Inne · 14 min czytania
48 godzin
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Tomasz od dwóch dni był jak w amoku. Wracał do akademika wykończony, a jednak nie udawało mu się spać dłużej niż dwie, trzy godziny. Potem znowu szedł na ulice. Gnał go gniew i niepokój, jaki towarzyszy człowiekowi, który buduje nowe. Majówka od kilkudziesięciu godzin miała dla niego inny wymiar. Dwa dni temu, pierwszego, zaraz po kazaniu Bogdanowicza poszli tłumem pod pomnik Trzech Krzyży. Szli śpiewając. Pieprzeni milicjanci zagrodzili drogę, otoczyli plac. Nie chcieli pozwolić na oddanie czci poległym. Tłum wygrał. Przedarli się przez kordony milicji. Doszli do pomnika. Na to wspomnienie krew zatętniła żywiej w żyłach. Euforia zaraz przemieniła się w gorzkie wyrzuty. Czemu pozwolił Ance brać w tym udział? Była przecież w piątym miesiącu ciąży! Uparła się, że pójdzie jak wszyscy. Nie powstrzymał jej. Było oczywiste, że tamci użyją gazu i armatek, a jednak zgłupiał, uległ jej nastrojom. Sukinsyny celowo polewali ciężarną. Mieli niesamowite szczęście, że udało im się uciec, że nie oberwała pałką. Mogło być naprawdę źle. Szary świt dopiero rozganiał nocną mgłę nad miastem, kiedy Tomasz naciągał sweter. Anka, zaspana otworzyła oczy. - Znowu tam idziesz? - Ania, dla niego – dotknął brzucha dziewczyny - Ojciec będzie mu tak samo potrzebny, jak wolność – od chwili zamieszek pod pomnikiem zaczęła się bać. - Śpij – Nie chciał się z nią żegnać. Wiedział, że się niepokoi, że za wszelką cenę będzie próbowała go powstrzymać, a on chciał zbudować nowy porządek. Dla dziecka, żeby kiedyś mogło żyć w normalnym kraju. Kto wie, może przyjdzie taki czas, że i ziemię ojca odwiedzi bez strachu? Tomasz nie był Polakiem. Przyjechał do Gdańska z Ukrainy na studia. Tutaj odnalazł to, czego brakowało w jego ojczyźnie. Gniew zaklęty w Narodzie, buzujący coraz wyraźniej niezgodą wobec rzeczywistości. Zatrzasnął drzwi i zatrzymał się na chwilę. Andrzej też już wychodził z pokoju. - Potańczymy z gnojami! – rozciągnął usta w szerokim, perlistym uśmiechu. Tłum gęstniał powoli w szarości poranka. Z Wrzeszcza poszli małą grupką w kierunku Centrum. Szli bocznymi ulicami. Jak najdalej od głównych arterii. Planowali dołączyć do demonstracji. Obejdą po swojemu rocznicę ustanowienia Konstytucji. Byli już przy Targu Drzewnym, kiedy w ślimaczym tempie na ulice wyjechało kilka SKOTów i zomoskich ciężarówek, każda zaopatrzona w armatkę wodną. Leniwie rozjeżdżały się po mieście, szukać demonstrantów. Tomasz zauważył, że w ciężarówce siedzą trzy osoby. Kierowca, facet od obsługi armatki i trzeci, którego zadaniem będzie pewnie rzucanie gazu w tłum. Przypomniał sobie, jak dwa dni temu ten od wody z uśmiechem satysfakcji celował prosto w Ankę, jak wyszukiwał ją i częstował kolejnymi porcjami lodowatych strumieni. Bydlaki! Samochód zatrzymał się kilka metrów od nich. Na ulicę wybiegła spora grupa młodych. Wykrzykiwali inwektywy pod adresem ZOMO. Obrzucili ciężarówkę kamieniami. Ten od armatki odpalił sprzęt. Ludzie rozbiegali się z krzykiem. Armatka zatrzymała się, strumień wody leciał tylko w jednym kierunku. Operator wyskoczył i usiłował poruszyć zacięty sprzęt. Coś w Tomaszu pękło. Chwycił leżący opodal kawałek brukowca i cisnął nim w Stara. Trafił prosto w szybę kierowcy. Kamień odbił się tylko od zamontowanej siatki. Wściekły chwycił kolejny odłamek chodnika. Wycelował w armatkę, ale trafił w operatora. Głowa zomowca opadła. Tomasz zobaczył, że ze skroni sączy się krew. - Stary, aleś rzucił!- Andrzej wyszczerzył się do przyjaciela. Facet „od gazu” wychylił się z szoferki. Za plecami dało się słyszeć chrzęst ciężkich butów. Nadciągały piesze oddziały. - Tomek, spieprzamy!- Andrzej szarpał go za ramię. Tomasz stał otępiały. Nie mógł uwierzyć, że tak łatwo zranić człowieka. Stróżka krwi na głowie zomowca, stawała się coraz szersza. - Zabiłem go! –wykrzyknął. Andrzej popatrzył na samochód - Tomek do cholery!- usiłował popchnąć go i zmusić do biegu. Palące uderzenie w kolana rzuciło go na ziemię. Kolejne razy spuszczone na plecy odebrały dech. Chwilę potem razem z Andrzejem wylądowali w milicyjnej suce. - Pięknie, kurwa! – przyjaciel uderzył pięścią w metalowy bok samochodu. Razem z nimi na pace było jeszcze dziesięć innych osób. Nie było możliwości wyjrzeć przez okno i zobaczyć, dokąd jadą. Domyślali się tylko, że za chwilę trafią w jedno z tych „przyjaznych” miejsc, gdzie państwo spotyka się ze zbuntowanym obywatelem. Milicjant z długą bronią otworzył drzwi - Wyłazić! – wszyscy poderwali się z miejsc. Nikt nie ośmielił się sprzeciwić rozkazowi. - W rzędzie się ustawić! – popychał ich pałką, żeby wychodzili według zaplanowanego przez niego klucza – W rzędzie, kurwa, mówię! Dziewczyna przed Tomaszem szła płacząc. Wychyliła się z szeregu i podeszła do poganiającego. - Panie, ja nic z tym nie mam wspólnego!- wykrzyczała – Do roboty szłam! W odpowiedzi dostała porządny cios pałką w plecy. Tomasz spojrzał przed siebie. W dwuszeregu, zwróceni do siebie twarzami stali milicjanci. „Ścieżka zdrowia”, myśl niemal go sparaliżowała. - Ruszać się! Biegiem! – Konsekwentnie posuwali się w stronę oprawców. Pierwsza osoba weszła między szeregi. Spadł na nią grad uderzeń. Tomasz zacisnął pięści. „ Przejść jak najszybciej. Byle się nie przewrócić” Dziewczyna przed nim łkała już głośno. Oglądała się co chwilę za siebie, jakby skądś miała nadciągnąć pomoc. Weszła między bijących. Od razu otrzymała cios. Zachwiała się. Spróbowała cofnąć. Pierwszy z milicjantów wepchnął ją brutalnie z powrotem. - Do przodu się idzie! Uszła parę kroków. Tomasz też już był między bijącymi. Starał się nie myśleć skąd spadnie kolejny cios. Do przodu, byle do przodu. Dziewczyna przed nim upadła. Milicjanci jakby tylko na to czekali. Ze zdwojoną siłą zaczęli okładać ją pałkami. „ Zabiją ją zaraz”. Schylił się. Spróbował podać jej rękę. Milicyjna pałka trafiła w nadgarstek. - Wstawaj! - wrzasnął do dziewczyny,równocześnie czując mdłości wywołane uderzeniami, ale ona tylko zasłaniała głowę rękami. - Wstawaj! – niemal błagał żeby usłuchała. Ludzie idący za nim zaczęli napierać mu na plecy. Popychali go. Jeśli nie ruszy, za chwilę sam upadnie i podzieli los dziewczyny. - Wstań – powtórzył bez nadziei ostatni raz. Nie miał już szansy obejrzeć się za siebie, żeby sprawdzić, czy się podniosła. Razy padały wszędzie, na głowę, plecy, klatkę piersiową. Ostatni milicjant uderzył go z całej siły w brzuch. Zwymiotował. Za nim ze szpaleru wypadł Andrzej. Krew ciekła mu z ust. Stracił właśnie dwa górne siekacze. Zaprowadzono ich do celi. Za metalowymi drzwiami, na kilku metrach kwadratowych było chyba ze czterdziestu mężczyzn. Teraz przybyli kolejni. Nie było szansy, żeby się…