Inne · 10 min czytania
1951
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Relacje ofiar, które postanowiły podzielić się tym co przeżyły, utraciły swą niedorzeczność. Pamiętam jak mówiły o tym szeptem, ze zrezygnowaniem, zwyczajnie, ale zawsze szeptem, wiedząc, że oprawcą może być każdy. Widziałem jak wracali z przesłuchań - inni. Zgadzało się imię, nazwisko, adres, ale to nie byli ci sami ludzie, po których przyjechano w środku nocy, by złożyli parę wyjaśnień. Tamci stłamsili ich godność. Od czasu do czasu po czwartej setce w obskurnej knajpie, któryś z nich bez ogródek wypowiadał monolog swych grzechów, które nie przeszły by przez gardło nawet w konfesjonale. Opinia słuchających nie była istotna. Wraz z poczuciem bezpieczeństwa, zburzono ich wewnętrzne blokady i tylko nieliczni wierzyli, że łaskawy czas odbuduje ich człowieczeństwo. Niektórzy z nas, kierowani litością, przysiadali się do nich, stawiali kilka kolejek, by posłuchać po raz tysięczny tej samej historii. Jedna butelka - jedna opowieść. Brzdęk szkła rozpoczynał nowy akapit. Nigdy nie interesowałem się polityką. Jednak głęboko, pod gwarantującą spokój warstwą obojętności, gdzieś na dnie mego ja, istniało przekonanie, że cała ta władza wraz z jej systemem jest solidnie zwichnięta. Co jakiś czas, w chwilach szczerości opinia ta wynurzała się na powierzchnię, niczym potężna ryba chcąca nabrać powietrza na długie nurkowanie. W owych momentach unikałem ludzi; wolałem nie rozmawiać. Gdy nie ma się zbyt wielu przyjaciół, nierozsądnie jest, przysparzać sobie wrogów. Te kilka lat po wojnie nauczyło mnie nie ufać nikomu, nawet tym pierwszym. Tylko raz sprzeciwiłem się tej zasadzie. Załatwiłem lewe paszporty, aby wyjechać z Polski zabierając ze sobą moją dziewczynę Magdę. To wystarczyło, aby znaleźć się pod grubą warstwą gówna. Przywieźli mnie przed północą. Rozebrali do naga, przepałowali na powitanie i zanieśli do celi. Odizolowali, nie wiem od kogo. Nim zdążyłem się rozgościć, gdy wzięli mnie na rozmowę. Wiedziałem co mnie czeka. Począwszy od celi, zacząłem liczyć kroki dzielące mnie od katowania: 45,46. Do sali przesłuchań prowadził podświetlany przez zdychające żarówki korytarz. Prosto i w lewo, w lewo i prawo, po śladach zaschniętej krwi. Mijając kolejne drzwi od celi, myślałem o znajdujących się za nimi ludziach. 83,84. 63 cele w 375 kroków podsumowałem. Było to ostatnich 375 kroków w życiu, jakie pokonałem o własnych siłach. Gruby jegomość właśnie wycierał ręcznikiem kark, gdy pojawiliśmy się w progu niewielkiego pokoju. Protokolant w kącie przygotowywał maszynę do pisania. Zakładał nową kartkę papieru. Zbytecznie. Nie miałem zamiaru wdawać się w jakiekolwiek rozmowy. Posadzili mnie na taborecie. - Gdzie załatwiliście paszport? - spytał otyły typ. Wiem, że gdybym nawet podał adres opozycyjnego biura paszportowego – o ile takie by istniało – to i tak standardowy łomot był nieunikniony. Najbliższą przyszłość zdradzało mi podniecenie, które roznosiło rozgrzewającego się naprzeciwko mnie grubasa. Facet nie należał do ludzi ciekawskich. Był zwyczajnym sadystą. Po zniekształconych pięściach dupka poznałem, że zadał już tysiące pytań, dziesiątkom podejrzanych osób. Boks nauczył mnie, że ciosy zostawiają ślady także u bijących, a pięści jego, szeptały mi nie jedną historię. - Skąd macie paszport?! – powtórzył i zdzielił mnie szybkim prostym. Najwyraźniej cios zastępował znak zapytania. Mój nos chrupnął i w polu mego widzenia wyrósł, przebijający skórę kawałek kości. Żeby wkurwić go jeszcze bardziej, zacząłem odpowiadać szczerze, szerokim uśmiechem, od ucha do ucha. Skutecznie. Gdy zaczął, czułem, że napierdala mnie jego urażona ambicja. Był mańkutem, to też konsekwentnie miażdżył okolice mej prawej skroni. Po kilkudziesięciu minutach, miałem wrażenie, że odgłos mej obijanej czaszki dochodzi z drugiego pomieszczenia. Te same pytania, ta sama odpowiedź, ten sam skutek. W pewnym momencie oglądnął swe powybijane palce, nastawił jednego i opuścił mnie na kilkanaście minut. Wrócił z jakimś żelastwem oplatającym mu dłoń. Uśmiechnąłem się. Wznowił katowanie. Po kilku godzinach, słyszałem jedynie pisk w środku mej głowy. - Kurwa... przyznaje... twardziel z was. – wysapał mocno zmęczony– Dam wam pomyśleć czy warto dla tej kurwy tracić twarz.- Nie zdążyłem się uśmiechnąć. Zemdlałem. Ocknąłem się na podłodze z głową pod taboretem, który czekając na me przebudzenie, maczał swe nogi w otaczającej mą głowę kałuży krwi i rzygowin. Świtało. Prawe oko znikło w szczelinie napuchniętych powiek. Poczułem, że lewa strona ciała dziwnie drga i choć było zimno wiedziałem, że to nie to. Odkleiłem się od papki, i aby się podnieść, zacząłem namierzać punkt zaczepienia. Chwyciłem się wezgłowia i niczym larwa na liść, wpełzłem na łóżko, na którym padłem głową na poduszkę. Chrzęst i trzask rozległy się w środku mej głowy. Świetlista, bolesna