Medycyna · 6 min czytania
Aeronautka.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kobieta sparaliżowana nie poddaje się nieuleczalnej chorobie.
Aeronautka.
Córka wpadła z rana w niedzielę do domu. – Chodź tatku na spacer. Mama też. – Zimno. Mam, co robić– odparła matka. – A może wyskoczymy na konie tatku? Proszę. – Jak chcesz Kaju – zgodził się ojciec. Pojechali. Zima, jak na zdjęciach litewskich fotografików. Coś z atmosfery wileńskich dworków. Zaśnieżona okolica leśna, stajnie, Wjazd przez niby tryumfalną bramę. Ten sam, jak niegdyś, zapach. Sanie, dzwonki, multum psów, kotów, poprzetrącanych przez rodzime konie lub zebranych po urazach z ulicy. Kaja kiedyś obdarowała właścicieli stadniny trzema znalezionymi zwierzętami. Nie odmówiono im dachu i strawy. Ruszyli na spacer. Mróz szczypie w uszy. Bosko. On, jakby cofnął się o sześćdziesiąt pięć lat. Zamyślony. Wspomniał matkę w ciepłych botkach, w płaszczu z lisem. Tamte, podwileńskie ośnieżone drzewa, mgiełkę smutku, zadumy, tajemniczości. Za godzinę dopiero będzie jazda końmi w teren. Kaja, jak to ona, szaleje z radości. To długo, ale ojciec poczeka. – Co u Jana? – spytał mimochodem Kazimierz, Skorzystał z nastroju intymności. – Dobrze. Wybieram się z nim na parę dni w góry. – A jego dzieci? – U nich we Francji są ferie zimowe. Poleciały do dziadków. – On wyjeżdża z Polski za niecały rok. Co wtedy – Pojadę też. Otworzę własną firmę promocyjną hoteli i dla hoteli. Może i turystyki. Robię właśnie tego rodzaju uprawnienia. – Czy macie to wspólnie przemyślane? Udaje albo nie słyszy. Daje do zrozumienia, że w życiu wszystko jest płynne. Stajnia, stukot kopyt, parskanie. Wilgotne końskie chrapy w oczekiwaniu na rękę, a może na cukier. Kaja szczotkuje konia. Pierwszy raz widział, aby koń się tym denerwował. Grzebie przednim kopytem i z tyłu tez nie podchodź. – On tak zawsze. Łachotliwy – uspokaja córka. Wyprowadza konia na padok, tak to się chyba nazywa. Dawno nie jeździła, więc musi popróbować na oślej łączce. Po rozległym terenie stadniny, niewielkiego konika prowadza aż trzy osoby. Na koniu kobieta. Chwieje się do przodu i do tyłu, jak lalka ze szmaty. Gdyby nie pomocne ręce prowadzących, spadłaby natychmiast pod konia. Kładzie się na wierzchowcu do tyłu i do przodu. Dla nieobytego, widok porażający, niespotykany. Chciałoby się biec, pomóc. Kawalkada ginie w głębi stajni. Po chwili do lasu rusza czterech jeźdźców, wśród nich córka.. Ojciec idzie do maleńkiej świetlicy w stajni. Ciepło, przytulnie, swojsko. W fotelu szpakowata pani uczesana gładko do tyłu. Oczy żywe, inteligentne, wzrok pogodny, odrobinę zadziorny. – Świetnie mi się dzisiaj jeździło – powiedziała. – Czy pan nie jeździ? – Nie. Chociaż trochę jeździłem w dzieciństwie na oklep. Poza tym byłem jedynie woźnicą, w radzieckiej ochronce. Koń z głodu ledwo chodził. Musiałem kraść dla niego ziemniaki. W zaprzęgu ruszał jedynie wtedy, gdy się obok niego szło. Nikogo nie woził. Na bat odpowiadał tylnimi kopytami. – Więc zna pan konie od najgorszej strony – uśmiechnęła się nowa znajoma.…