jechaliśmy windą, jedną z tych starych, zabawnych wind z podwójnymi drzwiami, które trzeba mocno zatrzasnąć, bo inaczej winda nie ruszy. Wcisnął przycisk piętra i oparł się plecami o ścianę, tępo wpatrując się w przestrzeń mijaną za przybrudzoną szybą. To chyba nie jest idealny moment, odpowiedziałam, przeglądając się w poplamionym ściennym lustrze. Przez jego powierzchnię biegło pionowe pęknięcie, niemal idealnie przecinając moją twarz na pół. Poślinionym palcem starałam się zetrzeć tusz rozmazany pod dolną powieką. Jeżeli idealny moment w ogóle istniał, powiedział bardziej do siebie niż do mnie, to minął już dawno temu. Zaintrygowana odwróciłam twarz od lustra i przyjrzałam mu się badawczo. Co przez to rozumiesz, chciałam zapytać, ale nie zdążyłam, bo winda drgnęła gwałtownie i zatrzymała się ze zgrzytem. Bez słowa otworzył przede mną drzwi, a ja przeszłam pod jego ramieniem, zdejmując z kwiatów biały ochronny papier. Jakie to były kwiaty? Żółte lilie przełamane krwistą czerwienią róż. Zieleń dekoracyjna. Srebrna wstążka. Idealna kompozycja na wyrażenie osobistych gratulacji. Gratuluję, moja droga. Wyboru mężczyzny, zdolności aktorskich i sprytu. Gratuluję, naprawdę udało ci się mnie zaskoczyć. Zapalam kolejnego papierosa, zaciągam się głęboko, wydmuchuję dym ustami i patrzę jak unosi się w powietrzu, zabarwiając siną smugą przestrzeń. Wygląda trochę jak półprzezroczysta ośmiornica, która rozpościera ramiona i rozwija swoje macki, parzy nimi cząsteczki tlenu, zatruwa ich zawartość. Tak, wiem, nie powinnam palić. Zaciągam się ponownie. Myślę o tym, że wchodząc wtedy do tamtego mieszkania wciąż nie wiedziałam, wciąż tkwiłam w jakże mylnym przekonaniu, że wszystko jest w zupełnym porządku, że wrócę, nie, że wrócimy za kilka godzin do domu, ja zrzucę buty na wysokim obcasie, a on rozwiąże krawat, wślizgniemy się pod kołdrę przebrani w kraciaste piżamy pachnące proszkiem do prania, ja z książką, on z gazetą, że zaśniemy, jak co wieczór, ramię w ramię, ciało przy ciele, ciemność złamana niebieską poświatą telewizora automatycznie wyłączającego się po kwadransie. Otworzyła nam drzwi jej zielona sukienka. Idealnie dopasowana, odsłaniająca uda i ramiona. Ponętnie opinająca piersi, talię i biodra. Otworzył nam drzwi dekolt w jej sukience. Źle się ubrałam, przemknęło mi momentalnie przez głowę, zbyt mało ekstrawagancko, zbyt skromnie, zbyt przyzwoicie. Niezależnie od wcześniejszych postanowień i dokonanych na specjalne okazje zakupów, finalnie zawsze wkładałam ciuchy bardziej zakrywające, niż odkrywające, wybierałam barwy stonowane i raczej maskujące, tak, jakbym bała się, że ktoś zwróci na mnie uwagę, że ktoś mnie zauważy, jakbym wolała wtopić się w tło, niż na nim błyszczeć. Masz takie piękne nogi, mruczał czasem dotykając nosem mojego karku, gdy stałam przed lustrem w garderobie, załóż coś krótkiego, prosił, a ja i tak, mimo jego widocznych protestów, wskakiwałam w nieśmiertelne dżinsy, dopasowany podkoszulek i buty na obcasie. Żeby nosić ubrania odsłaniające uda znacznie powyżej kolan i bluzki z dekoltem sięgającym znacznie poniżej linii obojczyków, trzeba mieć tupet i trzeba mieć odwagę, której od zawsze mi brakowało. Ona ją miała. Otworzyła nam drzwi i wchodząc do środka zorientowałam się, że zapomniałam zedrzeć z kwiatów ochronny papier. Zrobiłam to szybko z przepraszającym uśmiechem i wręczyłam jej bukiet. - Klara - powiedziałam całując ją w policzek - Gratulujemy właściwej decyzji. Pachniała piżmem, duszącym, intensywnym, luksusowym zapachem z drogiej perfumerii, którym, jestem tego pewna, przesiąka bezwzględnie wszystko, co znajduje się w jej otoczeniu, którym przesiąkła już moja skóra, bez mojego przyzwolenia, więc, pomyślałam z niesmakiem, będę czuć na sobie jej obecność przez kilka godzin, aż do momentu, w którym wrócę do domu i zmyję go pod prysznicem. Podobnie jak stroje, zapachy wybierałam raczej delikatne i subtelne – używanie intensywnych perfum od zawsze uważałam za wyraz złego smaku. - Ładna sukienka – powiedziałam niepotrzebnie, zupełnie jakbym chciała jej się przypodobać. Prawda była taka, że nie znałam jej, a przez to miałam niewiele do powiedzenia. W takiej sytuacji zawsze stawiałam na kurtuazję, zakładając, że pochlebstwem można wkraść się w każde łaski i osiągnąć poziom endorfin optymalny do nawiązania dobrej relacji. Dziś, gdy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że w tamtym konkretnym momencie najprawdopodobniej chciałam, żeby pomyślała, że jestem miła. Najprawdopodobniej chciałam, żeby mnie lubiła. Właściwie to od kiedy pamiętam, na tym właśnie polegał mój problem – zawsze chciałam, żeby wszyscy mnie lubili. Nawet ci, których nie lubiłam ja. Ładna sukienka, powiedziałam więc, a ona uśmiechnęła się w odpowiedzi na ten niezbyt wyszukany komplement i po chwili zniknęła w poszukiwaniu wazonu odpowiedniego dla naszych kwiatów. Patrzyłam zasmucona na jej kołyszące się biodra i odsłonięte uda, z zakłopotaniem wsunęłam dłonie w tylne kieszenie dżinsów, po raz kolejny żałując, że je na sobie mam. Kontem oka zerknęłam na Piotra i zrobiło mi się przykro. On też patrzył. Jak już wspomniałam, nie znałam dobrze Klary. Była koleżanką Piotra z pracy, jedną z tych bystrych, odpornych na brak snu, zorientowanych zadaniowo copy-writerek, którym najlepsze pomysły przychodziły do głowy w środku nocy i które bez namysłu sięgały wówczas po telefon i wybierały numery swoich współpracowników, zupełnie nieczułe na fakt, że rujnują im tym samym spokój i komfort domowego zacisza. Czy ona nie ma nic lepszego do roboty, jęczałam półprzytomna chowając głowę pod poduszką, sprawdziwszy uprzednio, że fluorescencyjne wskazówki na ściennym zegarze wiszącym nad łóżkiem wskazywały w pół do trzeciej, czemu nie ma faceta, kota, czemu nie ma nietoperza albo chociaż świnki morskiej, którym mogłaby poświęcać czas, narzekałam, ale on odbierał zawsze. Przez półprzymknięte oczy obserwowałam z rezygnacją, jak trzymając telefon przy uchu po omacku szukał na nocnym stoliku papierosów, jak wychodził z pokoju, człapiąc bosymi stopami po drewnianej podłodze, okryty tylko prześcieradłem. Od roku pracowali nad wspólnym projektem i pewnie pracowaliby za chwilę nad kolejnym, gdyby Marta nie złożyła w ubiegłym tygodniu wypowiedzenia. Znalazła coś, jak się wyraził Piotr, „znacznie lepszego”, przy czym „lepsze” oznaczało w jego nomenklaturze „lepiej płatne”, a właściwie to ją znaleziono, bo, jak przypuszczam, dotychczasowa praca absorbowała ją na tyle, że nie starczyłoby jej czasu na poszukiwania nowej, a nawet na bardziej intensywną myśl o jej zmianie. Myliłam się, jak się później okazało, bo poza pracą absorbowało ją coś jeszcze. I, jak się później okazało, jej pozapracowe zainteresowania miały mieć dla mnie kolosalne znaczenie. Nigdy nie traktowałam jej w kategorii zagrożenia. Nawet wtedy, gdy spotkałam ich przypadkiem na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej, pamiętam, że cudem udało mi się znaleźć wolne miejsce parkingowe i zaparkować samochód, śpieszyłam się na spotkanie z klientem i powtarzałam w myśli kluczowe kwestie wymagające omówienia starając się jednocześnie zahamować stresogenny przypływ adrenaliny, gdy kontem oka wychwyciłam charakterystyczny zamszowy płaszcz z czarnym, wełnianym kołnierzem. Stanęłam na chodniku. - Piotr? – spytałam zdziwiona, zakładając kaptur. Był środek stycznia i padał śnieg. Odwrócił się i spojrzał na mnie, zaskoczony. W ręku trzymał kartonowy kubek z logiem jednej z sieciowych kawiarni. Nie nosił czapki, płatki śniegu osiadały na jego ciemnych włosach i ramionach płaszcza. Przeziębi się, pomyślałam natychmiast ze złością, przeziębi się i zarazi mnie, a ja przecież nie mogę chorować teraz, gdy w moim kalendarzu roi się od opatrzonych wykrzyknikami zapisków podkreślonych grubą kreską. Patrzył na mnie przez kilka sekund nic nie mówiąc. Powinnam była zauważyć chwilową konsternację w jego spojrzeniu, powinnam była zauważyć grymas, który przebiegł przez jego twarz, nawet jeśli błyskawicznie udało mu się go zatuszować szerokim uśmiechem i pocałunkiem w policzek. - Adrianna – ucieszył się na mój widok nieco zbyt przesadnie, na co również nie zwróciłam uwagi, zajęta myślą, że właśnie przemakają mi buty, eleganckie szpilki z czarnej skóry na zbyt wysokim obcasie, zupełnie nieodpowiednie na tę pogodę i pieszą przeprawę dłuższą niż przejście z podziemnego parkingu do windy. Nagle drzwi kawiarni za jego plecami otworzyły się i stanęła w nich ona, z tą swoją burzą rudych włosów, z zielonymi skośnymi oczyma i trójkątną drobną twarzą nadającą jej koci wygląd, w czerwonej szmince i czarnym długim płaszczu z wysoko postawioną stójką. Wydała mi się wtedy zjawiskowo piękna, drapieżna, interesująca. Westchnęłam zazdrośnie w uznaniu dla urody stanowiącej negatyw mojej własnej. Podobno większość kobiet marzy o tym, żeby wyglądać zupełnie inaczej, przy czym inność ta sprowadza się najczęściej do kolorystyki i faktury włosów - te, które mają włosy kręcone, chciałaby mieć włosy proste i na odwrót, blondynki chciałyby być brunetkami, a brunetki najchętniej przefarbowałyby się na blond. Typowy dla kobiet brak satysfakcji z własnego wyglądu będący przejawem braku satysfakcji w ogóle, poczucia, że to, co mają, z założenia nie może być dobre, tęsknoty za tym, co inne i beznadziejnie nieosiągalne, a przez to w ich mniemaniu lepsze. Ja zawsze chciałam mieć włosy płomienno rude, skręcone w tysiące drobnych loków, które trudno jest rozczesać, a nawet rozdzielić palcami - gdy byłam dzieckiem wierzyłam, że takie włosy zarezerwowane są dla czarownic, dla syren zwodzących marynarzy i dla zbójnickich córek potrafiących celnie strzelać z łuku i dosiadać konia w galopie, takie włosy, moim zdaniem, najlepiej pozwoliłyby wyrazić moją osobowość, a raczej osobowość którą mieć bym chciała. Niestety moje własne były proste i długie, regularnie zdobione pasemkami sztucznego blondu od kiedy z prawdziwego wyrosłam i ich kolor zmienił się ze złotego na popielaty, nosiłam je rozpuszczone i czesałam przed każdym spotkaniem grzebieniem wyjętym z podręcznej torebki. Prawda była taka, że mój ojciec był inżynierem, a nie zbójem, a ja sama na konia wsiadałam tylko wtedy, gdy upewniłam się, mocno ściskając wodze w dłoni, że nie ruszy z miejsca, więc nawet nie miałam co się farbować. W rudym wyglądałabym niewiarygodnie, jakbym była złożona z elementów dwóch różnych układanek i najprawdopodobniej nawet nie czułabym się dobrze, podobnie jak w zbyt kusej kiecce albo bluzce głęboko odkrywającej dekolt. Klara - Ada, Ada – Klara, przedstawił nas sobie wtedy, a my uśmiechnęłyśmy się do siebie uprzejmie. Wytłumaczył, że wyskoczyli na kawę w przerwie na lancz, w ogóle mnie to nie zaniepokoiło, bo też i nie było powodu do niepokoju - normalna sprawa, koledzy z pracy mijają się w korytarzach, podbierają sobie dziurkacze i pineski, jadają ze sobą lancze i wspólnie piją kawę z tekturowych kubków. Pierwsza konfrontacja nie trwała długo, chwilę potem spojrzałam na zegarek, spóźnię się, pomyślałam, pożegnałam się szybko i ruszyłam dalej, z torbą na laptopa przewieszoną przez ramię, stąpając niepewnie w butach na zbyt wysokim obcasie po oblodzonym chodniku. Czy gdybym wtedy szukała miejsca parkingowego kilka minut dłużej, spotkałabym ich na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej idących za rękę? Czy gdybym nie zawołała go wtedy i zatrzymała się na chwilę, ujrzałabym, jak ona wychodzi z kawiarni i wsuwa zziębniętą dłoń do kieszeni jego płaszcza, a potem obserwowałabym, z półotwartymi ustami, jak odchodzą, wpół objęci, jak ona odwraca do niego twarz i mówi coś z uśmiechem, jak strzepuje śnieg z jego ramienia, albo, jeszcze gorzej, jak kładzie na tym ramieniu głowę? Być może. Nic takiego jednak się nie stało. Tamtego dnia miałam się nie dowiedzieć. Miałam wrócić do domu, włożyć kapcie i ubić mięso na kotlety schabowe. Miałam pomalować paznokcie na bezbarwny kolor i czekać na niego na kanapie, przed telewizorem, próbując obejrzeć coś interesującego, coś, co nie byłoby reklamą ani kolejnym polskim serialem. Miałam żyć w nieświadomości przez kolejne pół roku. Na tamtym przyjęciu wydanym przez Klarę z okazji zmiany pracy widziałam ją po raz drugi. Przedtem słyszałam czasem jej głos przez telefon, gdy odbierał połączenie w trybie głośnomówiącym – wydawała mi się wtedy taka poważna, taka do bólu rzeczowa. Żadnej frywolnej nutki, żadnej kokieterii, żadnych żartów ani poufałości, na które pozwalają sobie od czasu do czasu ludzie spędzający przy wspólnym projekcie wiele godzin. Konkretna, biznesowa rozmowa, której ton powodował, że oczyma wyobraźni widziałam jej szczupłą sylwetkę pochyloną w skupieniu w obrotowym fotelu, nogi w czarnych cienkich rajstopach założone jedna na drugą, drobną bladą twarz bez uśmiechu, stertę papierów na biurku. Czasem słyszałam, jak między jednym a drugim zdaniem zaciąga się papierosem. Jak mogłabym podejrzewać ich o cokolwiek, co wykraczałoby poza ich projekt, poza ciekłokrystaliczny ekran komputera i wyświetlacz telefonu migający jej nazwiskiem? Jak można mieć romans z kimś, kto brzmi przez telefon tak, jakby się w ogóle nie uśmiechał? Poza tym Piotr był zagorzałym przeciwnikiem palenia, zawsze twierdził, że palące kobiety budzą w nim obrzydzenie. Nie zauważyłam momentu, w którym przestał odbierać połączenia w trybie głośnomówiącym. Byliśmy jednymi z ostatnich gości. Z przyklejonym do twarzy uśmiechem obserwowałam, jak Piotr wita się ze wszystkimi, jak ściska ręce mężczyznom, jak lekkim skinieniem głowy pozdrawia kobiety. - Adrianna, bardzo mi miło – przedstawiałam się i wyciągałam do nich dłoń, nie starając się nawet przyswoić podawanych w odpowiedzi imion. Nigdy nie miałam do nich pamięci. Nie przepadałam za spotkaniami ze znajomymi Piotra z pracy. Odnosiłam wrażenie, że nie mam im nic interesującego do powiedzenia i przeszkadzało mi to. Kampania taka, kampania owaka, najnowszy spot przygotowany dla strategicznego klienta, baner reklamowy na stronę popularnej wyszukiwarki internetowej, moja nieruchoma twarz zastygła jak maska w wymuszonym uśmiechu. Starałam się wykrzesać ze swojego spojrzenia chociażby minimum zrozumienia pozwalającego zaistnieć w ich grupie i zyskać akceptację, niestety bezskutecznie, na co wskazywał ich wzrok ślizgający się po mojej twarzy i nie zatrzymujący się na jej powierzchni, wędrujący dalej. Kiwając głową z udawanym zainteresowaniem czułam się taka mało istotna, niespecjalnie inteligentna, wtopiona w tło nie tyle przez dżinsy i dopasowany podkoszulek, co przez własne milczenie. Nic więc dziwnego, że piłam za dużo, a Piotr patrzył na mnie z dezaprobatą i dyskretnie wyjmował mi z dłoni kieliszki. Wlewałam w siebie wino czerwone półwytrawne i uśmiechałam się bez zrozumienia. Ocenili mnie szybko, jestem tego pewna. Świat liczb i formuł wprowadzanych do excelowskich arkuszy uznawali za przerażająco nudny i mało zrozumiały, kiwali głową z udanym zainteresowaniem, gdy w odpowiedzi na ich grzecznościowe pytania krótko i rzeczowo opowiadałam, na czym polega moja praca. Skanowali mnie mało uważnym spojrzeniem, szufladkując w myśli jako mało interesującą, przewidywalną, pozbawioną wyobraźni dziewczynę Piotra, którą trzeba jak najszybciej pod naprędce wymyślonym pretekstem pozostawić sam na sam z na wpół opróżnionym kieliszkiem i wymienić na bardziej ekscytującego towarzysza rozmowy. Z każdym kolejnym kieliszkiem pozbywałam się wewnętrznego napięcia i potrzeby bycia zaakceptowaną, polubioną, docenioną na płaszczyźnie towarzyskiej, intelektualnej i zawodowej. Z każdym kolejnym łykiem coraz mniej starałam się ich słuchać i uprzejmie kiwać głową, moje ruchy zaczynały być bardziej miękkie, ciało traciło męczącą sztywność. W takich sytuacjach nigdy nie wiedziałam co zrobić z rękami, czy trzymać je założone na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
(1) Zielona sukienka — czytnik · opowiadania