Inne · 41 min czytania
360º do Ojca
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Wszystkim, którzy żyją
PROLOG
Zagłuszona jej twarz kołysała się na moich policzkach. Czarne panie w spódniczkach ciała tańczyły przy płomieniach ludzkiego dna.Trzymały w rękach małe noże. Tańczyły czarne panie… tak szybko. Świat płakał. Żałoba wszystkich narodów świata. Taniec się skończył. Śmierć przegrała. Zagłuszona jej twarz w marmoladowych objęciach matki- płakała. Czarna pani rozdarta, bez ciała, bez ubrania. Czarna pani tańcząca przy ogniu podniety miłosierdzia – płacze białymi łzami. Wokoło niej kwiaty, grzebienie, ludzkie włosy, pieniądze, dno. Jej ciało leżące na ziemi – nagie, zgwałcone, bezradne. Zagłuszona jej twarz kołysała się na moich policzkach. Czarne panie z oczami mojego Boga. Ludzie na kolanach proszący o przebaczenie. Czarne panie w spódniczkach ciała tańczą – płomienne zło. Wybiegłem z domu. Wytarłem ręka czoło. Krew. Zrobiłem się zielony. Pójdę do ZOO. Zobaczę.. misie, tygryski, brzydkie ptaszki i inne zgwałcone przez ludzi- stworzenia. Zamknąłem oczy. Takie słabe. Takie bezużyteczne. Wszyscy na mnie krzyczeli. Ojciec ,matka, spuszczona siostra, kwiat róży i Ty- biała damo. Biegłaś w moją stronę. Bez spodni. Moja TY... SuperHiperExtraOrgasmoWałbrzyskaDziewico. Wybiegłaś na mnie całkiem naga. Z papierosem w ustach. Wybiegłaś. Na dworze. Cholernie ciemno. Wpadam w dno. Wszyscy. Wszyscy na mnie i do mnie. Krzyczą. Błagają. Idioto zrób coś ze sobą. A ja stoję. I nie modlę się. Wmawiam sobie, że jestem całkiem normalny.. no może, n i e c a ł k i e m. Ale kiedyś byłem „Fajniejszy”. No, bo się starałem. A teraz? Teraz mam wszystko w dupie. Słucham ciebie. Stoisz. Mi na drodze. Ale się nie boisz. Pytam. Żegnasz mnie. Wszyscy na mnie krzyczą. Chcę biegać. Potrafić. Rozumieć. Rzygać potężnie i „znów się podnosić”. Wszyscy pytają... Co się z tobą dzieje? Czemu masz krew na ustach? •Czemu n i e l i ż e s z dupy światu jak my?? Oglądam swoje żebra. Z bliska i znienacka. Oglądam bateryjny telewizor. Ojca i matkę, siostrę- chowam. Pochowam ich zgodnie z moją wiarą. Wszyscy na mnie-ból swój kładą. Wszyscy gwałcą-rękami grzech. Modlą się za mnie. A ja za nimi. Wchodzę do kościoła. Ludzie drą ryje: Czapki z głów. Idę dalej. Widzę małe kobietki. Ubrane. Rozebrane.. wyciągnięte z bólu-nieba. Wrocław. Wrocław- tonie. Parki . Budynki. Psy. Wszyscy. Pomału – umierają. Małe kurwy. Mali geje. Pedały. Gnoje. Murzyni i żydzi. Ja już więcej nic nie zaśpiewam. Ja już nigdy nie będę krzyczał. Teraz będę wspaniałym człowiekiem. Zdrowym i silnym- jak cholera. Będę rzygał. Powietrzem. Wszystkim małym. Cholernym pedałom . I mogą sobie krzyczeć : S k u r w y s y n Ale ja będę żył. W swojej krainie. Będę żył .. w małym drewnianym domku... obok niego.. będzie pełno śniegu... Wokoło mojego drewnianego domku... będą z każdej strony góry... i będę szczęśliwy... kiedyś. Nigdy. Nigdy. Sam. Samotność. Było zimno . Było przyjemnie .Zobaczyłem Ciebie. I już umarło.. wszystko.. nawet chwilowa przyjemność. Twoje usta. Coś powiedziały. Wiedziałem . To były . Najbardziej nie przyjemne słowa . Jakie od Ciebie usłyszałem . Ktoś mi kiedyś napisał . Że powinienem się udać do psychiatry . Zrobiłem go . Sobie sam . Z plasteliny i ze szczęścia . Walić to wszystko na ryj . Mali bandyci . Złodzieje. Cyganie . Było zimno . Jednak czułem . Przyjemność z rozpaczy . Twoich rąk . Słuchałem .Potrafiłem . Spuścić Ci się na twarz . Bez żadnych zbędnych emocji . I robiłem to częściej .Bo chciałaś tego . Za cenę każdego grzechu .
Jeden Amfetamina
Przeczytałem z góry do dołu.. twoje usta. Kochały. Dotyk. Ust. Kochały mnie. Wyciągnąłem się na fotelu i zasnąłem.. na kilka sekund. Twoje usta. Milczały. Ubrałem Cię w czarną. Długą suknie. Myślałaś. Spoglądałaś na mnie...
NIELUBIĘ JAK NA MNIE KRZYCZYSZ
P r z e s t a ł e m.
Wytarłem mokre oczy. Wytarłem mokre.. łzy.
DZIADEK MÓWI ŻE TO BÓG WLEWA NAM ŁZY DO OCZU.
Trzymam różową. Dłoń. Na niebie jest placek . I dwie kobiety. Chodzące w białych pidżamkach-boso. BOSO. Bosa kobieta .Mnie z tobą też. Było dobrze. Zawsze . Mówi. Do swego białego. Przyjaciela. Słyszałem że podobno. Można być przyjacielem. Boga. Ale ja takiego przyjaciela. Miałem. Śnię. Krzyczą ludzie- bezgłowi. Śmierdzą. Jak ludzie śmierdzą... to albo się... nie myją. Albo są z Afryki. Mówi moja mama. A ja zawsze muszę być- czysty. Jak dywan. Który jest w pokoju- moich rodziców. Nie wolno mi dotykać. Brudnych dziewczyn. Każdych dziewczyn. One gniją – mówi dziadek.
DZIEWCZYNY ŚMIERDZĄ jak PCHŁY
Nie wolno
Nie wolno mi biegać Nie wolno mi krzyczeć Nie wolno mi stać na głowie.. bo umrę jak pies- sąsiada Nie wolno mi być Nie wolno mi być dla kogoś przyjacielem Nie wolno mi rodzić dzieci z trzema głowami Nie wolno mi patrzeć na zabite gołębie Nie wolno mi śmierdzieć. Nie wolno po Turecku Nie wolno Nie wolno Nie wolno
Tu gdzie mieszkam -nie wolno oddychać. Częstą bawię się dżdżownicami. Słucham ich śpiewu. Krzyku i kłótni- małżeństwa. Dostałem kiedyś. Lalkę i czekoladę. Od pana mieszkającego w sklepie. Ten pan był bardzo stary i śmierdział jak pani z mięsnego. Ale on nie śmierdział mięsem. Padliną. Serce mu się rozkłada- mówi dziadek. Ale ja mu nie wierzę. To nie serce. To starość. Czekoladę nie podzieliłem i zjadłem sam. Dostałem suchą karę. Dlaczego ? Umarłem . Umierałem. Biały sen.
CZASMI KIEDY CHCEMY KRZYCZEĆ BÓG ZASZYWA NAM USTA
Część 22 / 6
Mój tata umarł. Po cichu. Nie miał ust. Nie miał czekolady. Wylałem na niego kubek gorącego milczenia. Miał na sobie czarny kaftan. Trumna była dobrze zbudowana. Aby dobrze nosiła jego grube kości. Mama mówi że OJCIEC był pedałem. Dlatego mnie kochał. Nigdy nie mówił. Bo Bóg zaszył mu usta. W dzieciństwie- kiedy kochał się z dziadkiem. DZIADEK też jest pedałem- krzyczy moja mama. Zawsze. Czasami. Kiedy jest zła. Kiedy leci jej .. moja łza. Kiedy cicho śpiewa.
KIEDY MILCZYMY KOLYSZEMY SIĘ TAK JAK NASZE WŁOSY
Dziadek mówi że prawdziwi mężczyźni. Mają krótko ścięte włosy. Ja mam długie. Ale co on może wiedzieć skoro jest gejem- mówi mama. Kiedy pachnie wiosna. Topnieją nasze serca. Kiedy kobieta dostaje kwiaty. Robi się słodka. Kiedy się zakochamy- mamy długie włosy. Kiedy się zakochamy. Możemy rozmawiać o wszystkim. Czy Dziadkowi stopniało serce ?? Mama mówi że jest stary i że już nigdy nie zrobi kobiecie- dobrze. Kiedy wącham kwiaty i na łące. Moje ciało. Jest całe w powietrzu. Latające. Kiedy wącham kwiaty. Staje się niechcianym przyjacielem wszystkich. Miłość śmierdzi jak kwiaty. Moje dłonie są stare. I nikt mnie nie rozumie. Każdy chce być moim przyjacielem. A ja wącham kwiaty... i słyszę fortepianowe krzyki. Nie chce już mieć przyjaciół. Nigdy. Nigdy. Nigdy. Nigdy. Mieć.
NIE CHCE MIEĆ
Przyjaciół Kobiety Rodziny Serca Rozumu Bólu Zębów Czekolady Różowej pościeli.
Nigdy Nie chcę mieć Nie chcę mieć chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę Mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę mieć Nie chcę Mieć Nigdy
Wszystkiego Co Stare I Brzydkie Jak Ja
Nie chcę.
Kiedy myślę. Tonę. Piję. Usycham jak cebula. I kwiaty mojej mamy. Podobno mężczyzna ma w życiu dwóch przyjaciół. Pierwszy to ten w majtkach. A drugi to piłka nożna. Ale ja jeszcze tego nie wiem bo jestem za mały. Mówi moja mama. Kiedy latam w powietrzu. Ktoś wbija mi metalową rurkę w ucho. To jest mój przyjaciel. On nigdy mnie nie skrzywdzi. Nigdy. Nigdy. Nigdy nie będzie gejem. Dlaczego jestem za mały ? Tata mówił że kiedyś będę stary. Jak on. Ale on był brzydki. Lizał dupę Dziadkowi – krzyczy mama...
JEŚLI MAMY WE WŁOSACH KWIATY TO NIEDŁUGO UMRZEMY
Mój tata przed śmiercią...nie powiedział mi że mnie kocha. Zawsze mówił że umrze jak w filmie. A filmie było : kocham. A on nie otworzył ust. I nie dostał żadnej nagrody. A ja. A ja dalej myślę że filmie umiera się inaczej. Niż w prawdziwym życiu. Nie umiera się naprawdę. Tam mówi się cicho... Czasami gdy mama ubiera choinkę. Ja myślę o tym aby to wszystko się skończyło. Nie lubię świąt. Nie lubię świąt. Skrzeczę. Na stole jest zawsze wiele potraw. Czasami wychodzę na dwór. Gdy jest zimno moje serce. Rzyga. Podobno kiedy ktoś ma kwiaty .. we włosach niedługo umrze. To prawda.
TATA Umarł Kolce wbijały mu się w czaszkę. Płatki róży przykrywały krew. Kiedy śpię- mój przyjaciel. Zamknięty w szafie... gdzie są buty. Krzyczy. Tak cicho. Cicho. Aby mama go nie słyszała. Mam zielone uszy. Gdy mieszkałem w brzuchu mojej mamy. Cały czas chciało mi się spać. Myślałem że umrę. Umrę. Ale urodziłem się. Mama mówi do swoich przyjaciół. Że jestem patologią. Pyta się czemu płaczę. Chucham na nią. I całuję rybę bez oczu w dupę. Zostaje. Sznur. Żyletka. Tabletki.
Dwa Paranoja
Kiedy mam urodziny staję się poważniejszy. Starszy. Nudniejszy. Często wyobrażam sobie. Że jutro będę miał urodziny. Kiedyś wyobraziłem sobie że mam czterdzieści pięć lat. Tyle co dziadek. Ale nie jestem tak brzydki jak on. W szkole mało osób mnie lubi. Mówią że jestem głupi i nudny. Dlaczego oni tak mówią ?? wszystko co mówią to kłamstwo. Świnie. Kiedy pojechałem na klasową wycieczkę. Wszystkie dzieci się ze mnie śmiały. Moja mama mnie kocha.
KIEDY SIĘ BOJIMY NASZE USTA ROBIĄ SIĘ KRUCHE
Część 33 / 6
Mama mówi że jestem ślepy . Nie widzę podobno zła. Widzę kiedy moja mama jest zła. Wtedy się boji. Jej usta stają się kruche. Złamałem swoje ciało. Zacząłem jeść swoje usta. Jestem. Byłem. Głodny. Popatrzyłem przez okno. Wstałem i wyszedłem przez szybę. Latałem w powietrzu. Wciągnęło mnie. Umarło. Zdechło. Palce same odleciały. Wszędzie było ciemno. Stałem się kruchy.
Kiedy się boję moje usta robią się padliną.
Pamiętam pewnego razu. Jak zasnąłem bez twarzy. Ktoś mi ją wymazał. Podobno się przestraszyłem. Ale w to nie wieżce- nikomu. Nawet mojej mamie.
Trzy Pamiętnik próżności.
Kiedyś zacząłem pisać pamiętnik. Kartki topiły się ze wstydu. Ojciec już na mnie nie krzyczał. Ale zawsze powracał kiedy otwierałem zeszyt z przykrościami. Luty jest to najpiękniejszy miesiąc w roku.
8 luty
Bla cha Blu ska Bli zna Bla nka Blu szcz
20 luty
Kie D Y m Am Na Sob I e na j pięk ni ej sze słoń ce na tura lnie nie mów i ę nig dy N & C
21,5 Luty
Kie Dy m Am Ust A mo Gę Gę Si Ego Spa Cerowa Ć N a Beton Owych Nóż K ach
22 luty
Mam A lub I mo Jego kole Gę On je Sta R Szy i Ma Be Ton Owe Pal Usz Ki
23 luty
Mó J Kole Ga Ko Cha si Ę Z m. Oją Mam Ą Kocha Ną Wspa Ni Ał ą.
Część 44 / 6
Cztery ŚMIERĆ TO NAJPIĘKNIEJSZA PRZYKROŚĆ
Kiedy stoję samotny na dworze. Robię się cichy i brzydki. Widziałem panie tańczące bez spodni. Czarne. W krwawym kręgu. Bez kręgosłupów. Tańczyły tak pięknie uroczyście i przesadnie. Z pianą naturalną na ustach. Z krwią wylewająca się z pochwy. Z uszu brud krzyczący przebacz. Kiedy stoję. Widzę. Małe bzykające się mrówki. Gdy słychać pieśni na ulicach. Wiem że ktoś jeszcze żyje. Moja matka . Zdechła. Przebrzydła. Zalepiona pleśnią. Ty podła . Ty z gnoju moja powstała. Obrzydliwa ze wszystkich tańcząca w kręgu. Bez ust. Czarna. Ta pieśń . Wsadzam Cię do pudełka. Ojciec w trumnie. Siostra nie śpiewa – milczy przywiązana sentymentalnie do fotela. Dziadek –podły pedał .Tak matko. Tak mówiłaś. Mówisz że przerastam wszystkich. Mam nadzieję że wiesz że umarłaś. Przestań. Umarłaś. Zdechłaś jak pies sąsiada. Nie wolno mi Cię dotknąć. Śmierdzisz jak ojciec, dziadek i cały [CENZURA] świat. Zamurowałaś moje okna. Moje oczy . Kolor beton-natura. Słyszałaś o marmoladzie mojej natury. Przebijam . Wszystko w głupocie. Nie jesteś. Słyszysz nie umieraj. Piszesz wiersze ? cham-poeta i tyle. Ci. Ci. Ci. Masz być Ci.
Masz być Masz być Masz być Masz być Ci. Masz być Ci. Szą. Masz być Ci. Cho Masz być Ci. Erpiącym. Masz być Ci.
Wyciśnięty sok. Smak. Krew. Świr. Ja. Parodia. Żałosna brutalność. Prawdziwość. Marmolada Chrystusa. Przemyślenie. Dobroć. Samobójstwo. Bóg przebacza. Nie zawsze. Trzeba. Pisać. Że się to robi. Brutalnie. Ocierając pochwą o stukniętą butelkę wina. Nie zawsze. Trzeba słuchać. Wymyślonych bzdur połetów. Kiedy się zatrzymam umrę. Oglądam siebie.
KIEDY ŚMIERĆ W OCZACH MATKI PŁACZE USTA KOCHAJĄ ODOSOBNIENIE... .
Zgniotłem was. Zgniotłem cały świat. Mam ochotę się zabić. O pani siedząca na księżycach. Spokojnie .Usiądź i pomódl się za Bozie. Boże ! ! jestem szczęśliwym lekomanem. Boję się. Boję się was.
W as
Moja rodzina zmartwychwstała. Kazała mi śpiewać. Ale ja nie chcę. Mam tego dosyć. Ale ja nie chcę. Śpiewać. Jestem panem. Niczego co żyje. Już
W as
Nie kocham
Mam
W as .
W as .
W as .
Część 55 / 6
Pięć heroina
Nastała jesień. Mam osiemnaście lat. Siedzę. W pokoju bez okien. Z prawdziwymi przyjaciółmi. Ludzie kochają niespodzianki. Przyszedł ojciec. Ubrany w czarny szal. Moje oczy- mało widzę. Dziś na obiad była zmiażdżona papryka. Owoce wynaturzenia. Jego kroki.. były szybkie. Jak na niego za szyb ki. E. Chciałem zobaczyć Słowację. Podobno to piękny kraj. Chciałem zobaczyć Norwegię. Podobno to piękniejszy kraj niż Słowacja. Ojciec spojrzał na mnie. Po raz pierwszy. Zobaczył swojego syna. Może mnie kocha ? Może mnie zobaczy .. jeszcze kiedyś. Za rok. W taki sam . Jak ten. Jesienny dzień. Ojciec przyszedł z liściem na głowie. Spojrzałem na niego. Powiedział że mnie. Kocha. Powiedział że mnie. Kochał. Powiedział że mnie. Pochowa.
Pokocha.
Polubi.
Potrąci.
Pozabija.
Porozdaje. Usiadł na moim łóżku. Już długo mieszkam . Tu. Już długo mieszkam na tym łóżku. Czasami słyszę głosy. I boli mnie głowa. Nikt. Mnie nie chce. Nikt. Nikt mnie nie chce stąd wypuścić. A ja chcę przecież tak mało. Ojciec poszedł. Przyszła ona. Moja. Nazywała się Mojka . Miała długie ciemne włosy. Lubię ją. Ale ja przecież. Umarłem.
Pięć a) socjalistyczna ciocia
Usiadłem. Włączyłem żelazko. Wyprasowałem ciało. Stoję na środku. Wielkiego przedpokoju. Zrozum. To błąd. Nie ma mnie. Nas. Wysiusiaj się misiu. Zjedz ciasteczko. Ubierz spodenki. Pobaw się z kolegami
Nasikałem na jej twarz
Zjadłem jej pośladki
Ubrałem damskie zwłoki
Pobawiłem się jej piersiami
Usmażyłem
Część 66 / 6
- misiu jak pięknie!! Ile masz latek?? No powiedz.. powiedz.. powiedz cioci!!
Nożyczki. Karabin na kulki. Oczy płaczące krwią.
Pięć b) Atatamakotkatatamakotkaijuż
Wypuścili mnie. Zobaczyłem . Dotknąłem człowieka. Ubrał się. W majtki. W przemoczone skarpetki. W twarz.
Atatamakotkatatamakotkaijuż
Padał deszcz. Padało wszystko. Jasne. Białe. Za bardzo czarne. To straszne. To wszystko. Rozpiąłem koszulę. Rozebrałem się do naga. Otworzyłem drzwi. - Cześć jestem idiota! ! Patrz mi w oczy... a Ty? ? Rozbawiłem wszystkich. Pomodliłem się. Krzyknąłem : Atatamakotkatatamakotkaijuż !!!. [CENZURA]. Ja. Dziewczyna rozebrana ciałem do naga. Dobranoc. A teraz będę śnił...
Sześć Sztokholm
Wyzywali Cię. Podli gnoje. A ja zrobić mogę. Nic. Pojechałbym z tobą. Boisz się. Proszę nie. Nierób mi tego. Ja mam chłopaka. Cicho Ty głupia suko!! Ucichła. Milcząca. Bezradna. To zaczyna robić się nudne. Chodź sobie jakąś zgwałcimy. Kolego. Więc idziemy razem. Zabieramy jeszcze dwóch. Wchodzimy do tramwaju. Tam o kilka metrów stąd.. siedziała. Wyczerpana. Założono jej kajdanki. Rozmyślała o pogrzebie. O najświętszej ich chorobie. O jej myślach. Zapomina. Zasypia. Upada. Rozebrana. Jej skóra płacze. Słyszy ciężki oddech. Walczy. Boi się. Płacze. Kona. Śmierć - padlina. Miłość - wszystko zmarło. O tak!. Przepadło. Odleciały jej ręce. Oczy i nogi. Pochwa przepełniona ciepłem gwałtu. Biegnę. Z siekierą . Sztokholm. Tu zamieszkam. Na kilka lat. Bez paszportu. Bez ideału. Biegnę więc. Już niedaleko. Twoja twarz. Dobiegam. Dotykam. To nie Ty. Upadam. Zjadają mnie szczury. Biegniesz. Z plastikowym sercem. Nadzieja. Tu zagryziona. Na zawsze. Bez pomysłu. Bez ciała. Biegniesz więc. Za daleko. Moja twarz. Umarła. Ucichła. Moja . .tylko moja. Wstrętna i parszywa. Grób mnie kocha. Lubisz mnie ? ? nie odpowiadaj. Ja to wiem. Wszystko wiem. Nawet to kim jesteś. Nawet to kim byłaś. Byłaś. Jesteś piękna. Wstrętna. Lubię Cię. Bo jesteś piękna. Lubię Cię. Bo życie nic by n i e z n a c z y ł o. Gdyby nie Ty. Lubimy Cię. Bo jesteśmy fajni. Jeden z nas. Zakochał się. Jeden z nas. Poświeci się. Jeden z nas . Powiesi się. Najgorszą wersją tego życia. Śmiercią. Marmoladą. Bez świata. Zakopany. Błotem. Mokry. Obślizgły. Nic. A jednak Piękny.. Lubię Cię !! bo jesteś . Moja. Przestraszona . Nagrana. Nakasetto. To się stało. W nocy. Albo i w dzień. Nie widziałem . Tego. Skończyło się. Histerią. Paniczną. Śmiechem. Telewizją. Bezrobociem. Nie chce tego pamiętać. Dnia kiedy zobaczyłem Cię. Z nim. Na zawsze. Jesteś przegrana. W życiu. Mam kamerę. Śledzę Cię. Stoisz na drodze. Zabiera Cię. Inny. Inny. To się stało. W dzień twojej śmierci. Pięknie. Strzelam oczami. Oglądam swoje ciało. Kochamcię. Kochamcie. Gdzie jesteś. Moja . Jesteś. Rozlana na pościeli. Idziemy. Jest nas dwoje. Ona i ja. Przelani. Tańczymy. Z Ciebie się śmieją. Ze mnie jeszcze bardziej. Pasujemy do siebie. Za bardzo. Idealnie. Jest mi za dobrze. Wszyscy oglądają jak upadam. Natchniony piosenką. Tą. Co lubisz za bardzo. Jak bardzo ? Bardzo. Bardzo. Wiesz lubię Cię. Wiem. Ale idę już. Idę też ja. Zamykamy się w pokojach bez okien w ścianach. Przyklejamy swoje ciała. Kochamy się. Pomódlmy się. Raz . Dwa . Trzy. W imię Ojca i Syna i ducha świętego. Rozstrzelamy cały świat. Moje myśli zaklejam plastrem. Wkładam je do słoika. Mówię dobranoc. I zamykam oczy.
Siedem Poetycki Klub Paranoja(PKP)
Na śniegu. Leży głowa. Kobiety mej. Najdroższej. Ukochanej. Tak bardzo. Na zawsze razem. Tylko Ty i ja. Będziemy razem. Nawet jeśli teraz umrę. Zabrakło nam szczęścia. Ona i Ja. Nie ma już nas. To nowy świat. Pięknie przepraszam. Nie chciałem pana zabić. Siedzę na krześle( tak czystym jak ) ja. Cham. Idiota. I poeta. Już Umarł. Powstał człowiek zwany. Szczęście. Mózg. Wylany koktajl. Dziecko. Błądzi po mej twarzy. Moje oczy. Przerośnięty człowiek. Przyjaciele. Kochać. Umierać. Wszystko. Dzwonię. Boje się. Nie krzycz na mnie. Nie chce. Nie chce. Ciebie – wstającej. Leżysz na zawsze. Ukryta w moim łóżku. Dziesięć lat. Ukrywałem twoje ciało. Okno płacze. Usta. Włosy. Ręce. Oczy. Kleją się do rybich stóp. Rozbieram Cię. Piękna. Moja. Językiem przejeżdżam po twym zimnym ciele. Moje ręce pieszczą- całą Ciebie. Moje pocałunki. Usta zamarznięte. Koniec lata. Ptaki odleciały. Chodzimy na jesienne spacery. Zbieram zimną ziemię. Przysypuję. Nie oddycham. Jestem głodny. Jestem spragniony. Jestem wychudzony.
Idę na wino. Idę na piwo.
Będę lepiej się czół. Zmiażdżona czaszka. Plastik. Pudełko puste. Tam była Marmolada. Chrystusa. A. Chrystus. Umarł śmiercią niezwykłą. Przedawkował ze szczęściem. Z lekami na serce. Przedawkował z miłością. Rozbujaną huśtawką grzechu. Wytarty. Stary. Bardzo starty napis. Widniał na czole. Na punkcie- skąd wychodziły jego myśli paraliżującego strachu. Brak zasad. W jego umarłym. Sparaliżowanym mózgu. Napisałem słowo. „Napisałem” . Cała ławka drżała. A deszcz padał. Nie przejmował się tymi biednymi ludźmi. Ja lubię deszcz. Nie mogę skupić swoich myśli. A tam .A tam za szybą. Jest deszcz. Jest. Człowiek . Wiecznie siedzący- wstał i odszedł. Umarł. Tylko dziwki są wieczne. Tu jest pięknie. Każdy. Kto pozna ten świat. Świat przepełniony miłością. Tu jest pięknie. Moje żyły są niebieskie. Nie. Nie jak niebo. Jego tu nie ma. Moje żyły są niebieskie. Jak słońce. I żyje jak człowiek. Autorytet. Dla kadzi. Zabiłem całą swoją rodzinę. Ale to tutaj normalne. Tak jak zabijanie psów czy kotów. Anduzia ? Pytacie co się stało. Nie pytajcie. Odkąd tu jestem. Strzelam dłońmi. W komunistów z kościoła. Widziałeś. Świat. Taki jak ten. Wchodzisz i jesteś. Wszyscy tu panują. Słowa błądzą. Nic nie znaczą:
Kocham Cię Lubmy się Rozdrapmy sobie pryszcze Wypijmy wodę z kranu Pobawmy się klockami Tego tu nie ma. Lubię krew. Krew lubi mnie. Wszyscy lubią mnie i krew. Myślimy. Płaczemy. Czekamy na lepsze dni. Na Objawienie. Na Boga. Nie ma nas. Umieramy. W pudełku po marmoladzie.
P S Dzięki wam. Robię się parszywą świnią. Anduziu twoja miłość znaczy dla mnie. Więcej niż sam ja. Samotność. Rozchodzimy się po pokojach. Modlimy się. Powracamy do świata żywych.…