Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Środowisko · 14 min czytania

27 rue de Fleurus

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

To była dosyć drętwa noc. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, przede mną na biurku leżała, wśród rozsypanych stron z rękopisami niedokończonych wierszy i opowiadań, butelka czerwonego beaujolais nouveau, obok niej lampka z pięćdziesięciomililitrową próbką. W samotności, na brak odzewu od kogokolwiek, z próbą zaakceptowania sytuacji, jaką był brak weny i dysonans odnoście kolejnych decyzji, siedziałem, gapiąc się w zdjęcie mojej bratanicy, znajdujące się na drugim końcu drewnianego biurka. Siedziałem i płakałem wewnętrznie, i błagałem samego siebie, żebym wydobył choć krztę artystycznej woli.

Cóż miałem poradzić, siedząc samotnie w małym, mogącym u niektórych pobudzić poczucie klaustrofobii pokoju, zdecydowałem się przewietrzyć, rzecz jasna zabierając ze sobą butelkę tego wyśmienitego, niedostępnego dla mnie finansowo, ale otrzymawszy w podarunku, francuskiego wina. Otworzyłem drzwi i znalazłem się na korytarzu. Nie był to jednak korytarz ośrodka, w którym mieszkałem. Wyglądał on jakby prawie sto lat wcześniej, styl awangardowy pierwszego ćwierćwiecza XX wieku. W dodatku był typowym wystrojem hotelowym, gdzie ja w hotelu obecnie nie mieszkałem.

Musiałem to sprawdzić, czy mi się nie śni, czy to nie pod wpływem melancholii czy alkoholu. Szczypanie nie pomogło, uderzanie się dłonią po głowie też nie. Wyszedłszy na korytarz, zamknąłem za sobą drzwi i otworzyłem z powrotem. Dalej to był mój pokój, minimalistyczny i z XXI wieku. Integralny z resztą budynku. Wróciłem do pokoju, zamknąłem drzwi raz jeszcze i raz jeszcze otworzyłem. Korytarz wciąż był hotelowy.

Znalazłem się w takiej a nie w innej rzeczywistości, choć nie wiem dlaczego. A może jednak dalej to jakiś sen, jakieś egzystowanie, śnienie na jawie. Ubrałem moją starą, szarą marynarkę na białą koszulę, poluźniłem krawat, wziąłem butelkę w rękę i wyszedłem. Przeszedłem korytarzem hotelu, schodami potem w dół, przez ozdobne atrium złotymi drzwiami na zewnątrz. Znalazłem się na zewnątrz i tam oniemiałem po raz drugi: nie była to szczecińska ulica Mickiewicza, ani Szczecin, ani Polska, ani żadna kraina naszych czasów. Był to XX-wieczny Paryż, ten z pierwszego ćwierćwiecza, o czym wspominałem przy kwestii wystroju hotelu. Ulice wybrukowane kostką, szyldy z czcionkami falistymi i okrągłymi, duże okna a za nimi staromodne, lecz piękne zasłony. Jeśli się nie myliłem, byłem o krok od straconego pokolenia.

Skoro i tak nie miałem nic innego tej nocy do zrobienia, a nie przeszkadzało mi za bardzo, że utraciłem - jeśli utraciłem - rzeczywistość i przeniosłem się w czasie, to postanowiłem zrobić jedną rozsądną rzecz, jaka przychodziła mi do głowy. Odnaleźć ulicę de Fleurus 27, adres salonu Gertrudy Stein. Adres wspomnianego straconego pokolenia.

Ale przecież ja nigdy nie byłem w Paryżu! A co dopiero w Paryżu z lat dwudziestych minionego wieku! Co prawda na ulicy był tłok, ludzie się bawili, jeździły stare samochody z kierowcami na zewnątrz, ale cóż miałem począć? Bonjour! Bonjour! Jacy ludzie są mili! Musiałem co chwilę pytać tych uprzejmych paryżan o drogę. Excuse me, do you speak english? I am looking for de Fleurus 27. - De cette façon, monsieur! - Odpowiadali, wskazując mi palcem kolejne odcinki drogi.

Wypiłem już około dwustu mililitrów, co dla mnie było powodem do otwarcia się dla ludzi. Śmiech, życzliwość, wymieniane żarty. I to wszystko z tymi nieznanymi, ubranymi w suknie i garnitury ludźmi. I tak oto trafiłem... De Fleurus 27, salon pani mecenas straconego pokolenia, której głosu słuchali tacy wielcy jak Hemingway, Fitzgerald, Picasso. Tylko jak się, za przeproszeniem, wprosić?

Przed salonem, a dokładnie przed wejściem do kamienicy od strony ulicy, stał oparty młody, wyluzowany, ale kipiący męskością, człowiek o przejrzystym spojrzeniu. Ubrany był w części jak cywil, w części jak żołnierz, w części jak dandys, taki z portretów Baudelaire’a. Zapamiętałem go ze zdjęć z podręczników szkolnych i z późniejszych lektur. Tak, to on. Ernest Hemingway. Palił papierosa a na widok mojej butelki kącik jego ust z jednej strony lekko się podniósł.

• Bonjour, Monsieur. Szukam kogoś, z kim mógłbym wypić to wino. - Zagadałem pierwszy. • Dobrze trafiłeś. Ja mogę zaoferować papierosa. Męska solidarność to coś, co świat potrzebuje.

Wymieniliśmy się i oparłem się o ścianę obok niego. Z lewych rąk ciągnęliśmy dymy z papierosów, z prawej popijaliśmy powoli moje beaujolais. Nikt się nie odzywał, a i ruch na tej ulicy był nieco mniejszy. Godzina była zapewne już późna, ale któż śpi, zwłaszcza wśród artystów, kiedy jeden z nas jest już uznanym, a drugi chce nim być. Tym drugim nie był Ernest w gwoli wyjaśnienia.

• Ernest Hemingway. • Słucham? • Nie przedstawiłem się, a trzeba znać żołnierza z którym znajduje się obok w okopie. Ernest Hemingway jestem. • Mateusz Pulikowski. • Cóż tu porabiasz o tej porze, z butelką wina i najwyraźniej bez celu? • Szukałem natchnienia. • Nic tak nie daje weny, jak rzeczywistość, jak fakt. Niedawno wyszła moja nowa powieść, czytałeś już może? • Tak, dla mnie wyśmienita. Tak jak, i pozostałe dzieła. • Aż tak zazdrościsz? • Nie rozumiem. • Jeśli czyjeś dzieło jest marne, to jak może się spodobać? A jeśli jest dobre, to zazdroszczę, że to nie mojego autorstwa. Pamiętaj. • Będę pamiętał. • Dobra. - Ernest skończył papierosa i któryś już kielich wina. - Wejdźmy do środka.

Ernest otworzył drzwi po czym, nie przepuszczając mnie, wszedł do środka, ja za nim. Nie było możliwe nie być zainteresowany wystrojem wnętrza. Ciężkie, renesansowe meble, książki zapełniające drewniane półki, i co chyba najważniejsze - mnóstwo obrazów, ale nie dobranych losowo. Ktoś, a przeczuwałem już kto, lubił się w modernistycznych klimatach, w których tak dobrze odnajdywali się Picasso czy Matisse. W tle unosiła się nuta współczesnej Paryżowi muzyki, chyba Cole Porter, choć tego pewny nie byłem, zresztą Cole był jeszcze jednym znajomym i protegowanym Pani Stein.

Sama i Pani Gertruda Stein siedziała na fotelu, przyglądając się nowo nabytym dziełom, oczywiście do kolekcji domowej. Było wszech obecnie wiadomo, że jeśli Stein nabywała nowy obraz i sprzedawał dalej jako mecenas, albo sprzedawała obraz kogoś ze swoich podopiecznych, nie mógł on znaleźć się bezpośrednio w salonie, gdyż mógłby przypadkiem tak wpasować się w resztę umeblowania, że mógłby salonu już nie opuścić.

• Gertrudo, mamy dzisiaj gościa. - Powiedział Hemingway - Powiedział, że poszukuje natchnienia. • Kolejny! - Ton Gertrudy był podniesiony teatralnie. - Ale to dobrze, ten dom ma być ostoją sztuki, nie akademią, gdzie się dyskryminuje. • Zaszczyt Panią poznać, Pani Stein. Jestem Mateusz Pulikowski. - Powiedziałem, zafascynowany w pełni ciała i ducha. Emocje plus alkohol. • Mów mi Gertruda. Więc, czym się zajmujesz Mateuszu?

Zanim się…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%