Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 11 min czytania

163,5 cm nad ziemią (1, 2 i 3)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

1

-Chcesz kawałek? Zapytała mama odgryzając zadek białemu szczurowi, który wił się niemiłosiernie. -Nie, dzięki. Kojarzy mi się z Marcysią, Lufą i Larą. Są teraz pewnie w mysim niebie... O dziwo, krew ze szczura nie trysnęła. Jakby w ogóle jej nie miał. Schowałam się w kąt. -Niech pani stamtąd wyjdzie, bo potem to będzie niemożliwe. Powiedziała pani wnosząca maszynę do masażu. Wyszłam na zewnątrz. Zobaczyłam Cielaczą. -Cześć . Co tu się dzieje? -Mecz, nie widać? Potrzebujemy jeszcze dwóch... -Jasne! Odparł Brucki pełen zapału zanim zdążyłam zareagować. Mecz trwał. Piłka leciała w moją stronę. Straszny tłok. Zobaczyłam puste miejsce między nogami zawodników i ... gooool! Nikt się nie ucieszył. -Głupia jesteś? Zapytał znając odpowiedź. -Mamy im dać wygrać! Idź po piłkę... Mówił do mnie spoglądając na nią pożądliwym wzrokiem. -Nie! Dlaczego ja? Niech ona pójdzie. Łudziłam się. -Phi.. ty kopnęłaś, ty trafiłaś, ty idziesz. Poszłam. Ale nie po piłkę. Skręciłam w prawo. Patrzyłam pod nogi. Po krótkim spacerze okraszonym użalaniem się nad sobą, wróciłam na boisko. Nikogo już nie było. -Jedź po zakupy. Wsiadłam więc do samochodu i z niebiańską łatwością pojechałam do sklepu. Przecież ja nie umiem prowadzić - przypomniałam sobie z trudem mieszcząc się między białymi liniami na sklepowym parkingu. Zamknęłam drzwi. Zepsułam parę rzeczy. Zdenerwowana wsiadłam ponownie. -Przepraszam! Wołał facet zza szyby. -Przepraszam, czy to auto jest na sprzedaż?! Pokiwałam głową i pozwoliłam mu wsiąść. -Ile by pani za niego chciała? 10... 10... 10... -20 tysięcy. -Biorę. A może to było odwrotnie? Tak, czy siak, obudziłam się. -Śniło ci się coś? -Nie. Wszystko z reguły zaczyna się gdy ktoś wstaje z łóżka lub gdy do niego się kładzie. Czasem też ze snu wyrywa telefon lub orientuje się, że linia telefoniczna jest odcięta. Ja zacznę inaczej. Piję kawę. Bo kawę można pić o różnych porach dnia i nocy. Nie jest ona tak użyteczna jak herbata, którą można pić cały dzień. Ale ja nie lubię herbaty. Piję kawę. Za oknem z reguły żar leje się z nieba, śnieży, siąpi lub mgła zasłania wszystko. U mnie na nic się nie zanosi. Nie ma mgły, słońca, deszczu ni śniegu. Na chodnikach leży trochę błota. Wieje wiatr ale ani nie przywiewa ani nie rozwiewa żadnych wątpliwości. Ani świta ani zmierzcha. Słońce nie chyli się ku zachodowi. Jest nijak. Nie dzieje się nic specjalnego. Nikt nie skacze z okna, nie rodzi się, nie płacze, nikt nie skacze z radości. Ja też nie robię nic godnego uwagi. Nie rodzi mi się w głowie pomysł, by przedawkować. Nie jestem pijana, nie ogarnia mnie chęć sięgnięcia po papierosa. Nie cierpię z miłości, nie duszę w sobie kaszlu, nie ukrywam znudzenia. Obieram ziemniaki. I nie jestem nikim ciekawym. Czasem zdarzy się dzień inny niż wszystkie. Mam większy biust, ładniejsze paznokcie, szczuplejsze uda. Mniej jest kurzu na półkach, więcej do zrobienia, czas nie stoi w miejscu. Rozglądam się dookoła. Bałagan. Obłęd. Brud. Syf. Artystyczny nieład. Paragon. Guzik. Długopis. Pędzel. Szampon. Pilot. Kubek. Sraczka myślowa.

2

-Spóźnię się, spóźnię.. Biegałam w kółko i zbierałam niezbędne rzeczy. -Jeszcze te głupie znaczki, i kasa na bilety. Po co bilety skoro są znaczki? Patrzyłam pod nogi gdy nagle zobaczyłam Ich. Pompowa spojrzała na mnie, pożegnała Szała i minęła mnie bez słowa. Wpadłam na Niego, bo nie zdążyłam się zatrzymać. -Idziemy w tę samą stronę. Pierwsze słowa od prawie półtora roku. -Muszę kupić bilety. Powiedziałam, jak zwykle na temat, wyciągając zielony (!) banknot dwudziestozłotowy. Jechał tramwaj. Biegliśmy. Wpadliśmy do środka. Zorientowałam się, że nie kupiłam tego, co miałam kupić. I nagle znalazłam się w jakimś dziwnym kraju. Coś pomiędzy Szwajcarią a Czechami. Nie, nie Austria. Tak, jakby Praga była stolicą Szwajcarii. Chodziłam nocą po wzgórzu, szukając "tego strumyka" i "tych skrzypiec", które tak dobrze pamiętałam z dzieciństwa. -Wiesz, dokąd idziemy? -Znam to miasto jak własną kieszeń. -Jest strumień! Skrzypce będą po lewej! Są! Są! Gdzie mój...? Aparat! Zostawiłam go na górze... -No trudno, musimy wracać. Kierownik grupy bawił się uśmiechem na twarzy. Miał mój aparat. Oddał mi go i kazał iść do pokoju. -Nie... z nimi... proszę, nie.. -Niestety, przyszłaś ostatnia. Weszłam do pokoju. Zwrócone ku mnie twarze od dawna mnie nie lubiły. Wsiobywalcza i Wsiozamieszła szeptały sobie coś na ucho nie kryjąc się z tematem. -Słuchaj... musimy sobie coś wyjaśnić... -Słucham więc? Odparłam dość niechętnie i usiadłam na łóżku. -Dlaczego wtedy uciekłaś od nas? -Nie chciałam być trzecia... -A dlaczego (i tu nie pamiętam, nie skupiłam się..) ? -Dlaczego się cofasz w czasie? Po co wypominasz? Po co? -... Zwróciłam się do Niego mówiąc, że się z Nim pogodziłam. Zobaczyłam Jego bezzębny uśmiech. Patrzył na jakieś zdjęcie. Naszła mnie nagle chęć na przedstawienie mojej rodziny samej sobie. Siadam wygodnie. Przeglądam album rodzinny. Nic nie widzę nadzwyczajnego. Żadnych samobójstw i zejść z miłości. Nie było pięcioraczków, nawet bliźniaków nie było. Dziadka nie znałam. Zbudował dom, w którym mieszkam. On - zawał. Dom stoi. Potem babcia, dziadek i babcia. Wszyscy tam, gdzie rak zimuje. Każdego za…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%