Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

rodzina · 14 min czytania

A właściwie, czym są słowa?

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Z oknami gasło światło dnia, gdy oprzytomniałem. Zerwałem się z krzesła i wyjrzałem na ulicę: dachy miasta powoli stygły, wiatr zmienił kierunek, nie było słychać stukotu pędzących obcasów.

- O rany, kwadrans po osiemnastej! Kwiaciarnia za rogiem będzie jeszcze otwarta. Kupię białe róże, jej ulubione. Nie znosi, gdy się spóźniam – pomyślałem rozgorączkowany, już w windzie.

W ostatniej chwili wsiadłem z pękiem kwiatów do zatłoczonego po brzegi tramwaju. Pierwsze piętro, nacisnąłem znajomy dzwonek. W drzwiach matka pocałowała mnie w policzek.

- Wreszcie jesteś! Szukam kluczy do stacyjki. Tylko trzydzieści sekund, wytrzymaj…

Zaśmiała się radośnie i odeszła w głąb pokoju lekko kołysząc biodrami. Miałem przed sobą pierwszy od dawna wolny wieczór. To były jej urodziny, rocznica zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę.

- Kocham twój optymizm – odpowiedziałem pod nosem.

-Znowu to samo - przemknęło mi przez głowę, ale wycofałem się. Przystanęła odruchowo, jak każda kobieta przed lustrem, przeczesała ręką krótkie włosy. Po chwili zostałem sam w przedpokoju, oparłem się o ścianę. Odetchnąłem, nie musiałem już nigdzie gonić, byłem w domu.

Każde urodziny matki to powrót do dzieciństwa, jak za sprawą magicznego zaklęcia. W całym domu unosił się zapach jej talku i róż. Ten sam gdański zegar z jedną wskazówką, tykał dostojnie. Nadal jest piękną, dojrzałą kobietą, wiele zachowała z dawnej prawdy, ciągle podoba się mężczyznom, wodzą za nią zaciekawionym wzrokiem. To niewątpliwie twarz człowieka dumnego i szczęśliwego ze spełnionego obowiązku. Z głębi mieszkania dochodziły odgłosy szukania, rozsiadłem się w ulubionym fotelu, wzrokiem omiotłem stare, rodzinne zdjęcie stojące na półce. Obiektyw utrwalił radość moją i matki. Tęsknię z tamtymi czasami, ich duchy wypełniają ten dom. Zawsze przechowywała stare zdjęcia. Misternie spleciona tkanina naszego życia. Dzięki Bogu, to co najgorsze w moim życiu nie wyszło na jaw. Oparłem głowę i przymknąłem powieki. Coś bardzo gorącego w mym wnętrzu zaczęło się ochładzać i przez to rozprężać. Szary dzień dobiegający za oknem końca zrobił się taki przytulny. Wróciły wspomnienia,

- Tak, to było jesienią, dwa lata temu. Wyszedłem później niż zwykle, zasiedziałem się w redakcji, potem musiałem wpaść do banku. Byłem wykończony dniem, szef się czepiał o byle co, miałem już dość biegania, stania w kolejkach, i tych zawiłych formalności. Taką mam pracę. Głód i zmęczenie mieszały mi rozum. Stałem na brzegu chodnika, na czerwonych światłach, blisko jej domu. Może odwiedzić mamę? Puszysty omlet, zawsze będę pamiętać jego delikatny smak…

Matka nie otwierała. Miałem klucz. Kuchnia była pusta. Przez ścianę wdzierał się dziwny odgłos, dochodzący z głębi mieszkania. Miałem złe przeczucie, serce waliło mi jak młotem. Wszedłem cicho do jej sypialni. Nigdy, wcześniej nie słyszałem jej płaczu. Smutek i gorycz to była zawsze tylko jej sprawa, skrywana bardzo głęboko. Widząc mnie, zaskoczona usiadła na łóżku, opierając łokcie na kolanach, otarła łzy. Oczy miała czerwone i podpuchnięte, wyglądała tak jakby była chora.

- Masz dla mnie chwilę?

Zatoczyła kółko w powietrzu palcem, znałem ten gest.

- Jest mi tak potwornie przykro - wyszeptała. - Siadaj. - Wybacz musiałam coś przemyśleć - usprawiedliwiała się jak dziecko.

- Nic więcej nie udało mi się z niej wyciągnąć. Zapewne odżył w niej znowu ten koszmar. To wszystko cofnęło się w niej, znowu, do samego początku.

- Mamo, wyrzuć to z siebie, raz na zawsze, dręczysz się, minęło tyle lat.

Poprawiła się na łóżku, kiwnęła głową. To był znak, że miałem mówić dalej. Jej wzrok skrzyżował się z moim wzrokiem, dotknęła spodem drżącej dłoni mego policzka.

- Zobaczysz uda ci się, kieruj się zdrowym rozsądkiem.

- To, prawda, muszę, wiem, ale czasem mnie napada i myślę: w cholerę z tym, życie jest zbyt krótkie. Nie wiem, gdzie podziała się moja siła. Myślę, że po kawałku odłupało ją życie, że powoli się zużyła - wyszeptała, jej oczy znowu zaszkliły się łzami.

To znowu ta koszmarna historia, tkwi w matce jak cierń. Była wtedy chudą, szaloną nastolatką, stała w tłumie gapiów i patrzyła jak płonie jej dom. Ugrzązł w nim jej ojciec, a mój dziadek. Nie mogła ruszyć się z miejsca. Coś się wtedyotworzyło, coś się zamknęło.

- Mała, dobra robota – zadrwił, któryś z gapiów.

Zaczęła krzyczeć. Usmażył się w ogniu ratując psa, jej psa, którego niefrasobliwie zamknęła samego w domu, idąc na randkę ze swoim pierwszym chłopakiem. Do dziś słyszy ryk ognia wypluwanego przez rozbite okna, wycie syren i chlust wody lejącej się ze strażackich sikawek, czuje zapach gryzącego dymu. Nachodzą ją przerażające wizje.

Mój dziadek był fantastycznym facetem i ojcem, nieraz mi opowiadała. A co z jego genami? Gdybym je od dziedziczył byłbym geniuszem. Co prawda, łączy mnie z nim pewne podobieństwo. Kolekcjonuję, tak jak on kalendarze, wszystkie, ścienne też, z kartkami do wyrywania. Kalendarz to w pewnym sensie książka, której przeznaczeniem jest likwidacja. To dzieło, programowo nietrwałe, nie ma zamiaru nas przeżyć, marzy, by każda kartka została przeczytana dokładnie.

- Mamo, kupiłem w końcu to mieszkanie. Nareszcie mi się udało, dostałem ten cholerny kredyt. Będę go spłacał prawie do emerytury. Jakoś sobie poradzę, mam trochę rozumu i instynktu - wyrzuciłem z siebie jednym tchem, czułem, że muszę coś powiedzieć, zająć ją czymś innym.

Obserwowałem jej reakcję. Uniosła brwi, na jej twarzy odmalował się nikły uśmiech.

- Potrzebujesz pomocy?

- Nie, już ją mam.

Zasypała mnie pytaniami, chciała jak zwykle być ze wszystkim na bieżąco.

– To jest wspaniała wiadomość. Cóż, w życiu trzeba ryzykować. Nie martw się, zawsze byłeś moją mądralą, dasz radę.

Jestem łasy na pochlebstwa, przytuliłem ją mocno do siebie.

- Ułożysz sobie nareszcie życie w nowym domu, będziesz miał więcej miejsca. Jesteś szczęśliwcem, Anna to dobra dziewczyna. Czy myśleliście o małżeństwie? Cieszę się, że spełniły się twoje marzenia. To głupie, byłam szczęśliwa mając cię tu blisko. Czas, gdy dzieci odchodzą na swoje, dla rodziców zawsze jest trudny.

Skończyła mówić, nie patrzyła na mnie, wstydziła się.

Z zadumy wyrwał mnie SMS od Anny, musiała zostać na noc w szpitalu.

****

Nadal z głębi mieszkania dochodziły odgłosy szukania, obudziły Bliznę, przybiegła się przywitać. Jest trochę przygłucha.

- Przepraszam, że tak długo kazałam na siebie czekać.

Stanęła przede mną z kluczykami w ręku. Wręczyłem jej róże, utonęliśmy w uścisku. Starannie ułożyła kwiaty w zielonym wazonie. Zaczęliśmy rozmawiać jak dawniej, przy herbacie i cieście dyniowym. Czas pędził jak zwykle, wieczorny wiatr targał firankę. Podniosła się by ją poprawić.

- Piotrze, czy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
A właściwie, czym są słowa? — czytnik · opowiadania