Erotyka · 13 min czytania
Aeroplane Love Story cz.II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pomyślał ,że taka kobieta z łatwościa zastąpiła by w jego sercu Susan. Teraz zastanawiał się co tak naprawdę w niej widział.Tak mu zaschło w gardle,że nie mógł Wymówić słowa.Zdołał tylko wydukać zdawkowe „Nie, dziękuje.”Gdy już odchodziła jego wzrok automatycznie skierował się na jej zgrabny tyłeczek ubrany w obcisłą,,idealnie przylegający do ciała. Niebieską spódnicą.Na każdego normalnego faceta by to podziałało. Jednak James nie był erotomanem.To był zwykły męski odruch.Ona była wręcz idealna. Z rozważań wyrwało go radosne mocne poklepnięcie.Był to Bryan już widać na pierwszy rzut oka, że w lepszej formie. -I jak lepiej się pan już czuję, już zacząłem się martwić tak pana długo nie było… -A tak, ziółka kuzynki Claire potrafią zdziałać cuda.Od razu lepiej się poczułem. -Miło mi że z pana sercem już wszystko w porządku.Przynajmniej z pana…-powiedzał że smutkiem James. -Nie martw się chłopcze,młody jesteś jeszcze będziesz miał niejedną,życie nie kończy się na jednej. Nie martw się młodzieńcze już wszystko dobrze.Miło z Twojej stronie że tak się mną przejmuesz,mną takim starym dziadkiem.Ciesze sie że ktoś się mną przejmuję,w końcu po tylu latach…Tak z moim sercem to nie dokońca w porządku. -Co ma pan na myśli?-spytał z ciekawości Howkins. -Wie pan trochę trudno mi o tym mówić,to tak bardzo boli…Jeszcze nikomu obcemu się nie zwierzałem.Wiodłem żywot samotnika,nie miałem znajomych,czułem się strasznie samotny. Panu pierwszemu wyjawię swoją najwiekszą tajemnice życia.To był najgorszy błąd w moim życiu.Błąd którego sobie nigdy nie wybacze.Otóż przed laty zostawiłem swoją żonę babcie Vendy i jej małą matką.Była taka piękna kiedy po raz pierwszy wziąłem ją na rączki była tak malutka że,ledwo mieścila się w dłoniach.Była wcześniakiem.Lekarze dawali jej małe szanse, a jednak wygrała tę walkę.Co my wtedy przeżyliśmy.Później przez te wszystkie lata plułem sobie w brodę że uległem tej chwili słabości i odeszłam z młodzszą.Późnie ona tak samo postąpiła ze mną.Myślem nawet o najgorszym…Ale zawsze wtedy pocieszałem się, że może jednak że kiedyś zobaczę przyjamniej moją wnuczkę Vendy.Dałbym wiele żeby ją zobaczyć.Podobno żona na łożu śmierci opiekę nad dzieckiem powierzyła swojej najlepszej przyjaciółce , Dolores. Pisałem listy,dzwoniłem bez skutku.Próbowałem się skontaktować z córką aby spróbować jej wszystko wytłumaczyć ale bezskutecznie.Dolores robiła dosłownie wszystko aby utrudnić mi z nią kontrakt.Byłem nawet u niej w domu,pomyślałem,że to jedyny sposób.Gdy zadzwoniłem dzwonkiem do dzwi pech chciał ,że akurat otworzyła ona.Skrzyczała mnie nie miłosiernie i oznajmiła mi ,że póki żyje nie dopuści do mojego spotkania z wnuczką.Później dowiedziałem się,że córka zmarła przy porodzie i tak jak jej matka zostawiła dziecko córce Dolores,Teresie,niedaleko później zmarła sama Dolores.Pomyślałem że to dla mnie szansa od Boga i dlatego jestem dziś w tym samolocie.Podobno jest tu stewardessą.Na lotnisku wyjawię jej prawdę… Howkins był bardzo zaintrygowany tą całą historią.Gdy staruszek przerwał,widział dużą niepewność w jego głosie.Postanowił poradzić mężczyźnie by ten uniknął kompromitacji. -Nie wydaje mi się żeby to był najlepszy pomysł.Nie pomyślał jak ona może zareagować? To będzie dla niej ogromny szok.Niech się tak pan od razu nie przedstawia,proszę się z nią najpierw spróbować zaprzyjaźnić.Proszę ją kilka razy zaposić na kawę,trochę ją do tego przygotować.Na wszystko potrzeba czasu… -Nie mam go zawiele…-urwał gwałtownie Jamesowi McMalooney. -Jak pan nie ma?O co chodzi już nic nie rozumiem.O czym pan mówi?-zapytał już całkiem skołowany Howkins. -Nie wyjawiłem panu całej prawdy…-powiedział półgłosem starszy pan, spórzczając smutno wzrok w dół. -Jestem chory na nieuleczalną chorobę.Coś z sercemByłem nawet w poliklinice poliklinice Los Angeles. Miałem nadzieje,że lekarz u nas w Brazyli się pomylił ale niestetyci w Los Angeles tylko potwierdzili tą diagnoze. Kazali zrobić mi dokładniejsze badania.Po nich lekarz oznajmił,że został mi miesiąc życia.To było jak grom z jasnego nieba.Tak się zdenerwowałem że zemdlałem.Nigdy wcześniej mi się coś takiego przytrafiło.Gdy udało się im mnie ocucili po pół godziny myślałem że to tylko zły sen,jednak lekarz powtórzył to jeszcze raz.Po tym nie miałem już złudzeń… -Pomyślałem,że to już ostatni dzwonek aby skontaktować się z wnuczką.Dlatego tu jestem…- zakończył Bryan. -Teraz wszystko rozumiem...naprawde tak mi przykro…-wzruszył się James. -Wie pan na mnie to już nie robi zadnego wrażenia.Przez te wszystkie lata żyłem ze świadomością ,że skrzywdziłem bliskich sobie ludzi.A oni byli zawsze dla nie tacy dobrzy… -Jeden głupi szczeniacki wybryk,a płacę za niego całe życie… -Przez całe moje życie czekałem na tą chwilę,choć nie miałem pewności ,że kiedykolwiek ona nastąpi.Choć w głębi serca coś mi mówiło że kiedyś nastąpi ta chwila i będę miał szanse z nią porozmawiać…Wie pan może już o tym nie rozmawiajmy ,lekarze kazali mi się nie denerwować-James dostrzegł na czole starca kropelki potu. -Chyba trochę się zdrzemne…ten cały lot człowieka w moim wieku bardzo męczy…Przepraszam pana na chwilę…Jeśli to nie będzie jakiś kłopot dla pana proszę mnie obudzić za jakąś godzinkę…muszę zarzyć kolejnie leki na serce.Muszę wyzdrowieć…Dla mojej wnuczki-powiedział z półuśmiechem Mcmalonney ściskając mocno Howkinsa za rękę, jakby oczekując potwierdzenia tych słów.James tylko uśmiechem pokiwał twierdząco głową po czym staruszek zasnął.Teraz James patrzył na Bryana w zupełnie inny sposób.Nie miał pojęcia,że tyle przeszedł.Wyglądał na takiego beztroskiego starszego pana.Teraz miał wyrzuty sumienia,że wcześniej ignorował i nie chciał słuchać Mcmoolenya.Jeszcze tak poczciwie spał.Howkins dopiero teraz zdał sobie sprawę co są prawdziwe problemy. Lot trwał już ładnych parę godzin.Gdzieś z głośników głucho dobiegał głos stewardessy infromującej nad czym obecnie się znajdują… Większość pasażerów sennie spoglądała przez okno ,inni z nudą któryś raz z rzędu czytali tą samą gazetę.Nagle dał się słyszeć silny wstrząs, które obudziły staruszka. -Co się dzieje?Spadamy?-na