Psychologia · 4 min czytania
aga11
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Poszli do niego do domu. Wolno mu było. Mógł zapraszać, kogo tylko chciał, mogli u niego nocować, stołować się, nawet mieszkać. To też była forma miłości, którą okazywali mu rodzice. Kilka metrów kwadratowych miejsca dla znajomych. Nie była to stawka wysoka, ani tym bardziej wygórowana. Kilka metrów kwadratowych zamiast miłości. Nie, to była miłość. Jego rodzice tak właśnie ją pojmowali. Tyle tylko, że między pojęciem miłość w jego oczach, a oczach jego rodziców istniała ogromna przepaść. I żadne z nich nie spróbowało nigdy zbudować nad nią mostu. Obydwie strony powoli się staczały. Staczały się na dno przepaści. Przepaść nazywa się ,,miłość”. Willowa dzielnica, samochód przed, basen za domem, i syn. Syn, który wraca naćpany spod ścianki. Normalność. Tutaj to normalne. Zresztą, co na tym świecie nie jest normalne? Z czym nie można się pogodzić? Ze wszystkim. Wobec wszystkiego przechodzimy obojętni. Tak było, jest i będzie. Na zawsze. Taki jest człowiek. I jego rzeczywistość. Szara, okrutna rzeczywistość człowieka XXI wieku. Poszli do jego pokoju. Mieszkał na poddaszu. Pokój był duży i przestronny, prze okna widać było błękit nieba, ponieważ były one w dachu. Paweł wyszedł na chwilę. Wszedł do pokoju z malutkim zawiniątkiem w ręku. W różowym beciku spała Karinka. To on wybierał imię. Rodzice nie mieli pomysłu. A może nie mieli ochoty. Może nie chcieli po prostu mieć nic wspólnego z tym dzieckiem. Oczywiście oprócz tego, że ma się dobrze prezentować. Gdy przychodzą goście... Potem, to już obojętne. Potem przestawało im już zależeć. Na niej, na nim. Na wszystkim. Liczyło się wino i przystawki. Te podane do kolacji... Dziecko było tak małe i niewinne, że Aga bała się wziąć