Komedia · 23 min czytania
A zaczęło się od Marcinka... - cz. I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Przestałbyś już pieprzyć. Ile razy można gadać na ten temat. Dałbyś spokój – wkurzony Julek machnął ręką. – Jakbyś nie wiedział, jak to jest. Teraz potrzebna jest kasa. Słyszysz? Kasa! Marcin zaskoczony wybuchem przyjaciela wpatrywał się w niego w osłupieniu. -Ale przecież mówiłeś, że podoba ci się to opowiadanie, że ma potencjał. Przekonywałeś mnie, że nie trzeba za bardzo przerabiać na scenariusz… - zająknął się. – Teraz wmawiasz mi, że to śmieć? - Stary, nic ci nie wmawiam – spojrzał się na niego z drwiną Julek. – Twoja pisanina jest całkiem do rzeczy. I humorek jest i fajne dupki. Ale nie rozumiesz jednego. Nikt nie wyda ci tego. Wszędzie potrzebne są plecy. Na jakim świecie ty żyjesz? - Ale słuchaj – zaczął Marcin bardzo zaaferowany. – Przecież możemy poszukać. Podzwonimy do wydawnictw, wyślemy maile z próbkami tekstów do czasopism. Może kogoś to zainteresuje. - I co, myślisz, że ktoś wyda ci to za free? I jeszcze zarobisz na tym kupę kasy? Zapomnij, stary. Szkoda zachodu. Włóż to sobie do szuflady i czekaj, może trafi się kiedyś jakiś sponsor filantrop. A zresztą, daj to, poczytam sobie jeszcze do poduszki. Julek ze śmiechem wyrwał Marcinowi rękopis z ręki. Pomachał nim koledze przed nosem, okręcił się na pięcie i ruszył biegiem w kierunku przystanku. - Cześć i do zobaczyska! – zawołał. – I nie rób takiej miny, to nie koniec świata – zaśmiał się jeszcze raz krótko i w ostatniej chwili wskoczył do autobusu. Marcin został na skwerku. Wszystko runęło. Ślęczał nad tym opowiadaniem przez ostatnie dwa miesiące. Wcześniej przyznał się Julkowi, że pisze już od dawna i w końcu chciałby, żeby ktoś zobaczył jego teksty. Może są coś warte. Początkowo Julek wydawał się być pełen entuzjazmu. Zachęcał go do wykończenia tekstu i śmiał się, że zostanie jego menedżerem. Dopingował go do dzisiaj. Marcin dał mu rano rękopis i poprosił, żeby go przeczytał przed przekazaniem jakiemuś miłemu wydawcy. A potem spotkali się na skwerku przy Bazylice. I wtedy właśnie Julek go wyśmiał. - Chrzanić to – powiedział do siebie Marcin. – Mów sobie, co chcesz. Dalej będę pisał i guzik mnie obchodzi, co masz do powiedzenia. A kiedyś zdarzy się cud i w końcu moje książki będą na półkach w księgarni. Pociągnął nosem i wolnym krokiem ruszył w stronę kamienicy, w której zajmował małą kawalerkę wraz z dwoma kotami i toną książek. W tym samym czasie Julek jechał linią 170 myśląc gorączkowo. - Hubertowi to się podobało. Ale on jest biedny, nie da się z niego za dużo wyciągnąć. Może uderzyć do Beaty? Kurczę, ale ona jest za bardzo drobiazgowa, na pewno oczy wyjdą jej z orbit i zacznie wypytywać mnie o to opowiadanie. Pewnie nie uwierzy, że ja to napisałem. Przygryzł wargę. Beata, to było coś. Ostra babka, która nieodparcie od lat go przyciągała. Niestety, fascynacja działała tylko w jedną stronę. Julek stanowił dla niej niewyczerpane źródło drwin. Traktowała go jak niedorozwinięte dziecko, co było dość denerwujące, zważywszy, ze dawno obchodził trzydzieste urodziny. - Przemądrzała dupa – zatrzęsło nim. – A właśnie, że pojadę do niej. Pokażę jej fragment i żeby oko jej zbielało. Ona się zna na tekstach… Nacisnął guzik i autobus zatrzymał się na przystanku na żądanie. Julek, nie zadając sobie trudu dojścia do niedalekich pasów, przeskoczył kałużę przy krawężniku i szybko przebiegł przez ulicę popędzany klaksonami hamujących samochodów. *** Obudziłam się. Delikatnie otworzyłam jedno oko i zerknęłam na budzik. Ósma. Może należałoby się już podnieść? Po chwili wahania otworzyłam również drugie oko, oparłam się na łokciu i spojrzałam w kierunku drzwi balkonowych. Słoneczko świeciło wesoło przez szybę, której – nie da się ukryć – przydałoby się porządne mycie. Przeciągnęłam się aż chrupnęło i powoli zwlokłam się z łóżka. W mieszkaniu panowała błoga cisza. Dzieciaki pojechały na kolonie nad jeziora mazurskie, mąż poszedł precz po krótkim, acz niezbyt przyjemnym rozwodzie, miałam więc całe trzydzieści sześć metrów kwadratowych dla siebie. Klientów już przed dwoma tygodniami uprzedziłam, że wybieram się na urlop, więc miałam nadzieję, że nie będą nękać mnie telefonami. Co prawda nigdzie się nie wybierałam. Zamierzałam zaszyć się w mieszkaniu i wychodzić tylko w razie nagłej potrzeby, czyli wtedy, gdy zabraknie mi artykułów pierwszej potrzeby. Papierosów i takich tam. Odłożyłam sobie już wcześniej na oddzielną półeczkę książki, które zamierzałam przeczytać i filmy, które koniecznie musiałam w końcu obejrzeć. Cudowna perspektywa roztaczała się przede mną! Dwa tygodnie spokoju! Po prysznicu, obowiązkowej porannej kawie i pierwszym papierosie przysiadłam na ulubionym stołeczku w kuchni i zaczęłam zastanawiać się nad planem dnia. Czy zacząć od jakiegoś fajnego filmu, czy może raczej zabrać się do zaniedbanych lektur? Chyba lepsza będzie książka. Seans filmowy urządzę sobie wieczorkiem. Nagle zaczęła wibrować moja komórka. O, do jasnej cholery! Co za kretyn dzwoni o tej porze? Najpierw usiłowałam zignorować brzęczenie, ale długoletni nawyk był silniejszy. Zerknęłam na wyświetlacz. Marcinek. Zdziwiłam się, bo nie należał do osób podnoszących się z łóżka przed południem. Z lekkim westchnięciem odebrałam. - Monia, jesteś w domu? – od razu usłyszałam. - Jestem – odpowiedziałam ostrożnie, po czym przeklęłam w myślach, bo przecież miałam być na dawno zaplanowanym urlopie. - A sama jesteś? - Sama – powiedziałam zrezygnowana. Już przepadło. – Maciek z Bartkiem są na koloniach i próbuję cieszyć się chwilową wolnością. - To ja będę u ciebie za pół godziny. Rozłączył się. A to drań! Nie dał mi żadnej szansy zareagowania. Znając życie wszystkie moje plany na dzisiaj wezmą w łeb. Żegnaj książko, żegnaj filmie… Z zasady lubię Marcinka, ale może nie w tej chwili. Mocno zdegustowana narzuciłam na siebie jakieś powyciągane dresy i zeszłam na dół do sklepu zaopatrzyć się w piwo. Na trzeźwo nie zniosę dzisiaj jego wizyty. Pani sklepowa była w nastroju do rozmów towarzyskich. Pogadałyśmy chwilę o szkole dzieciaków, o beznadziejnych facetach, po czym ustrzeliła mnie informacją o właścicielach kamienicy. - Sąsiadko, a pani wie, że niedługo zapukają nam do drzwi ci spadkobiercy, co odzyskali prawa do kamienicy? – zapytała nagle. - Jak to zapukają? – zdziwiłam się. – Przecież jeszcze nic nie wiadomo. Wiem, że toczą się jakieś postępowania sądowe, ale to przecież może długo potrwać. - Pani Halina, wie pani, dozorczyni, powiedziała mi, że wygrali. Teraz to jest ich kamienica. Niedługo mają się pojawić i rozmawiać z lokatorami. - No to brawo – powiedziałam zrezygnowana. – Jak przyjdą i powiedzą, że podnoszą mi czynsz o trzysta procent, to dziękuję bardzo. Coś pani więcej o nich wie? - Nic nie wiem, ale jak czegoś się dowiem, to od razu dam pani znać, sąsiadko. Kiwnęłam głową, bo cóż mi pozostało. Od dłuższego czasu słyszałam, że znaleźli się jacyś spadkobiercy przedwojennych właścicieli kamienicy. Nie zawracałam sobie tym specjalnie głowy, bo wiedziałam, że sprawy w sądach trwają latami. Najwyraźniej ludzie odzyskali własność i teraz należało się spodziewać szybkich działań. Nie ma co, fajnie zaczyna mi się urlop! Zamyślona wdrapałam się na pierwsze piętro i weszłam do mieszkania. Otworzyłam sobie Lecha i pociągnęłam duży łyk. Pomogło. Od razu rozjaśniło mi się w głowie. Nie będę zajmować się teraz problemami natury mieszkaniowej. W końcu mam upragniony urlop. W ciągu najbliższych dwóch tygodni na pewno nikt nie wywali mnie z mieszkania, więc nie warto się tym stresować. Istnieje szansa, że przez ten czas trafię coś w Lotto i problem natury mieszkaniowej upadnie. Grunt, to myśleć pozytywnie. Teraz trzeba nastawić się na Marcinka. Zabrzęczał domofon. To pewnie Marcinek. A jakże. - To ja – usłyszałam w słuchawce. – Wpuszczaj! Nacisnęłam guzik z kluczykiem i uchyliłam drzwi wejściowe. Usłyszałam tupot na schodach niezbicie świadczący o tym, że chłopakowi się spieszy. - Super, że jesteś – wydyszał Marcinek wpadając do mojego mieszkania. – Nie wiem, co bym zrobił, pocałował klamkę. - Nie klamkę, ale domofon. Wchodź do małego pokoju – odpowiedziałam z zachęcającym uśmiechem. – Zaraz przyniosę piwko i powiesz mi, co się stało. Zawsze lubiłam Marcinka. Kompletnie oderwany od rzeczywistości, ale w porządku facet. Nigdy nie mógł zdecydować się, czym zająć się w życiu. Trochę studiował, dorywczo pracował w różnych dziwnych firmach. Wieczny optymista. Bez względu na to, w jak wielkim dole byłam, zawsze poprawiał mi nastrój. To on właśnie zbuntował mnie przeciwko eks, przez co wpłynął na moją obecną sytuację. Zawsze uważałam, że minął się z powołaniem. Mógłby zrobić furorę jako psycholog - potrafił słuchać, współczuć, podnosić na duchu i udzielał wspaniałych rad. Teraz jednak wyglądał tak, jakby sam potrzebował pomocy. Klapnął na wersalkę i zapatrzył się w kalendarz ścienny. Postawiłam na stoliku kufel wypełniony piwem i czekałam, aż powie, o co chodzi. Byłam ciekawa, co tak ważnego go przygnało, że zaburzył swój cykl dzienny i zerwał się o ósmej rano. - Halo, kolego! – zaczęłam. – Co się dzieje? Spojrzał na mnie wzrokiem zranionej łani. Westchnął głęboko i sięgnął po piwo. Pociągnął zdrowy łyk i przełknął głośno. - Nie wiem od czego zacząć – powiedział cicho. - Zacznij od czegokolwiek, byle tak, żebym zrozumiała – odpowiedziałam zachęcająco. Nie zaczął tak od razu. Chyba faktycznie musiało mu się przydarzyć coś potężnego, bo słowa nie chciały przejść mu przez usta. Przypatrywałam mu się z zainteresowaniem, bo takie zjawisko w przypadku Marcinka było rzadko spotykane. Zazwyczaj nie miał żadnych oporów przed zarzuceniem swojego rozmówcy ogromem informacji i pomysłów. - Napisałem opowiadanie – zaczął, gdy już powoli zaczynałam tracić nadzieję, że dowiem się, o co chodzi. Zamilkł na dłuższą chwilę. - No dobrze, - zachęciłam delikatnie – napisałeś. I co dalej? - Napisałem… No i właśnie w końcu napisałem i… Rany boskie, płyta mu się zacięła! W tym tempie szybko nie skończymy tematu. Postanowiłam trochę wspomóc Marcinka. - A jak już napisałeś to opowiadanie, to co było potem? Marcinek spojrzał na mnie wzrokiem zbitego psa. O, tak nie ma! Nie zamierzam domyślać się przez pół doby, co mogło się wydarzyć. Sam musi to w końcu wydukać! Zacisnęłam zęby, żeby nie wyrwać się z czymś mało grzecznym, bo to mogłoby faceta zniechęcić do zwierzeń. Chciałam się w końcu dowiedzieć w czym rzecz, bo zaczynałam powoli węszyć jakieś nieprzyjemności. - Zawsze mówiłaś, że dobrze piszę – w końcu go odblokowało, co przywitałam z ogromną ulgą. – Postanowiłem więc pokazać kilku osobom ten tekst, żeby powiedziały mi, czy jest coś wart. - To znaczy poszedłeś do wydawnictw? - No coś ty, nie. To mieli być znajomi. Wiesz, takie sondowanie. Tobie też miałem dać. Ale na razie wydrukowałem tylko w jednym egzemplarzu i dałem Julkowi. - Jakiemu Julkowi? - Mówiłem ci o nim kiedyś. Ma doskok do różnych wydawnictw i drukarni. Chciałem, żeby przeczytał i potem puścił gdzieś dalej. - I puścił? Marcinka znowu zablokowało, ale niestety tym razem na dłużej. Zaczął intensywnie wpatrywać się w Garfilda, kota rasy syberyjskiej, należącego do mojego starszego dziecka. Wpatrywał się w zwierzę z tak wielkim natężeniem, że ja też…