Kariera · 7 min czytania
.... (# 2)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
*** Kiedy przyszedłem do domu Kate siedziała i czytała babskie czasopismo.
- Cześć kochanie! Jak było w pracy? – ucałowałem jej policzek. - Oh, Chad, dzisiaj miałem tyle klientek. Jedna baba była taka upierdliwa, chciała obciąć włosy i zrobić balejaż. No to jej obcięłam tak jak chciała, ale nie, bo jej się to jednak nie podoba! Więc musiałam jej przedłużyć włosy, bo stwierdziła… Kate gadała do mnie docierało co trzecie słowo. Musiałem iść do łazienki, wciągnąć działkę, bo inaczej padłbym w konwulsjach na jej oczach. Cholera, jeszcze z matką do lekarza trzeba jechać, po leki. I znów godziny mordowania się z jej chorym umysłem. - … więc mówię Ci ten dzień był upiorny. A jak u ciebie? Gdzie byłeś? – jej głos odchodził do mnie w spowolnionym tempie. – Chad, słuchasz mnie? - Tak, kochanie, słucham. Co u mnie? Jeździłem z chłopakami na desce, bo jutro lecimy ze św. Trójcą do St. Louis na pokazy. A teraz idę wziąć prysznic. – ruszyłem już dość chwiejnym krokiem do łazienki. - Chad, nic ci nie jest? Kiepsko wyglądasz. Wiesz, że musisz jechać ze swoją mamą do lekarza? - Tak, wiem – zamknąłem z ulgą drzwi do łazienki. W takich chwilach mam ochotę poderżnąć jej gardło. Wkurza mnie to, że nie mogę jej powiedzieć: „Kate odpierdol się, muszę iść dać sobie w kanał, bo zaraz wykorkuję”. Irytująca sprawa. Ze zniecierpliwieniem rozdarłem opakowanie ze strzykawką. Wysypałem Herę na łyżkę, dolałem kwasku cytrynowego i podgrzałem. Kiedy igła wbiła się a w tłoczku pojawiło się kilka kropelek krwi, poczułem się najszczęśliwszym skurwysynem świata. A potem była ciemność i długie sekundy latania po niezmierzonych przestworzach. Uwielbiam ten stan, zaraz po Herze, gdy człowiek ma wszystko daleko w dupie. Wziąłem szybki prysznic, zjadłem obiad i udałem się na górę, do pokoju mojej matki.
- Mamo, chodź ze mną, pojedziemy do pana Henry’ego – pogładziłem ją po ramieniu. - Proszę mnie nie dotykać! Żadnej kuchenki nie chcę kupić! Kim pan jest? Mój mąż jak przyjdzie, to rozprawi się z panem – po tym wybuchu ponownie opadła na fotel i tępo patrzyła na mnie. - Mamo, to ja Chad, twój syn. Chodź, musimy jechać do lekarza. - Oh, Chad! Poczekaj, zaraz tatuś wróci to dostaniesz obiad. Jak w szkole? Odrobiłeś lekcje? Jak ty urosłeś! Muszę ci kupić nowe spodnie, bo te są już na ciebie za małe. Kurwa mać! Czasami mam ochotę wstać, potrząsnąć nią i wykrzyczeć jej w twarz żeby wzięła się do cholery w garść! Że to ona powinna się mną zajmować, że ojciec nie żyje od 26 lat! Ale nie mogłem sobie pozwolić na taki wybuch agresji – to by było niebezpieczne jak i dla niej, tak i dla mnie. Zrezygnowany zadzwoniłem więc do lekarza i poprosiłem o wizytę odmową. Po przyjęciu przez matkę końskiej dawki psychotropów i zaklepaniu jej miejsca w zakładzie psychiatrycznym, zmęczony opadłem na fotel. Właściwie powinienem się przez tyle lat przyzwyczaić do choroby mojej matki. I ogólnie tak na co dzień nie zauważam tego, że jest chora. Tylko czasami, tak jak dzisiaj, dopada mnie bezgraniczny smutek i przerażenie tym wszystkim. Tylko czasami, tak jak dzisiaj, odzywa się we mnie mały, zlękniony i śmiertelnie przerażony chłopiec, którego latami próbuję zabić. - To Kate, kiedy lecimy na święta do Denver, do twoich rodziców? – trzeba zabić słabości minionych lat, teraźniejszą, szarą codziennością….
***
- Chłopaki, spierdoliliśmy sprawę na Maksa – odezwałem się w końcu. - Masz rację – tylko tyle potrafił powiedzieć Tony.…