Romans · 6 min czytania
Aberdeen
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Aberdeen
Ostatnia kolacja Mirelli składała się z mętnej zupy wiśniowej, w której pływały samorobne kluski i smażonych ziemniaków okraszonych boczkiem i cebulką, które nadzwyczaj lubiła podlewać świeżo wyciągniętą z lodówki, kusząco gęstą i błyszczącą maślanką. Podczas posiłku raz po raz spoglądała przez okno, tępym wzrokiem wpatrując się w niebo, dopóki jej oczy nie zaszkliły się, co było znakiem by ujarzmić emocje i już mogła wrócić do posiłku, po czym rytułał się powtarzał. Czasem szukała wzrokiem samolotu, który zawsze wydawał jej się błądzącym i niemożliwością było, aby wszystko tam na górze było zaplanowane przez kontrolę lotów. Pierwszy tego dnia zobaczyła stojąc na ganku i zaciągając się papierosem tak głęboko, że sprawiało jej to przyjemne uczucie wypalenia od środka. -Yes, thank you, please – powtarzała głośno najprostsze angielskie zwroty, jakby śmiejąc się z samej siebie. Już dawno zresztą wyszydziła swoją osobę do reszty. Chmury się rozrzedziły i sierpniowe słońce prawie fizycznie uderzyło ją w twarz. -Jak chcesz, pojadę z tobą – usłyszała nagle za sobą głos Joasi. -Nie, to moja droga, moja głupota, moja sprawa i moje życie –odpowiedziała przyjaciółce zaskakująco spokojnie. W Aberdeen pewnie pada. Usiłowała sobie wyobrazić to miasto i wirtualnie przemierzyć jego uliczki, pałace czy inne zabytki. Nie miała nawet głupiej pocztówki, żeby nakreślić sobie obraz nieśmiało znienawidzonego już miejsca. Od kiedy ta nazwa zakołatała jej w głowie po raz pierwszy, ułożyła sobie wstępną przestrzeń w głowie – co to, jakieś domy, samochody, parki. Miała kiedyś sen, w którym zapłakana i skonsternowana prawie do omdlenia siedziała na wilgotnej płycie lotniska, wielkie samoloty krążyły naokoło niej i ich cienie do dzisiaj ją prześladowały. Joasia przyniosła butelkę czerwonego trunku. -One ticket to Aberdeen, please... – zaśmiała się ostatnio, gdy popijały razem to świństwo. -In vino veritas, in vino amor – skwitowała Mirella i wtedy właśnie ze wzroku przyjaciółki spiła to, czego zaczęła nagle tak gorąco i niewymownie pragnąć.
***
Brudny i głośny autobus do Warszawy podstawiono na stanowisko numer osiem. Młodsza od Mirell pucołowata blondynka rozprawiała z ożywieniem przez telefon z niejakim Darkiem, o którym zdążyła się mimowolnie dowiedzieć że ma gdzieś na południu Polski piekarnię, jest miły i ogólnie sympatyczny (to spostrzegła przez mdlącą wręcz wymianę serdeczności), a para poznała się przez internet. Przerzuciła wzrok na starszego pana w niebieskich sztruksach (takie same miał kiedyś jej dziadek), potem na dzieciaka nie wiedzieć czemu niemiłosiernie kruszącego w dłoniach paprykowe chipsy, wreszcie na kierowcę o wyglądzie bezdusznika, usiłującego upchnąć wszystkie bagaże w schowku jednocześnie walcząc z białą, wykrochmaloną, nieznośną koszulą. Stolica już od pierwszego dotyku wyrwała jej serce z piersi. Nienawidziła obcych miejsc i miast, w których nie znała nikogo. Wyciągnęła z kieszeni pognieciony confirmation number,…