Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 20 min czytania

1. Żmija w Wyborowej

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Była szósta rano, gdy Witek złapał dżdżownicę. Galanta, mruknął do siebie. Robak wił się w jego rękach niespokojnie, gdy nagle dostał ataku drgawek. „Co jest kurna?” zaciekawił się Witold. Wibracje był na tle silne, że jego ręka sama zaczęła wibrować. Przynęta wibrator, pomyślał. W chwilę później zwierzątko przestało się trząść i zesztywniało jak drut. Przyjrzał się temu bystrym wzrokiem wędkarza. Pstryknął w nią palcem, a ta nic. „Nawet się nie wygła” zauważył. „No i jak ja cię teraz na haczyk nadzieje?”. Odczekał chwilę, po czym usiadł na ściętym drzewie przy polu i zatopił się w myślach. Minęły dwie godziny. Po ciężkiej pracy umysłowej zmęczył się bardziej niż przy zeszłorocznych żniwach (a ładnie wtedy obrodziło). Na szczęście, nie poświęcił tych dwóch okropnych godzin na marne. Wydedukował, że załączył się jej mechanizm obronny, słyszał kiedyś o czymś takim w telewizji jak oglądał program o jakiejś dziwnej żabie. I był z siebie dumny. „Dziadek mój zawsze mawiał: jeśli żmija cię jadem to ty ją spirytusem”. Zazwyczaj upijali się do nieprzytomności słysząc to powiedzenie, ale teraz zrozumiał, że zostało ono wówczas błędnie zinterpretowane. Nie chodziło wcale o to, że żmija to żona i że trzeba się napić na umór, żeby nie czuć jak cię kąsa. Sens dziadkowych słów był dosłowny. Zatem położył robaka na drzewie. Schylił się do plecaka, z którym miał pójść na ryby i wyjął spośród rozmaitych gratów tam zamieszczonych (radia, gazety, butelek, sznurków, nożyków, kanapek itp.) trzy rzeczy. Szczoteczkę, pastę do zębów i spirytus. Na szczoteczkę wycisnął pastę, następnie wsadził posmarowaną część do butelki ze spirytusem, wymieszał trochę i odłożył spirytus, ówcześnie upewniając się czy oby na pewno jest dobrze zamknięty. Pastą spirytusową zaczął myć zęby. Gdy skończył sięgnął po dżdżownicę. „Będziesz się dalej broniła? Daję ci ostatnią szansę albo sama wiesz co się stanie. Mam na zębach spirytus i odgryzę ci nim tyłek żmijo.” Nic. „To masz za swoje, nie będziesz mi tu więcej chmierów stroiła!” Ujął ją w dwa palce, wsadził między zęby i zacisnął szczęki z całej siły. Krew się polała. Pięć minut później Władek przechodził drogą obejrzeć pole Witka, gdy zobaczył zakrwawionego właściciela ziemi siedzącego na upadłym drzewie. - Co robisz ? - Znieczulam się. - Nie pytam o spirytus. Co się stał mów ? Skąd tyle juchy ? Żeś oberwoł ? Przecie ci mówiłem, dej tej babie swojej spokój bo cię kiedy wałkiem potraktuje. I mosz za swoje. Trzeba było się słuchać. - To nie baba. - A co ? Siatkę do sadu Miałczka chciałeś przegryźć? – Witek uśmiechnął się. Jego kolega spostrzegł, że brak mu czterech przednich zębów. Dziwne, wydawało mu się, że wcześniej brakowało tylko trzech. - Żmija mnie zaatakowała. - Jaka żmija ? - Prawdziwa. - A gdzie ona je ? - Zara ci dam. – sięgnął do plecaka i wyjął sztywnego robaka. - Przecie to dżwonnica, a nie żmija. - Dżdżownica, ale taka jak żmija. Bo mój dziadek zawsze mawiał, że jak ona cię spirytusem to ty ją jadem. - Twój dziadek odwrotnie mawiał. Żmije nie piją wódki. - A skąd wiesz ? - Bo od wódki ogon krótki, hi, hi, hi. - He, He, He – podłapał sens żartu poszkodowany. – Ale ta w ogóle jest krótka. - A to czemu cię zaatakowała ? – wrócił do sedna sprawy Władek. - Bo chciałem ją na haczyk i na rybki. A ta się broni. Zobacz jaka sztywna. - Może martwa ? - Nie. To mechanizm obronny. – Witek nieco się oburzył, że ktoś przyszedł i po chwili myślenia podważa jego dwugodzinne refleksje. – Na przykład jak u tej żaby z telewizji…albo jeżozwierza. - To co teraz ? Nie możesz se innej znaleźć ? - Mogę, ale nie popuszczę jej za to co zrobiła, dopóki nie zawiśnie na haczyku. - A nie możesz jej na plajster wziąć i do wody? - Może się uwolnić. - No może, pamiętam jak kiedyś mnie zaplastrowali do krzesła to wystarczyło zawołać barmana i mnie odwiązał. - Ano sam widzisz, że to łatwe. - Co proponujesz ? – zapytał kolega, a Witolda olśniło. - Chodź za mną.

Minęło już południe. Słoneczko leniwie wyglądało zza chmurki, bezwietrzność powodowała jeszcze większe krople potu na czołach mieszkańców Wyborowej Kolonia. Dwóch obywateli owej wsi, jeden palący fajkę, drugi z plecakiem i zakrwawioną twarzą, tudzież koszulką, zmierzało właśnie w stronę nieco większej miejscowości, mianowicie ku Wyborowej. Oczywiście pieszo. Nikt nie zwracał uwagi na krew, bowiem minęli tylko dwóch ludzi, z czego pierwszy leżał w rowie na granicy Wyborowej Kolonia, zapominając wstać po sobotniej balandze na niedzielną mszę, a drugi pomylił krew z sokiem z buraka. - Już niedaleko. – mruknął Witek. - Skąd wiesz ? - Tam jest znak. – Wskazał palcem. – Wyborowa 0,7. - Acha. Boję się tam iść. - Myślę, że żmija boi się bardziej. Tam nauczą ją manier. – Ostatnie zdanie wycedził głośno i wyraźnie by robak w jego kieszeni się przestraszył i być może zmienił zdanie, bo Witek choć nie chciał się przyznać również się bał tam iść. - Aż strach pomyśleć co będzie się z nią działo jeśli nie zmięknie. – uśmiechnął się zadowolony z przypadkowego doboru dwuznacznego słowa zmięknie. - Może coś poczytamy ? – zaproponował Witold. - Chętnie. Witek wyjął z plecaka spirytus i wręczył koledze. - Masz pierwszy rozdział. Pociągnął spory łyk i oddał. - Doszedłeś tylko do drugiego akapitu. – zdziwił się Witold widząc, że brakuje jedynie jednej czwartej trunku w butelce. - Wolę zakończenie. Są nieprzewidywalne w tych dobrych dziełach. Twoja kolej. Łyknął sobie więcej. - Kończ. Po wypiciu zaczęli śpiewać. W ten sposób podróżnym szybciej czas leci.

…taki mały, taki duży może wino pić. Mam BMW na sto dwadzieścia koni Każda wsiada, żaaaaden nie dogoni Tobie prawić mogę, zacne komplementy Lecz, by cię kochać, muszę być jebnięty Taki mały taki duży…

I faktycznie, tak im ładnie szło, że gdy skończyli to zorientowali się, że są w Wyborowej, a co lepsze, nawet już przed budynkiem do, którego zmierzali. Natychmiast się zamknęli. - To co, wchodzimy ? - Poczekaj. – Witek zdjął koszulkę odwrócił na lewą stronę i założył z powrotem na siebie. - No, tak lepiej. To cho. Damy suce popalić. – Otworzyli wiecznie nie zamknięte na klucz drzwi.

Witold i Władek przekroczyli właśnie próg komisariatu policji Wyborowej. Władek już nie pałał takimi chęciami skopania dupy żmii, gdy sam znalazł się u policji. Ciągle dręczyły go pytania, co będzie jeśli żmija wygada o jego nielegalnych interesach cebulowych z Niemcem z sąsiedztwa ? Ale ja mu tylko dwa razy drożej niż na Zjazdowej cebule sprzedaje, chyba nie będą mi mieli tego za złe. Gorzej jak dowiedzą się o jego wczorajszej kradzieży. Mianowicie, właściciel sklepu „Marsik” upił się, a Władek prowadzony wrodzonym instynktem wyczuwania korzystnych okazji, szedł zataczając się niczym właściciel „Marsika” (na sklep również mówiono market, mimo iż wymiary jego nie przekraczały szesnastu metrów kwadratowych, ale na blaszanej ścianie wisiało logo starych, nie produkowanych już papierosów Mars (nie znaczy, że niedostępnych po korzystnej cenie), upili się ktoś rzucił market patrząc na logo i tak zostało). Dotarłszy do sklepu poprosił trzy piwa na kreskę, a wziął sześć, czego właściciel nie zdążył zauważyć. Wyrzuty sumienia gnębiły go następnego ranka. Wmawiał sobie, że widział podwójnie i tak naprawdę wziął trzy należne mu butelki. Później poszedł przejść się po wsi i spostrzegł w rowie sześć butelek po piwie. Więc faktycznie je ukradłem, pomyślał wówczas z zimną krwią i poszedł. Teraz zrozumiał jaki błąd zrobił nie zakopując dowodów kradzieży, „Przecież odciski palcy z nich zdejmą i będzie po mnie”. Myślał przerażony. I myślał dalej i nagle zorientował się, że nie ma się czego bać. „A skąd ta głupia dżwonnica ma wiedzieć ?” I już się nie cykał. Witek szedł z miną zwycięzcy, nie myślał o swoich czarnych interesach, chociaż było ich wiele. Bał się jedynie, że żmija może zrobić krzywdę policjantom, a wtedy będzie na nich, bo oni to tu wzięli ją przynieśli. Chociaż to też mało prawdopodobne. Przecież oni mają pałki i pistolety i te… paralizatory. Doszli do okienka dyżurnego. - Słucham panów ? – zapytał starszy tłusty policjant. - Zostałem zaatakowany, chciałbym zeznanie złożyć. To mój świadek. - Ale ja nie ten… - chciał powiedzieć, że nie widział zajścia, ale Witek zdążył mu nadepnąć na nogę zanim ten skończył. Kolega zaskomlał. - Nie czen ? – zapytał policjant. - Nie uminem pisać. – wycedził, bo nic innego mu nie przyszło do głowy. Policjant popatrzył na niego z uśmiechem. - Nie ma się czego wstydzić. – zapewnił łagodnym tonem. – Funkcjonariusz będzie spisywał zeznania. – Miał to gdzieś, bo umiał pisać. Mina jakby zaraz miał się popłakać spowodowana była bólem stopy. – Naprawdę niech się pan nie boi, mój dziadek nawet czytać nie umiał. Zaraz kogoś zawołam. Poszkodowani rozsiedli się na krzesłach i czekali. Witold zagadał. - Coś taki krzywy ? - Chyba mi stopę złamałeś. - Ja ? - No, a kto ? - Kiedy ? - Teraz. - Przecież nawet żem cię nie dotknął. - Jak to nie, a ta opuchlizna ? – Powiedział zdejmując buta chcąc ją pokazać. Zamarł. - Skąd to się tu wzięło ? - Cwana bestia. – powiedział Witek wyjmując z buta sztywną dżdżownicę. - Uchlała mnie świnia mała. Zara ją wezmę podpalę i… - Panowie zgłaszali napaść ? – zapytał nowo przybyły gliniarz. - No. W samej rzeczy. - Proszę tędy. Zaprowadził ich do swojego biura. Wyglądało trochę jak pokój, bo nawet łóżko stało pod ścianą. Na szafie pancernej widniał stary telewizor, na drewnianej ścianie za biurkiem wisiały różne oprawione w ramkę dyplomy, a na parapecie stało parę niewielkich kwiatków w doniczkach. Pracownik komisariatu wskazał gestem dwa krzesła naprzeciwko jego biurka, na którym leżały między innymi przyrządy do zadawania bólu przestępcą. Porucznik przeprosił na chwilę i poszedł wyłączyć telewizor. Goście rozsiedli się. Jeden wygodnie, drugi nie. Przedstawili się sobie i zaczęli. - Co pan taki zestrachany na twarzy ? – zapytał Władka. - Zostałem zaatakowany. - Nie to ja zostałem zaatakowany. – Wtrącił się Witek.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%