Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 15 min czytania

Ad usum Delphini

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

"Mors" był starą, zardzewiałą krypą i doprawdy czułem rozkosz, gdy patrzyłem, jak uwalnia powierzchnię oceanu od swojego okropnego wyglądu, przechylając się na bok i zanurzając się w głębinę. Nienawidziłem tej łajby już od czasu, kiedy po raz pierwszy postawiłem nogę na jej chybotliwym jak cholera pokładzie. Cieszyłem się, chociaż siedziałem na dopiero co rozłożonej, gumowej tratwie ratunkowej, z miłą perspektywą spędzenia na niej najbliższych dni, a może nawet tygodni. Byłem sam, reszta nielicznej zresztą załogi poszła na dno, ale wcale się tym nie przejmowałem z tej prostej przyczyny, iż dałem sobie trochę w gaz. Mówię - trochę - to ważne, bo dzięki temu przeżyłem. Gdybym dał sobie tyle, ile moi kumple, pewnie obudziłbym się martwy. Nasza łajba przewoziła znaczny ładunek rumu, a my byliśmy dalecy od demitologizowania obiegowego kojarzenia zawodu marynarskiego z tym trunkiem. Mówię - trochę - ale i to wystarczyło, żeby chciało mi się wskoczyć w ubraniu do wody i, nie bacząc na wiry od tonącego statku, przywlec jeszcze parę beczułek, które kołysały się na falach wśród różnych, żałosnych resztek "Morsa". W ogóle czułem się świetnie i było mi bardzo wesoło. Tratwa, przeznaczona na kilkanaście osób, była wyposażona we wszystko, co niezbędne - w zapas słodkiej wody i żarcia w puszkach, w komplety sztormiaków, koców, w sprzęt sygnalizacyjny i w całe mnóstwo innych fatałaszków. Miałem to wszystko tylko dla siebie, a w dodatku sam uzupełniłem moje bogactwa o jeszcze jedną, absolutnie niezbędną rzecz. Ująłem więc ową rzecz, wyciągnąłem korek i urządziłem małą stypę na cześć nieodżałowanej pamięci "Morsa", a potem...

...obudziłem się i od razu poczułem, że obiegowa opinia na temat mocnego, uodpornionego przez ciągłe kołysanie marynarskiego żołądka, zostanie przeze mnie jednak zdemitologizowana. Przechyliłem się przez gumową burtę i powitałem morze wyjątkowo artystycznym haftem. Otarłem usta rękawem, splunąłem i powróciłem na swoje legowisko. Całe podłoże tratwy było mokre od zawartości beczułki, której nie zdążyłem wczoraj zakorkować. Potężnie cuchnęło rumem i ten zapach szybko uświadomił mi, że nie oddałem oceanowi wszystkiego, co miałem do oddania. Wychyliłem się więc ponownie, aby dokonać poprawki. I wtedy coś rąbnęło w tratwę, wskutek czego wyleciałem w górę jak z procy, zrobiłem wdzięcznego fikołka i znalazłem się w morzu. Wypłynąłem parskając na przemian wodą i obelgami, lecz adresata moich wyzwisk, którymi zdystansowałem mojego bosmana, dostrzegłem po dotaplaniu się do tratwy. Był to delfin, ten wielce inteligentny przyjaciel człowieka. - Ty...! - wypuściłem wiąchę, po której ze zgorszenia zafalowało morze, a on bezczelnie kiwał na mnie swoją rozdziawioną gębą i gulgotał. Smiał się, skurczybyk. - Ty...! - nie chciało mi się lżyć zwierzęcia, które i tak by niczego nie zrozumiało, choć podobno było tak bardzo rozumne. Ponadto kąpiel, którą mu zawdzięczałem, nawet mnie o(t)rzeźwiła. - Ty... świnio! - podsumowałem już prawie po przyjacielsku. - Rrrrgilggilrrargialagkaka! - Bueeee! - wywaliłem język i przyprawiłem sobie rogi z palców. - Bebeakabrrrukakihihimlrraaaa! - Uuuuu! - za pomocą rąk jednocześnie rozciągających usta i ściągających oczy zrobiłem z siebie potwora spoza galaktyki. - Uuuuuliliglikllikliklikli! - Klin, klin! Masz całkowitą rację! - stwierdziłem z uznaniem. Rum przeszedł duszkiem przez moje przeżarte alkoholem gardło. Od razu poczułem się lepiej. Spojrzałem na delfina. Należało mu się coś za tę zbawienną radę. - Chcesz trochę? - pokazałem beczułkę. - Chliliklimumumumi! - Ty chcesz co innego... - wtoczyłem się do wnętrza tratwy i rozpocząłem żmudne poszukiwania konserwy rybnej. Gdy uporałem się z tym problemem, wyłonił się drugi, o wiele poważniejszy - konserwę tę należało otworzyć, czyli wcelować palcem w okrągły uchwyt i pociągnąć. Rum robił swoje. Z tego samego zresztą powodu moje nastawienie do świata uległo błyskawicznemu ulirycznieniu. Gdy już raczkowałem z otwartą puszką w stronę otworu w plandekowej ściance mojego tymczasowego okrętu, wydała mi się strasznie wzruszająca taka sytuacja: zawiązująca się przyjaźń samotnego, styranego życiem człowieka ze zwierzęciem wśród odmętów... hej! Wyjąłem pierwszą sardynkę. - Chodź, chodź, chodźdźdź, taś, taś, taś, cipcipcipcipcipcipciiip, masz tu rybkę, am! Co prawda była w sosie pomidorowym, ale delfinowi nie powinno to sprawiać żadnej różnicy. - Am, am! No bierz! - Uglhkgkliglikakrateke-e-e-e! - Dobra, to była zagrycha, a teraz danie główne! - wpadłe znowu do środka po jakiś kubek, do którego z niemałymi trudnościami udało mi się nalać trochę rumu. Nie zapomniałem oczywiście o sobie, obciągnąłem z gwinta jedną kolejkę i wyjrzałem za burtę. - Ahoj, rybo! Delfin podpłynął i rozwarł szczękę, pewnie myślał, że dostanie następną szprotkę. Wlałem mu całą zawartość kubka do mordy. Parsknął, machnął ogonem i obryzgał mnie całego. - Brrebrebrebrakrabrakrakrebra! - Ty...! - już miałem wygarnąć po swojemu, gdy delfin, jakby nigdy nic, podpłynął ponownie i otworzył gębę. - Zasmakowało, co? He, he, poczekaj, cykniem sobie brudzia! - teraz udało mi się napełnić kubek jedynie do połowy - No to siup! Sam wypróżniłem flaszkę (bo i takowe, prócz dowleczonych przeze mnie beczułek, były na pokładzie) i solidnym zamachem rąbnąłem butelką o gumowe podłoże, od którego odbiła się niczym piłka i wylądowała na głowie delfina. - Przepraszam cię, rybo... - przestraszyłem się, gdy zobaczyłem dziwny błysk w jej oczach. - Brebragramlreńreńdureńdureńdureńdureń! Fakt, że zaczął gadać, wcale mnie nie zdziwił. Widziałem już niejedno stado białych myszek, atakujących moją kajutę, kiedy leżałem na koi. - No! Tylko nie dureń! Zenek jestem... - Zenekdureńzenekdureń! - Zostaniemy przyjaciółmi, buźka! - posłałem mu całusa i wraz z oblewającą łódkę falami morza i oblewającymi mnie falami gorąca, poczułem znowu napływające fale liryzmu. Zagłębiłem się we wnętrzu tratwy i przetrząsnąłem sporą jej część, zanim sobie uświadomiłem, że gitara nie stanowi wyposażenia ratunkowego. Ale przemożna chęć śpiewu była nie do pokonania. - Rybo! Będziesz mi akompaniować! - oświadczyłem, sadowiąc się na burcie. Odchrząknąłem i zaryczałem operowym sznapsbarytonem szantę mojego własnego autorstwa, sprawdzony hit wielu rejsów: Hej! Są na Golden Bay Fale błękitne, jak oczy mej dziewczyny! Hej! Są na Golden Bay Piaski złociste, jak włosy mej dziewczyny! Hej! Są na Golden Bay Korale czerwone, jak usta mej dziewczyny! Hej! Są na Golden Bay Meduzy białe, jak cycki mej dziewczyny! Hej! Są na Golden Bay Kraby różowe, jak dupa mej dziewczyny! Hej! Są na Golden Bay Jeżowce zjeżone, jak cipa mej dziewczyny! Wierzcie, lub nie skurwysyny! O le! Czaczacza! - Blebleblebleubaubahahaha! - zawtórował delfin. Beknąłem siarczyście i na tym skończyły się moje popisy wokalne. Tymczasem napłynęła kolejna fala. Fala wspomnień. Też liryczna, a jakże. Odkorkowałem następną butelkę i drapiąc moją rybe za uchem (tak mi się przynajmniej wydawało) dałem się ponieść snującym się, mglistym obrazom z przeszłości. Wyglądały, jak w zwolnionym filmie. Nie pamiętam, kiedy się urwał...

- Aaaaalaaarmalarmalarmalarm! - Ty...! - złapałem się za głowę, obudzony wrzaskiem tego potwora - Ty rycząca cztardziecho! Delfin darł się dalej. - Ciszej, do jasnej cholery! - błagałem - Dzieci i ryby głosu nie mają! Właściwie, jako ssak,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%