Filozofia · 22 min czytania
5.Las
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wiedźmi las, jak nazywali owy bór mieszkańcy wioski Less-boss, był od niej oddalony o kilka mil. Wioska była niesamowita. Mieszkały w niej same kobiety, nikt nie wiedział dlaczego. Dniami po podwórkach biegały małe dziewczynki, po wodę do studni chodziły wyrośnięte panienki, obiady gotowały dorosłe już gospodynie. W nocy natomiast działy się, jak czytelnik pewno się domyśla, niesamowite rzeczy. Spały. Po ludzku, po prostu, padając z wyczerpania, zapadały w błogi sen wkrótce po pojawieniu się księżyca. Jeśli były chmury, porę snu wyznaczała Rada Starszych, do której (jak sama nazwa wskazuje) należały niewiasty liczące wiosen piętnaście. Tak mijał dzień za dniem w uroczej wiosce, która nie wiedzieć czemu uznana była za dziwną. Jakie jednak ma ona powiązanie z lasem? Otóż, narzuconym i nieodwracalnym prawem natury jest fakt, że dorastająca dziewczyna potrzebuje chłopa, rzekłby kto “na gwałt”. Zwykłego, z krwi i kości, żeby jeno brał się do rzeczy, nieważna postura, charakter czy wielkość stopy. Byle był. W Les-boss, jak wyżej wspomniano, nie było ani jednego osobnika płci męskiej. Przezorne matki, po kilku incydentach swoich córek (o których pisać niepodobna), zaczęły hodować same zwierzęta płci damskiej. W stajniach nie można było znaleźć ani ogierów, ani kozłów, ani też byków- z wiadomego powodu. Buzujące hormony dorastających dziewczyn były tak nieznośne, że ich właścicielki okrzyknięte zostały wszem i wobec “wiedźmami”. Wiedźmy zaś, którym przewodziła siedemnastoletnia Cafona, spotykała się wraz z grupą kilku przyjaciółek na leśnej polanie. I w tym miejscu właśnie należy nadmienić, że z tego “spotykania” wynikły były nie lada kłopoty. Dokładnie dwa lata minęły od wypadku, który zapoczątkował legendy o tym zupełnie uroczym miejscu. W piętnaste urodziny Cafony, panienki zebrały się w lesie i z nudów zaczęły grać w grę, którą nazwały “butelką”. Najpierw wypiły trunek, później usiadły w kółku i zaczęły kręcić butelką. Na kogo wypadło, na tego bęc. Pod tajemniczym “bęc” krył się czuły pocałunek, a szczęściara musiała ściągnąć jedną część ubrania. W efekcie całe grono dziewcząt siedziało przy ognisku tak, jak je Pan Bóg stworzył, bawiąc się wesoło i śmiejąc głośno. Pech chciał, że na polankę zawędrował jakiś chłopak. Kilka razy przecierał oczy, mrugał, ale obraz za nic nie chciał się zmienić. W końcu doszedł do wniosku, że na świecie na prawdę istnieją czarownice. Wieść rozeszła się po ziemiach w odległości dwustu mil, a sam chłopak poręczył głową za to, co widział. Jak łatwo odgadnąć, ludzie usłyszeli o czarownicach, które w środku nocy, na polu pokrytym wrzosami, przy ognisku, na ludzkich kościach odprawiały czarną magię. Do tego doszedł jeszcze czarny kot składany w ofierze i miotły, na których czarownice przyleciały na zlot. Rzeczywistość była inna- na leśnej polance nie było ani mgły, ani wrzosów, ani ludzkich kości. Oczywiście wszystkie czarownice były złe i rude, jakże by inaczej. Kiedy wieść okrążyła te wszystkie tereny i wróciła z powrotem do Less-boss, starsze kobiety, niemalże paląc się ze wstydu, próbowały wszelkimi siłami sprostować plotki, które zaczęły krążyć wokół tej dziwnej sprawy. Wszystkie działania podjęte były na próżno. Las, który zapowiadał się całkiem niewinnie, tak oto przybrał miano “wiedźmiego”, a sama wioska jawiła się w oczach ludzi jako przeklęta. Przenieśmy się jednak w czasie o całe dwa lata do przodu, do dnia, w którym Cafona skończyła lat siedemnaście. *** -Wygląda na to...- powiedział powoli rycerz- że się zgubiliśmy. Anka zamknęła oczy w geście rozpaczy i podniosła głowę w górę. Nic nie mówiła- widać po wielogodzinnej jeździe nie miała już ani sił, ani ochoty na kłótnie. Przeciągnęłam się w siodle obserwując okolicę. Podążaliśmy drogą, która zmierzała, ogólnie rzecz biorąc, nie wiadomo dokąd. Wiał lekki wiaterek niosący zapach kwitnących łąk, które nas otaczały, pączkujących drzew i kurzu znajdującego się na trakcie. Dookoła nie widać było żywej duszy- żadnej osady, młodych, biegających po polach, myśliwych. Cisza przerywana tylko śpiewem ptaków, przypominającym jakąś starą, smutną pieśń, dawała niemiłe przeczucie, że coś wisi w powietrzu. -Coś wisi w powietrzu- odezwała się do mnie Aneta- I wcale mi się tu nie podoba. Gdyby ktoś był głupi, powiedziałby, że jest za cicho. -Jest za cicho!- krzyknął rycerz, który obserwował okolicę kilkadziesiąt metrów od nas. Uśmiechnęłam się pod nosem, mrużąc oczy, starając się coś dostrzec. Aneta, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu, wsadziła sobie palce do ust i przygryzła je mocno. Wyglądało na to, że genialna orientacja rycerza znów doprowadzi nas do miejsca, gdzie coś się wydarzy. Z pewnością nie mogło być to nic dobrego. Chcąc nie chcąc, ptaki ćwierkały dalej nieznośnie, jakby mając zamiar wprowadzić do powieści odpowiedni nastrój. Nie udało im się to, nastrój był dalej tak totalnie tandetny, jak tylko możliwe. Bez zmian. Po dobrej godzinie jazdy bystry rycerz dostrzegł czarną linię na horyzoncie, ciągnącą się szeroko. -Tak, to las- wyprzedziła rycerza jego siostra, robiąc kwaśną minę.-Nie ma szans, musimy tam jechać. Jeśli się nie mylę, mamy pościg za plecami. Król stara pała się zawziął, a na niego nie ma rady. Lepiej dla nas, jak uciekniemy i wrócimy, kiedy wszystko ucichnie. Za jej radą, pojechaliśmy do lasu, który zbliżał się ku nam powoli. Wbrew wszystkiemu nie było rozdroża, ziół przy nim palonych, aby wskazały drogę, nie było też jeżdżenia w koło. Droga była prosta jak “chuj”, mówiąc językiem plebsu. Język ten miał to do siebie, że zazwyczaj prostymi słowami z życia wziętymi potrafił pięknie zilustrować sytuację, stąd też wzmianka. Wreszcie, po bardzo uciążliwej jeździe “ciągle prosto”, dotarliśmy na skraj lasu. Nie było czaszek, ludzkich kości, ani mgły. Las, jak zwykły las, prezentował się całkiem spokojnie. Wysokie drzewa kołysały się leciutko na wietrze, rozsiewając wokół zapach świeżości. Wciągnęłam głęboko powietrze, przymykając oczy. Zsiedliśmy z koni i poprowadziliśmy zwierzęta za sobą. Prowadził oczywiście rycerz Piotr, który- jako jedyny mężczyzna w naszej grupie- twierdził, że najlepiej orientuje się w terenie. Chodziliśmy więc koło drzew, przedzieraliśmy się przez krzaki, raz po raz wyplątując się z ostrych cierni, które wbijały się w nasze ubrania. Ache parskał nieznośnie, depcząc kopytami ziemię. -Uspokój się, niegrzeczny koniu- powiedziałam stanowczo, zadzierając nos. Koń, przekorny jak właścicielka, nic nie zrobił sobie z polecenia, co więcej- zaczął się wyrywać. W ślad za nim poszły inne konie. -Co jest, do cholery?- zapytała rozeźlona Anka, szarpiąc za cugle swojego wierzchowca. Rycerz pobladł na twarzy i wyjąkał: -Jezus Maria...Wilcy... -Żadni wilcy- odparowała Aneta patrząc bystro przed siebie- Polanka. Poszliśmy we wskazanym przez nią kierunku, ciągnąc za sobą coraz mocniej zwierzęta. Rzeczywiście, Aneta nie myliła się. Zobaczyliśmy teren porośnięty bujną, zieloną trawą, na którym znajdowało się pełno baniaków po winie. W powietrzu unosił się ostry zapach alkoholu. -Jestem w raju...- powiedziała Aneta, rozglądając się wokół. Zostawiliśmy konie na skraju lasu. Uniosłam ze zdziwieniem brwi, patrząc na różnego rodzaju alkohole. Po ich barwach można było wywnioskować, że jest tu wszystko, od wina, poprzez nalewki, aż po rum. Anka odkorkowała jeden baniak, powąchała, po czym skrzywiła się mocno. Na moją zdziwioną minę odpowiedziała: -Za młode. Jeszcze byśmy się potruli. Doszedł do nas w końcu rycerz Piotr, okiem znawcy spojrzał na butelki, po czym zaczął upijać po trochę z każdej z nich. Anka usiadła na ziemi, odkorkowując średniej wielkości butelkę. Wypiła łyk, mlasnęła językiem kilka razy, po czym wypiła połowę zawartości butelki. -Wyborne- skwitowała, mrużąc oczy z lubością. Rycerz, usłyszawszy słowa siostry, podszedł do niej, wziął butelkę z jej ręki upił łyk i skrzywił się z niesmakiem. -Sikacz- powiedział w końcu, robiąc znaczącą minę. -Tak- skomentowała z przekorą Anka- Sądząc po kawałkach ziemi znajdujących się na butelce, można stwierdzić, że leżała tu ona kilka ładnych lat, po smaku zaś- że jest to wyborne wino sporządzone z czerwonych winogron rosnących na południowym, nasłonecznionym stoku. Rycerz poczerwieniał, po chwili upił łyk, mlasnął i powiedział: -Rzeczywiście, nie wyczułem smaku. I, jako wyborny znawca, poszedł smakować innych trunków. Chwilę później przybiegła do mnie Aneta, niosąc dwie flaszki jakiegoś żółtego likieru. -Ruda, patrz, co mam. A najlepiej nie patrz, tylko pij! Bania! -Bania-odpowiedziałam, przechylając butelkę. Jak skończyła się historia, nie sposób opisać. Z tego, co pamiętam, minęło kilka flaszek czasu, aż wszyscy zaczęli się dobrze bawić. Jako towarzystwo o “mocnych głowach”, nie skąpiliśmy sobie popróbowania wszystkich gatunków alkoholu, których nie ubywało. Świat wirował mi przed oczami, Aneta łapała motyle, zarzekając się, że siadają jej na ręce. Anka toczyła bój z niewiadomego podochodzenia wrogiem, używając kija jako szabli. Rycerz Piotr natomiast leżał nieprzytomny na ziemi, zalany w trupa. W końcu, kiedy drzewa nabrały różowych kolorów, a ja miałam wrażenie, że wyrosły mi skrzela i pływam jak ryba w jeziorze, uznałam, że czas, aby położyć się na ziemi i usnąć. Tak też zrobiłam. *** I wtedy wąż zszedł z drzewa, podpełzł do mnie, spojrzał swoimi żółtymi oczami, ugryzł w brzuch raz, drugi, w końcu wystawił mi język na ostrzeżenie i oplótł mocno moje ciało, aż straciłam dech. Chwilę później rozpłynął się w powietrzu, co przyjęłam dopiero po chwili. Mózg pracował mi na bardzo wolnych obrotach. Gdy zamrugałam oczami, zorientowałam się, że wąż dalej mnie oplata, a jego pysk jest oddalony od mojej twarzy o kilka cali. Próbowałam krzyczeć, jednak głowa bolała mnie tak bardzo, że nie wiedziałam co. W końcu przed oczami zamajaczyły mi jakieś kształty i dosłyszałam ludzkie głosy wcale nie z oddali- były w mojej głowie. Tłukły się niemiłosiernie, odbijając za każdym razem echem, powracającym ze zdwojoną siłą. Wąż znowu zniknął, natomiast zobaczyłam nad sobą znajomą twarz i parę orzechowych oczu, które wpatrywały się we mnie wesoło. -RA, chyba mam kaca...- powiedziałam jedyne słowa, które zdołały mi przejść przez gardło. Poczułam piękący ból, spowodowany uderzeniem w twarz. Ktoś krzyczał, poczułam, że unoszę się w powietrzu, spadam w przepaść, znów się wzbijam. Otworzyłam oczy. Stała przede mną młoda dziewczyna, lat około siedemnaście. Czarne włosy okalały jej kwadratową, mocno zarysowaną szczękę. Wąskie, półprzezroczyste usta wygięte były w grymasie złości, a żółte, kocie oczy, miotały groźne błyski. Fakt, że kogoś takiego nie znałam, nie był najgorszy. Bardziej zdumiało mnie, że dziewczyna jest całkiem, ale to całkiem naga. -Witaj, wiosno- odezwałam się do nieznajomej, mrugając mocno oczami. Poczułam ponownie uderzenie w twarz. Skrzywiłam się z bólu. Chciałam coś odpowiedzieć, jednak do nagiej dziewczyny podeszła inna, również nie mająca odzienia i powiedziała: -Daj spokój, Cafono,