Horror · 36 min czytania
Ai
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Naprzeciw automatycznych, suwanych drzwi stał niemłody już mężczyzna. Przez kilka sekund trwał w bezruchu - sztywny, wyprostowany, ręce przy bokach. W lewej dłoni skórzana walizka. Oczy wpatrzone nieruchomo na wprost nie mrugały. Wstrzymany oddech. Całą tę czynność - lub też bezczynność - miał wyuczoną. Wykonywał ją bez zarzutu bez namysłu. Powtórzona wiele razy - nie sprawiała już trudności. Powtórzona wiele razy - nużyła coraz bardziej. Po zaciśniętych ustach i nasuniętych na przenikliwe, brązowe, skośne oczy brwiach dało się poznać lekką irytację. To również był raczej odruch bezwarunkowy aniżeli spontaniczna reakcja. Do automatycznego skanu identyfikacyjnego profesor Kimiwo Ashiteru sam przystępował jak automat: wyprost, oczy na wprost, ściągnięcie brwi, skwaszona mina. Podczas tych pięciu sekund, gromada czujników badała siatkówkę i sylwetkę, zgrzytając przy tym i popiskując. Zebrane dane komputer porównywał z zapisanym profilem - wzorem siatkówki i trójwymiarowym modelem mężczyzny - a gdy stwierdził ponad wszelką wątpliwość zgodność, drzwi rozsuwały się z cichym szumem Gdy wolno już mu było oddychać, profesor syknął pod nosem: - A niech cię wszyscy diabli. Nienawidził elektroniki. Życie jego było zatem o tyle trudne, że ta była prawie wszędzie. Ta wszechobecność jednak tylko uwypuklała wszelkie jej niedoskonałości. Elektronika była powolna. Niby rozpoznanie zajęło automatowi pięć sekund. Ale tak profesor identyfikowany musiał być niejednokrotnie kilkadziesiąt razy w ciągu dnia. Nie dość więc, że zdarzało się to niemal co krok, to marnowały się przy tym łącznie długie minuty - czas zwykle bezcennny podczas hektycznego dnia pracy. Elektronika była niedoskonała - poprawne, choć i tak powolne działanie, zależało od stabilności wszystkiego, na czym sama się opierała, i tego, czym zawiadywała. A więc z jednej strony szlag mógł trafić całą sieć niewyobrażalnie skomplikowanych zależności z powodu zwykłego krótkiego spięcia, skoku napięcia czy innej anomalii w dopływie prądu; z drugiej zaś - dawała się łatwo przechytrzyć średnio inteligentnemu człowiekowi z zacięciem. To zaś wynikało z trzeciej właściwości elektroniki - tej, że była głupia. Bezrozumna i mało pojętna. Co z tego więc, że komputery potrafiły bezbłędnie zasymulować przebieg powstania wszechświata - skoro błaha czynność identyfikacji osoby w drzwiach zajmowała niezmiennie 4,83 sekundy. Komputer nie nauczył się tego robić sprawniej, szybciej, ciszej ani oszczędniej. Ba! - jeszcze nie zorientował się, że jedyną osobą, jaka kiedykolwiek stanęła w drzwiach apartamentu profesora Kimiwo Ashiteru, jest sam profesor. Tak więc, dzień w dzień, przychodząc z pracy, stawał u własnych drzwi jako zupełny obcy i musiał odbyć rytuał tyle bzdurny, co zupełnie niepotrzebny, by dostać się do własnego mieszkania. Kusiło go nieraz, by w przeklęte drzwi z całej siły kopnąć, uderzyć, albo cisnąć czymś ciężkim; powstrzymywała go tylko obawa, że to by jedynie uszkodziło i tak już wadliwy mechanizm, i utknąłby na amen albo na własnym progu, albo w mieszkaniu. Wszedł do pustego mieszkania i postawił walizkę na progu. Zzuł buty i pierwsze kroki skierował do kuchni. Pomieszczenie spowijał mrok. Rozświetlał je jedynie żółtawy blask z podświelonego akwarium, dwa na dwa na dwa metry. Profesor podszedł do niego i, opierając o szybkę opuszki palców, bacznie przyjrzał się skulonej w przeciwległym jego rogu kobiecie.
***
Ilidi rozwijała się dobrze. Wzrastała w przyzwoitym tempie; zdarzały się, co prawda, okresy przestoju - jednakże te były w pełni uzasadnione biologicznie i przewidywalne. Tkanki przyrastały równomiernie, proporcjonalnie i zgodnie ze stadium rozwoju. Profesor nie stwierdził również żadnych zatrważających anomalii. Trochę niepokojący wydał mu się brak pigmentu oraz owłosienia - jednakże ostatecznie były to błahostki wobec długiego szeregu procesów, które przebiegały nienagannie. Ilidi miała osiemnaście lat, sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, smukłą sylwetkę, dorodne - choć bez przesady - piersi i zgrabne biodra. - Cztery dni - powiedział profesor, niby do kobiety za szkłem, w akwarium, ale jednak do siebie. Na cztery dni obliczył finał eksperymentu IL1D1. Pod owym ciągiem liter i cyfr nie krył się żaden skrót, żadne znaczenie, żaden klucz. Był tylko kaprysem profesora, który - na przekór kolegom po fachu - swoim pracom nie nadawał w stadium eksperymentalnym fikuśnych nazw z mitologii greckiej, typy Dejanira, Galatea czy Morfeusz. Zamiast tego - dwie litery, cyfra, litera, cyfra. CL2R1 - preparat zwiększający odporność pewnych ciepłolubnych gatunków roślin na niższe temperatury, krótszy okres letni i większe opady; w rezultacie dał owoce nie tyle lepiej przystosowane, co po prostu inne - i o dziwo, dobre. FP7R4 - modyfikacja genetyczna; owoc z wszczepionym genem sam zaczyna wytwarzać pestycyd - oczywiście w pełni ulegający biodegradacji, i nieszkodliwy dla ludzi. PT2S3 - pierwszy projekt modyfikacji na człowieku; na bazie zsekwencjonowanego genomu ludzkiego, grupa profesora Ashiteru zaproponowała wycięcie z genotypu sekwencji wyrostka robaczkowego, elementu całkowicie zbędnego, a czasem szkodliwego dla zdrowia człowieka. Dzięki profesorowi i jego współpracownikom, Szwedzi zyskali własną kukurydzę, stonka ziemniaczana wymarła szybciej niż gdyby jej wyciąć z genomu możliwość rozmnażania a miliony ludzi na całym świecie, paraliżowane dotąd groźbą ataku ślepej kiszki w środku nocy, odetchnęły z ulgą. W końcu, IL1D1. Człowiek. Kobieta. Ilidi, jak ją sobie profesor nazwał. Patrząc na skulone w embrionalnej pozie łyse dziewczę, Ashiteru doświadczał dreszczyka - poznawczego i moralnego. Oto przekraczał kolejną granicę. Jako młody biolog, zaczynał pracę jako asystent przy prostych eksperymentach na roślinach - poznawaniu ich i zewnętrznych manipulacjach. Już to pobudziło jego wyobraźnię. Gdy jednak na jego oczach dokonywały się pierwsze modyfikacje genów roślin - najwyższy stopień ingerencji w formę życia - doktor Ashiteru był wręcz urzeczony. Gdy babranina w DNA naturalną drogą progresji objęła bardziej skomplikowane organizmy - wpierw zwierzęta, potem ludzi - zafascynowany naukowiec podążył tym tropem. Jednak nie każde wrota stały przed młodym, choćby i zasłużonym biologiem otworem. Nim więc dopuszczono go do grup badawczych, na najmniej istotne stanowisko, musiał ukończyć studia medyczne. Tych kilku lat nie zmarnował. Poświęcił się bez pamięci zgłębianiu tajemnic anatomii i fizjologii. Chował się w książkach przed jakimkolwiek życiem towarzyskim i uczył się opasłych tomisk na pamięć. Jako doktor nauk medycznych, posiadał ogromną wiedzę o człowieku, którą zadziwił nawet przełożonych, i awersję do ludzi. Wiedział, jak wyleczyć jakąkolwiek przypadłość, nastawić i unieruchomić złamanie - a nie umiał ani nie chiał najzwyczajniej zagadać. Jako współpracownik sprawował się bez zarzutu - sumienny, sprawny, uczynny i zorganizowany - jednakże poza pracą jakby zupełnie nie istniał. Z nikim nie nawiązał bliższej znajomości, i ani nie bywał na spotkaniach towarzyskich, ani sam takowych nie organizował. Żył pracą. Angażował się w coraz poważniejsze i odważniejsze przedsięwzięcia w dziedzinie lecznictwa i genetyki, awansując w szeregach grup badawczych. Przeskakiwał z jednej do drugiej, każdą zasilając wiedzą i ciekawymi koncepcjami. Współtworzył sztuczną skórę, sztuczną wątrobę. Wspomógł projekt Osmoza - nową generację środków odżywczych i leków, wprowadzanych do krwiobiegu organizmu ludzkiego metodą nieinwazyjną - wchłanianych bezpośrednio przez skórę. Przez długie lata intensywnych badań poznał kawałek po kawałku i na pamięć nauczył się genomu ludzkiego - mógłby go rozrysować z zamkniętymi oczami, zerwany ze snu w środku nocy - i zestawił go z ogromem posiadanej wiedzy o anatomii i fizjologii ciała. Teoretycznie, mógł przy odrobinie wysiłku stworzyć człowieka od początku do końca. To właśnie postanowił zrobić. Tym też właśnie była Ilidi - eksperyment IL1D1. Jego najodważniejszy jak dotąd projekt. To dla niej zakupił i zainstalował we własnym mieszkaniu ogromne akwarium i zużywał ogromne ilości wody; wymieniał cała zawartość regularnie, nim zaczęły się w niej rozwijać niepożądane formy życia. Wszystko to na własny rachunek. Instytut nie dopłacał mu do tego ani grosza. Instytut jednakże nie wiedział o Ilidi - ani oficjalnie, ani nieoficjalnie. Oto bowiem profesor próbował stworzyć istotę ludzką - a w dobie protestów przeciw genetycznie modyfikowanej żywności i powszechnego oburzenia pomysłem klonowania człowieka, stałby się głównym celem tak zwanych elit moralnych, a wraz z nimi wszystkich tych, których wyrocznią jest telewizja. W sytuacji, gdzie władze instytutu oraz ludzie odpowiedzialni za finansowanie badań uginali się pod presją społeczną, a nawet zaczynali myśleć w takich kategoriach jak ogół, wielu naukowców zarzucało swe prace, a tym, którzy tego nie zrobili sami, obcinano budżet, i projekt tak czy tak ulegał kasacji. Było więc jasne, że jeśli profesor Ashiteru chce coś zrobić - musi to zrobić poza tym systemem, i niejako poza prawem. Nie uchwalono co prawda odpowiednich konwencji - ale polityka wstrzemięźliwości instytutu mogła za takowe uchodzić. Gdy więc zamówił w firmie spoza branży akwarium dwa na dwa na dwa metry, na nazwisko, które laikom nic nie mówiło - nikt o nic nie pytał. Także współpracownikom nic nie rzucało się w oczy. Profesor pracował oficjalnie jako jeden z prowadzących badania nad sztuczną krwią, nie wchodzącą w konflikt serologiczny z prawdziwą krwią, niezależnie od grupy, czynnika Rh ani innych. Co robił w domu, nikogo nie obchodziło. Dowcipkowano zresztą po kątach, że nic - albo uczy się na pamięć kolejnego atlasu fizjologii, albo śpi. Dogodną stroną bycia niezauważanym, bagatelizowanym, a nawet po cichu wyśmiewanym, było to, że nie postrzegano go jako groźby. Nikt nie spodziewał się po nim niczego szalonego ani nieobliczalnego. Gdyby nawet z jednego z laboratoriów ukradł śmiercionośnego wirusa, nikt by nie spojrzał mu na ręce. Gdyby nawet w zaciszu swojej sypialni sporządzał z tego bakcyla bombę, nawet policja, przesłuchująca wszystkich jeden po drugim, po kilka razy, do niego podeszła by raczej od niechcenia, z powątpiewaniem i tylko z poczucia obowiązku. Tak więc profesor, który z nikim się nie przyjaźnił, i którego nikt nie odwiedzał, mógł spokojnie, nie nękany pytaniami, tworzyć we własnej kuchni człowieka. Jego celem stała się istota doskonała. Już sam zamiar stworzenia żywej istoty był szalony - a co dopiero oczekiwanie perfekcji. Ale było to coś więcej niż tylko idealistyczne założenie. U jego podstaw tkwiło dawne uczucie niespełnienia; próba i porażka. Był powiem okres w życiu Ashiteru, kiedy już raz postawił sobie za cel to samo - doskonałość. Jeszcze za czasów szkoły średniej i medytował, i uprawiał sztuki walki - i w ezoteryce i karate zaszedł daleko i wysoko. Wyrobił sobie doskonałe opanowanie i solidne mięśnie. Zaszedł daleko - ale daleko był i od celu. Zdobywał kolejne pasy. W końcu jednak poszedł na studia - i chcąc nie chcąc, porzucił karate i medytację. Któryś z kolei pas wylądował w kącie a ćwiczenia oddechu zastąpiło całonocne wkuwanie. W nauce Ashiteru nie tylko radził sobie dobrze - ale i polubił ją. Zdobywana wiedza zaczęła go wciągać - tak, że wkrótce zapomniał, że kiedyś medytował i walczył. Mieszkając w akademiku, od ludzi się nie odgrodził - ale wolał książki. Czytał - raz, drugi, trzeci. Utrwalał na pamięć. Tak opanował literaturę podstawową - po czym sięgnął po dodatkową. Wiedzę połączył z niezwykłą przenikliwością - studiowany materiał nie tylko znał na pamięć, ale rozumiał go dogłębnie i doskonale łączył wyuczone dziedziny w imponującą całość. Tak został obiecującym biologiem, potem laborantem i doktorem medycyny. W końcu, stał przed najodważniejszym zadaniem swojego życia, i teraz w nim pokładał te nadzieje, które sam zarzucił u progu tej kariery, która doprowadziła go do owego zadania. Niczym rodzic przenoszący swe niespełnione ambicje na dziecko. Lata kariery medycznej zmieniły jednak jego pogląd na doskonałość. Ilidi nie miała być ani joginem, ani karateką. Miała być doskonałą kobietą; biologicznie i genetycznie najdoskonalszą przedstawicielką swego gatunku i płci. Profesor stworzył IL1D1 od postaw. Najpierw wymyślił nazwę kodową - potem zastanowił się nad obiektem eksperymentu. Dlaczego kobieta? Ponieważ to właśnie ujrzał, próbując nadać słowu "perfekcja" ludzki kształt - kobietę. Po drugie, ciekawiło go to stworzenie, tak różne od niego samego z racji płci. Poza tym, jego projekt doskonałego mężczyzny - jego samego - spełzł na niczym. Wyobraziwszy sobie tę doskonałą istotę, ujrzał ją w myślach - nie za wysoką, wyważoną między umięśnieniem a smukłością. Wymyślił ją sobie dwudziestoletnią - w pełni dojrzałą kobietę, która najgorsze burze hormonalne miała już za sobą. W pełni ukształtowane, małe, jędrne piersi i gładką cerę bez śladu trądziku. Miała mieć wytrzymałe mięśnie i rozciągliwe ścięgna; mocne nadgarstki i kostki, i małe zgrabne stopy z wysokim podbiciem. Perfekcyjną wagę i figurę miała utrzymać dzięki doskonałej przemianie materii. Czarne oczy - gdyż, jak uważał, takie najlepiej widziały. Wiedział, jakie łydki dadzą jej najlepszą skoczność. Znał na pamięć każdą kość, mięsień, staw czy chrząstkę - i postanowił, że Ilidi, wszystko będzie miała doskonałe. Sprawne, trwałe i niezawodne. Z tak nakreślonym planem przeszedł do fazy określenia genotypu. Przywołując w pamięci wyuczone zależności między poszczególnymi cechami a ich zapisem genetycznym, spędził wiele dni rozpisując równanie doskonałości. Gotowe obliczenia sprawdził jeszcze kilka razy - i gdy wszystko się zgadzało, pozostawało tylko idealny łańcuch dezoksyrybonukleinowy stworzyć. Podstawę DNA uzyskał drogą najprostszą z możliwych - z własnej tkanki. Wynicowany z pojedynczej komórki łańcuch pokrawał na kawałki. Pocięte, wyjściowe DNA przestawało być jego - niepowtarzalne i charakterystyczne. Genom, niby niezmiernie skomplikowany, był jednak tylko sekwencją czterech powtarzających się elementów, występujących zarówno u każdego człowieka, jak i zająca i pająka: adeniny, cytozyny, tyminy i guaniny. Mógł więc na bazie swojego DNA stworzyć cokolwiek. Ale miał konkretny, zamierzony cel - ideał. Przemieszał więc te proste klocki, połączył ze sobą w pary jak należy, po czym rozmieścił na odpowiednich fragmentach sekwencji. Tak spreparowany łańcuch umieścił w pozbawionej jądra komórce. Umieszczona w wodnym środowisku drobina poczęła się dzielić, pączkować i namnażać w dzikim tempie. Przeniesienie jej z płytki od razu do akwarium stało się konieczne - rosła z zastraszającą szybkością. To zresztą jej zaprogramował - błyskawiczny rozwój. Mechanizmy przyspieszania zostały już swego czasu dokładnie przetestowane na roślinach - tę modyfikację profesor przyswoił sobie i zapamiętał jeszcze z czasów pracy jako botanika. Z zadowoleniem obserwował więc, jak - pomimo tego, że DNA to nie to samo co roślinne RNA - Ilidi rosła, rzec by można, jak na drożdżach. Szaleńczy wzrost miał przystanąć, gdy Ilidi osiągnie stadium rozwoju dwudziestolatki. Nie oznaczało to jednak, że na tym wieku miał się zatrzymać zupełnie. Pomimo ogromnej wiedzy i postępów w genetyce, pewnych sztuczek z czasem nie udawało się zrobić. Nie dawało się go cofnąć. Starzec musiał pozostać starcem. Nie można go było zatrzymać. Starzenie powstrzymywała tylko śmierć. Dało się jedynie pewne procesy w jakimś stopniu spowolnić; albo przyspieszyć. Profesor mógł się wolniej starzeć - a z malca można było, przewrotnie, zrobić w dość szybkim czasie starca. Ilidi dosłownie rosła w oczach. Niby milimetr na minutę, w najlepszym razie - ale gdy profesor wracał co wieczór z instytutu, zastawał w akwarium niby zupełnie nową dziewczynę. W ciągu tygodnia, z pulchnego niemowlaka wyrosła zdrowa, szczupła dziewczyneczka. Po trzech następnych, ta dziewczynka miała piersi, wcięcie w talii i okrągłe bioderka. Dojrzewanie Ilidi do wieku dwudziestu lat Ashiteru wyliczył na łącznie czterdzieści jeden dni - średnio rok na dwa dni.
***
Gdy profesor wrócił z pracy czterdziestego dnia i, wściekły na skan identyfikacyjny, rzucił walizkę przy drzwiach i zzuł buty, od razu poszedł do kuchni. Podświetlone od spodu akwarium, stojące na środku ciemnej kuchni, było puste. Poziom wody w zbiorniku - mętnej i żółtawej od zawiesiny wchłaniających się przez skórę środków odżywczych - obniżył się wyraźnie. Kafelkowa podłoga była mokra. Mężczyzna przez dłuższą chwilę stał nieruchomo, tępo gapiąc się na puste akwarium. Nie odrywając wzroku, sięgnął za siebie, do wyłącznika światła. Pstryk! Jednak w pełnym świetle sytuacja nie wyglądała ani trochę mniej mrocznie. Drobymi krokami, depcząc w skarpetkach po mokrej podłodze, profesor zbliżył się do zbiornika - przerażony i ogłupiały. Zaczął go obchodzić dookoła, z nadzieją, że jednak dojrzy ją, sprytnie schowaną w jego kącie. Ku swojemu zdumieniu, znalazł ją. Piła wodę z kranu. Naukowiec stanął jak wryty. Ilidi najzwyczajniej w świecie pochylała się nad zlewem i zaspokajała pragnienie. IL1D1, jego największy projekt, sam wygramolił się z akwarium i zaczął żyć. Sztucznie wyhodowana kobieta narodziła się i zaczęła nowe życie od najbardziej ludzkiej, prozaicznej rzeczy. Jego obecność zauważyła dopiero, gdy skończyła pić. Podniosła głowę znad zlewu i obróciła się powoli - najpierw głowę, potem całe ciało. Nie była najwyraźniej zbyt poruszona jego nagłym pojawieniem się. Spostrzegła go - i po prostu przyjęła jego obecność do wiadomości. Nie krzyknęła, nie podskoczyła, nie próbowała się schować ani uciec. Przypatrywała mu się tak samo jak on jej - wielkimi oczami, nieruchomo i uważnie. Obejrzała go dokładnie od góry do dołu - nie, żeby ocenić; po prostu żeby obejrzeć, i zapamiętać. Gdy powoli zbliżał się do niej, nie przestraszyła się. Cały czas