polityka · 10 min czytania
5. Garstka ekonomii
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Promowanie antyekonomicznej wiedzy to szczególnie ważne narzędzie zabezpieczania status quo kręgów władzy we współczesnych państwach demokratycznych. W nieskończoność powtarzane są banialuki o tworzeniu miejsc pracy i walce z bezrobociem, szlachetnym patriotycznym obowiązku płacenia podatków, ochronie rynku przed nieuczciwą konkurencją, o wspieraniu przedsiębiorców, dzikim kapitalizmie, trosce o konsumentów podczas wprowadzenia regulacji rynku oraz ukrywanie procederu drukowania pieniędzy. Omówię te kwestie po kolei. Wolny rynek dąży do zmniejszenia ilości pracy. Ludzie nie potrzebują pracy i zazwyczaj jej nie lubią, bo jest męcząca. Ludzie potrzebują towarów, usług i wolnego czasu. Przedsiębiorcy starają się zastosować w produkcji jak najwydajniejsze narzędzia, żeby się nie napracować. Każda gospodyni domowa stara się ugotować jak najlepszy obiad jak najmniejszym wysiłkiem i kosztem ekonomizując miedzy tymi wzajemnie sprzecznymi celami. Socjalistyczne rządy postępują inaczej. Wprowadzają semantyczny bałagan nazywając pracą źródło utrzymania i organizują roboty publiczne przy budowie autobahnów lub na Kołymie. Nie liczą się z kosztami ekonomicznymi nieoptymalnej alokacji zasobów pracy, bo mają swoje cele polityczne. Dzisiejsza forma robót publicznych – przekładanie papierków - jest co prawda znacznie lżejsza od przerzucania piachu łopatami, chociaż wcale nie tańsza – kosztuje wiele, ale innych, bo aparat biurokratyczny paraliżuje realną gospodarkę. Walka z bezrobociem jest pozorowana. Powodem wysokiego bezrobocia są wysokie koszty pracy i ich obniżenie radykalnie poprawia szanse zatrudnienia. Oczywiście radykalne obniżenie podatków i para-podatków musi mieć poważne skutki uboczne, ale jest jeszcze jedna przyczyna dla której podatki nie są obniżane. Zasoby zagarnięte przez państwo są bogatym paśnikiem nie tylko dla polityków, ale dla całej tzw. sfery budżetowej, różnorodnych przedsiębiorstw i osób prywatnych z nich korzystających, począwszy od firm korumpujących urzędników państwowych, poprzez klientelę opieki społecznej, a skończywszy na studentach na bezpłatnych uczelniach. Tak się składa, że bogaty Kwaśniewski zarabiający na systemie publicznych transferów pieniężnych jest bardziej wpływowy i/lub ma więcej władzy od biednego Kowalskiego, dlatego popiera i utrzymuje ów system transferów zasilanych przez podatki. Zatem otacza nas propaganda o szlachetnym patriotycznym obowiązku płacenia podatków. Można z niej odnieść wrażenie, że cały zysk z założonego przez chciwego przedsiębiorcę zakładu produkcyjnego lub handlowego to podatek odprowadzony do skarbu państwa. Nieprawda. Przedsiębiorcy produkują dla nas wszelkie dobra lub nam je dostarczają. Na tej działalności wszyscy odnosimy zysk netto. Natomiast podatek jest transferem pieniężnym nie przynoszącym żadnego zysku netto, w dodatku kilkadziesiąt procent pieniędzy w drodze od podatnika do beneficjenta gdzieś ginie i to zjawisko również wyjaśnia przyczyny forsowania propagandy o szlachetnym patriotycznym obowiązku płacenia podatków. Uderzanie w nuty patriotyczne opiera się na kolejnym semantycznym przekręcie polegającym na utożsamianiu kraju i narodu z reżimem państwowym. Podatki oczywiście być muszą, żebyśmy mogli korzystać z nieocenionych dóbr, które może dostarczyć jedynie organizacja państwowa, ale koszty tych dóbr nie uzasadniają wysokości podatków. Wszystkie podatki są złe, ale część z nich to zło konieczne. Ochrona rynku przed nieuczciwą konkurencją i troska o prawa lub bezpieczeństwo konsumentów jest zazwyczaj wytrychem słownym stosowanym przez ludzi władzy próbujących ograniczyć dostęp do rynku, aby w ten sposób zapewnić sobie większy w nim udział lub nawet monopol, albo stworzyć warunki, w których mogliby się korumpować z licencjonowanymi przez nich przedsiębiorcami. Proceder ograniczania dostępu do rynku odbywa się na różnym poziomie. Na przykład rząd skorumpowany przez polskich producentów skarpetek wprowadza cła albo kontyngenty na import niezdrowych skarpetek z Wenezueli produkowanych przez zmuszane do pracy biedne dzieci. Pozornie mamy same zalety takiej sytuacji. Polski przemysł skarpetkowy kwitnie, dziewiarze mają pracę i płacą podatki. Obywatelom mniej pocą się nogi. Rząd czerpie dochody również z cła i buduje nowe drogi i szpitale. Propaganda! Pracownicy fabryczni muszą teraz dłużej pracować na droższe skarpetki, również ze względu na atest wydawany przez licencjonowane rządowe instytucje, pozostali konsumenci skarpetek zresztą też, a biedne dzieci z Wenezueli są jeszcze biedniejsze. Zadowolony jest tylko rząd z wyższych podatków i cła. W zasadzie to może nawet zbędne jest korumpowanie go. Gdyby ochrona własnego rynku przed konkurencją była taka dobra, to powinniśmy również chronić rodzimy rynek producentów bananów. Zatrudnienie przy budowie szklarni i wydobyciu węgla do ich opalania…