Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 16 min czytania

26 maja...

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Był wczesny majowy poranek, dokładnie sobota. Za oknem świeciło słońce i wesoło zachęcało do wyjścia na dwór. Nie miałam na to ochoty, chciałam się wyspać i spędzić jeszcze trochę czasu w łóżku, ale wiedziałam, że to niemożliwe. Zawsze tak było, jak już się obudziłam i otworzyłam oczy to nie byłam w stanie ponownie zasnąć. Podniosłam się z łóżka i powoli skierowałam się w kierunku kuchni. Kiedy tam weszłam mój wzrok padł na kalendarz na którym widniały zaległe kartki. Postanowiłam, że zajmę się tym trochę później, najpierw musiałam zjeść, bo mój żołądek domagał się tego uporczywie. Po śniadaniu, zrobiłam sobie kawę i usiadłam z nią na kanapie w salonie. Sięgnęłam po leżącą na stoliku książkę i wtedy przypomniałam sobie, że miałam zmienić datę w kalendarzu. Zrobiłam to, nie wiem nawet, jakim cudem przypomniałam sobie, jaki był dzień tygodnia, ale na szczęście udało mi się to zrobić. Wpatrywałam się w dwucyfrową liczbę, która pojawiła się na kartce. 26 Maja. Nie mogłam skojarzyć tej daty, chociaż widziałam, że jest bardzo istotna. Byłam pewna, że o czymś zapomniałam i było mi trochę głupio z tego powodu. Jeszcze przez chwilę wpatrywałam się w tą magiczna liczbę i uznałam, że jeśli to coś naprawdę istotnego to przypomnę sobie o tym w ciągu dnia. Wróciłam do salonu i ponownie usiadłam na kanapie. Sięgnęłam po książkę i otworzyłam ja na założonej stronie. Spojrzałam na numer po raz kolejny 26. Wpatrywałam się w niego jakieś pięć minut i wtedy mnie oświeciło. To był dzień matki, od którym nie zapominałam od 25 lat. Nie mogłam sobie tego wybaczyć, wcześniej było to dla mnie jedno z najważniejszych świąt, a wtedy tak po prostu o nim zapomniałam. Nic nie przygotowałam na ten dzień nie miałam nic dla mojej matki. Postanowiłam po prostu zadzwonić i złożyć jej życzenia. Lepsze to niż nic – pomyślałam. Wstałam z kanapy i podeszłam do telefonu. Podniosłam słuchawkę, wykręciłam numer i cierpliwie czekałam aż ktoś po drugiej stronie odbierze. - Maggie Scully słucham? – Po dwóch sygnałach usłyszałam głos mojej matki. - Cześć mamo chciałam ci złożyć najlepsze życzenia z okazji, dnia matki. Przepraszam, że nie przyjechałam, ale mam tyle spraw do załatwienia, że nie mogę znaleźć czasu. Nadrobię to jak tylko będę mogła. – Wyrecytowałam zanim moja matka zdążyła mi zadać jakieś pytanie. - Dziękuję kochanie. Nie masz, za co przepraszać, dziękuje, że zadzwoniłaś. Tobie też życzę wszystkiego najlepszego z okazji dnia matki. Wiem jak bardzo ci jej brakuje. Do zobaczenia przy najbliższej okazji. Musze kończyć, bo ktoś właśnie przyszedł. Pa. – Nie czekała nawet aż jej odpowiem po prostu odłożyła słuchawkę. Może to i lepiej, bo i tak nie byłabym w stanie tego zrobić. To, co powiedział przywołało wszystkie bolesne wspomnienia o mojej córeczce. Wszystko to, o czym tak bardzo pragnęłam zapomnieć. To, co wywoływało u mnie stan totalnej rozpaczy i zagubienia. Przypomniała mi o czymś, o czym nikt nie powinien przy mnie mówić. Zrobiła to nieświadomie wiedziałam o tym, ale mimo wszystko to tak strasznie bolało. Byłam jak w letargu, szoku – nic do mnie nie docierało. Usłyszałam tylko jak słuchawka telefonu ląduje na podłodze z przeraźliwym hukiem. Postanowiłam, że zdecydowanie jest mi potrzebny prysznic. Chciałam, chociaż trochę odzyskać władzę nad swoim ciałem, uznała, że zimna woda będzie najlepszym rozwiązaniem. Weszłam do łazienki, szybko rozebrałam się i weszłam pod prysznic. Czułam jak zimna woda spływa po mojej skórze. Powoli oziębiał mój organizm. Słyszałam jak szczękam zębami z zimna. Wydawało mi się, że woda z każda sekunda zaczyna robić się coraz zimniejsza, przechodził w lodowatą. Spojrzałam na moje dłonie, który zaczynały sinieć. Wiedziałam, że dla własnego dobra, powinnam zakręcić wodę, wyjść z pod prysznica i jak najszybciej się ogrzać, ale z drugiej strony chciałam zaznać jak największego cierpienia. Potrzebowałam tego. Ból był sprzymierzeńcem, kiedy go czułam wiedziałam, że żyję, wtedy też chciałam być pewna, że nadal jestem na tym świecie. Potrzebowałam bodźca, który miałam mnie w tym zapewnić. Który miałam mi dać jasno do zrozumienia, że pomimo iż czuję że już dawno opuściłam ten szary i nudny świat to nadal na nim jestem i musze coś jeszcze na nim zrobić. Przez moje ciało przechodziły dreszcze, a zęby szczekały niemiłosiernie. Poruszyłam skostniałym ramieniem i poczułam jak przechodzi przez nie fala bólu. Zakręciłam wodę zgrabiałą dłonią. Byłam taka niezdarna, że przy okazji straciłam z pułki kosmetyki. Nie przejmowałam się tym, to było mało ważne. Jedna ze szklanych buteleczek musiała się rozbić, gdyż czułam jak małe kryształki szkła wbijają się w moje stopy. Tym też się nie przejmowałam, praktycznie nie czułam tego, było to jedynie mrowienie, które w niczym mi nie przeszkadzało. Wytarłam się, a następnie owinęłam wokół siebie ręcznik. Powoli przeszłam z łazienki do sypialni, kiedy odwróciłam się żeby zamknąć za sobą drzwi zobaczyłam ślady krwi na kremowych kafelkach. Powoli podeszłam do łóżka i usiadłam na nim. Spojrzałam na dywan, na którym również widniały czerwone ślady moich stóp. Był stary i nadawał się tylko i wyłącznie do wyrzucenia postanowiłam, że kiedy poczuje się lepiej od razu się tym zajmę. Wstałam i podeszłam do okna, opuściłam rolety, a pokój pogrążył się w mroku. Wyjęłam z szuflady zbyt duży T-shirt i założyłam go. Wsunęłam się pod kołdrę i próbowałam zasnąć. Jednak za każdym razem, kiedy zamykałam oczy, widziałam ja – Emily. Nie mogłam tego znieść nie mogłam znieść obrazu przedstawiającego jej spokojny wyraz twarzy w obliczu śmierci. Jej załzawione oczy, w których malowała się nadzieja. Wiara we mnie i w to ze ją ocalę, że obronie ją przed śmiercią. Bóg jeden wie jak bardzo chciałam to zrobić. Nie byłam jednak w stanie. Cała moja wiedza medyczna, wszystko to, na co poświęciłam długie lata mojego życia zawiodło mnie. Czułam się tak jakby te lata, które poświęciłam na medycynę były straconymi, niepotrzebnymi i pełnymi wyrzeczeń dla mnie i moich bliskich. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Były słone i gorące. Paliły moje zmarznięte policzki, czułam jak wypalały sobie drogę w dół mojej twarzy. Przez moje ciało przechodziły fale rozpaczy i goryczy. Nie wiedziałam, dlaczego świat był tak niesprawiedliwy i okrutny. Nie mogłam pojąć jak mogło umrzeć małe, niewinne, bezbronne dziecko, kiedy po świecie błąkało się tak wielu przestępców, którzy zasługiwali na śmierć w męczarniach. Oni powinni skończyć swoje życie tak jak skończyła je Emily. Ona była wtedy dzielna, Anie jedna łza nie spłynęła po jej policzku – ja płakałam za nią. Nie miałam tyle siły i wytrwałości, co ona w swoim małym ciałku. Nie wiedziałam skąd ja brała, ale zazdrościłam jej tego. Tak bardzo pragnęłam wtedy być silną i nie dawać po sobie poznać jak bardzo cierpię. Powinnam być taką dla niej. Byłam na siebie wściekła za to, że nie potrafiłam, za to, że uległam w najważniejszym momencie. Przysunęłam nogi do klatki piersiowej i oplotłam je ramionami. Zaczynałam drzeć z zimna. Odczuwałam skutki zimnego prysznicu i zaczynałam w myślach rugać się za moją głupotę… Usłyszałam dzwonek telefonu i zamiast podnieść słuchawkę wyrwała ze ściany kabel, który go zasilał. Momentalnie nastał cisza. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Po sekundzie rozległ się irytujący dźwięk komórki. Spojrzałam na wyświetlacz. Mulder był tym, który próbował się do mnie dodzwonić. Był ostatnią osobą, z którą miałbym ochotę rozmawiać. Najpierw odrzuciłam połączenie a następnie wyłączyłam telefon. Nie mogłabym z nim rozmawiać, nie mogłabym znieść jego spokojnego tonu i…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
26 maja... — czytnik · opowiadania