Fantastyka · 10 min czytania
43
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Słońce zdawało się nie istnieć w gęstej zimowej poświacie. On szedł po białej ulicy, przerytej śladami wszystkich rodzajów kół, jakie człowiek zdołał wynaleźć. Wokół, niebo zdawało się spływać na dół, czyniąc ten pochód jeszcze bardziej męczącym. Wszechobecna mgła otulała pokryte śniegiem drzewa, sprawiając, że sceneria przypominała dziwny sen albo którąś z baśni Andersena. Stawiał kroki powoli, jakby od niechcenia. Ach ten ciężar własnej istoty. Gdyby jego nogi mogły mówić, już dawno zawyłyby z bólu, albo od razu bezgłośnie i bezszelestnie upadłyby na którejś z bezkresnych dróg. Zapewne jakiś wielki klasyk miłujący grekę i łacinę odnalazłby w nim teraz Odyseusza, Eneasza albo chociażby przekraczającego Rubikon mistrza gry w kości. Miał piękny, czarny, obsypany śniegiem wełniany hełm i ortalionową, zieloną zbroję. Wszystkie dziury na jego czarnych, sztruksowych nagolennikach przypominały o tych ciężkich bojach, które przyszło mu stoczyć z bandą wrednych Germanów. Jego brudne, ośnieżone sandały, uszyte przez niewolników w dalekich krainach, już parę lat temu nadawały się do wyrzucenia. Jednak z każdym kolejnym krokiem stawało się to coraz trudniejsze. Niewiele kroków pozostało już do końca. Rozmyślał. Zawsze tak robił, gdy droga mu się dłużyła. Pomimo mrozu, odruchowo pogłaskał się po swojej siwej brodzie, odlatując w krainę fantazji. Stary Rzymianin miał duszę romantyka. Gdzieś tam daleko, w jego zmęczonym sercu, oprócz wypitego alkoholu, tliła się także iskierka tych wszystkich uczuć, które kiedyś tak często władały nim jak woźnica powozem. Czasem, w takich właśnie chwilach zawieszenia w sublimującej rzeczywistości, tliła się nieco bardziej, przywołując wspomnienia albo budząc do życia śpiące marzenia. Oczy wędrowca stawały się wówczas nieco bardziej nieobecne niż zwykle. Słabe i już od dawna „skrótkowidzone” w takich chwilach jeszcze bardziej zniekształcały przekazywany obraz, odsłaniając to, co tkwiło w środku. Wspominał odległe lata. Te ciepłe, pogodne jak i te zimne i gorzkie, podobne do obecnego. Obrazy, postacie, uczucia, wszystko mieszało się bez jakiegokolwiek porządku w jego małej głowie. Wydawało mu się wręcz, że słyszy te wszystkie słowa, znajome dźwięki i szmery. Jednak jedyne, co mógł naprawdę usłyszeć w tej chwili to plusk śniegu i szum wiatru. Kroczył więc naprzód, mając cichą, zupełnie nieuzasadnioną nadzieję, że jednak nie będzie musiał oglądać tego, co znajdowało się na końcu drogi. Wtem, z szarej otchłani, oblepiającej wszystko, wyłonił się kolejny wędrowiec. Stary romantyk początkowo go nie zauważył, upojony wspomnieniami oraz trunkiem, który wypił wychodząc w drogę. Postać, z każdym krokiem krystalizowała się przed nim coraz bardziej. Początkowo, była zwykłą, czarną marą oblepioną szarością, lecz teraz przyjęła postać bardzo dziwnego człowieka. Ów człowiek był ubrany na czarno od stóp do głów. Wypadałoby podkreślić, że była to czerń absolutnie doskonała. Białe płatki śniegu w żaden sposób nie były w stanie ani jej zaburzyć ani tym bardziej odbielić. W ogóle niczego nie były w stanie zrobić. Opadały jedynie na czarny płaszcz i kapelusz wędrowca, ginąc błyskawicznie. Jego czarne, wysokie buty również urządzały prawdziwy pogrom wszystkim płatkom, którym pomimo wszystko udało się upaść na dół. Prowadził na krótkiej smyczy czarnego kota ze złotą, idealnie wypucowaną obrożą. Kot nieustannie rozglądał się po otoczeniu próbując dostrzec coś we mgle. Nie mogąc skupić na niczym swojego przeszywającego kociego wzroku, co chwilę zerkał na swojego właściciela w dość nie naturalny jak dla kota sposób. Podobnie jak jego pan, kot był prawdziwym zabójcą płatków śniegu. Jego sierść nie była nawet lekko wilgotna i sprawiała wrażenie jakby ktoś pomalował ją najczarniejszą z możliwych farb. Wędrowiec równomiernym, wolnym tempem zbliżał się do romantyka, cały czas patrząc na jego zmęczoną, przeoraną zmarszczkami, czerwoną twarz. Gdy wykrystalizował się już na tyle, by móc wyrwać go z zadumy, odezwał się tonem pewnym i nieco podniosłym, zupełnie jak prorok niosący złe wieści: -Maksymilianie! Maksymilianie! Idź! Oto kres! Tysiące włóczni już czeka! Nie zwlekaj, nie zwlekaj. Idź, oto idź. Runo nicości, złoty róg, nie dostaniesz ostatniej nagrody, nie obroniłeś królestwa i miasta popiołów. Prochem zostaniesz, prochem, zimną czaszką na pustyni, rozdartą przez dzikie sępy. Nie dałeś świadectwa. Skiśniesz, sczerniejesz. Chodź, oto chodź! – skończył ogłaszać swoje wielkie proroctwo, a jego kot otworzył czarny pyszczek, pokazując wszystkie zęby.…