Fantastyka · 34 min czytania
AIMEZ
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
* -Noel, zaczekaj! Ostatnie co zobaczyła to jego płaszcz ginący w tłumie. „Czego ja się spodziewałam? Że tym razem zabierze mnie ze sobą, że wszystko mi wyjaśni? Śmieszne.” * „Czy ty zawsze musisz wszystko komplikować? Znikasz nie wiadomo kiedy, wracasz kiedy chcesz. Co ty sobie wyobrażasz? W ogóle się ze mną nie liczysz...” Jej słowa słyszał jakby przez szklany klosz. Nie miał zamiaru jej słuchać. I tak zawsze mówiła to samo. Nie miał też zamiaru czegokolwiek jej wyjaśniać. I tak by nie zrozumiała. „Noel, ty idioto, ignorancie! Jesteś beznadziejnym bratem...” Już prawie kończyła. Zawsze tak kończyła. * -Ciociu, ja już nie mam do niego siły. Dlaczego on to robi? Ostatnio znika na coraz dłużej. -Daj spokój, nie jest już dzieckiem. -No ale powiedz sama. Czy to jest normalne? Od trzech lat, od śmierci rodziców, on ciągle znika. Może wpadł w narkotyki. W ogóle nie widuję go z dawnymi kolegami. Tak na prawdę w ogóle go nie widuję poza domem. A w domu bywa jeszcze rzadziej. -Zapytaj go gdzie bywa. -Myślisz, że nie pytałam? Non stop robię mu awantury, bo nic mi nie mówi. -No właśnie. Awantury. Pogadaj z nim spokojnie. -Łatwo powiedzieć. -Dobrze. Zrobisz jak zechcesz. Ja muszę już jechać. -Zaczekaj jeszcze chwilę, może wróci. Wiesz dobrze jak bardzo czekał na twój przyjazd. -Jeszcze kiedyś przyjadę. Nie martw się już. Dobrej nocy. * Było już po północy kiedy Noel wrócił do domu. Po jego policzku spływał ciepły, rubinowy strumień. Wbiegł szybko po schodach i pewnie nie zauważyłby wybitego okna w piwniczce, gdyby nie ostatnie trzy lata koszmaru. Zamarł wpół kroku. „Czy to możliwe, żeby dowiedzieli się tak szybko gdzie mieszka? A co z...” Wyobrażenie martwej siostry nie chciało ustąpić. Wbiegł szybko do domu i nie czekając na (jak zwykle miłe) powitanie ruszył prosto do piwnicy. Dawno nie odwiedzana, pamiętała jeszcze czasy jego dzieciństwa. Nie była duża. A przynajmniej nie sprawiała takiego wrażenia cała zawalona pustymi kartonami, jeszcze z czasów przeprowadzki. Teraz żałował, że nigdy ich nie sprzątnął. Za barykadą z jasnych kartonowych pudeł coś się poruszyło. Nie miał najmniejszej ochoty tam zaglądać. Ale owe coś zaczęło miałczeć i to go ośmieliło. Obok półki z narzędziami ukrytej w lewym rogu pomieszczenia, w zielonym pudełku po wrotkach (jakież to były piękne czasy!) leżał kot. Zwykły kot. Nie Całe Zło Świata, które sobie wyobrażał. Zwykły kot bawił się zwykłą sąsiedzką piłką, rzuconą w zwykły dzień przez zwykłego bachora. Jakież to było nieprawdopodobne! I niezwykłe! Kiedy wchodził po schodach nie wiedział, że inna para oczu spogląda na niego z odległego kąta. Gdy był na górze, ona już spała. Z radia w korytarzu sączyła się muzyka. Nie miał ochoty na sen. Wyszedł na spacer. * -Co ci się stało?! Masz cały policzek we krwi! -Nic takiego. Zaciąłem się przy goleniu. - Przecież widziałam, że przed chwilą wróciłeś. -Nic się nie stało. -Noel, nie chcesz to nie mów, ale przynajmniej nie kłam. -Ok. W takim razie przyjmij do wiadomości, że nic ci nie powiem. Moje życie to nie twoja sprawa. Mam swoje tajemnice i pogódź się z tym. -W porządku. -Co? -W porządku. Nie to nie. Będziesz chciał to powiesz. -No proszę, a myślałem, że nie stać cię na takie słowa. -Jesteś już dorosły. Mam nadzieję, że mogę ci ufać. Do tej pory nic ci się nie stało, a moje „gadanie” nie przynosi efektu, więc nic tu po mnie. „Nic tu po mnie”? To mu się nie spodobało. -Co zamierzasz zrobić? - Dzwoniła ciotka. -Chyba się do niej nie przeniesiesz? -Na razie nie. Ale jak nie znajdę pracy, to w zasadzie nic mnie tu nie trzyma. -Aaa… Rozumiem. Jak nic ci nie powiem to się wyniesiesz, tak? Świetnie! To może już zaczniesz się pakować, co?! Bo ja nie mam zamiaru się zwierzać! Noel wstał gwałtownie i odepchnął stół z taką siłą, że ten złamał się wpół. Dziewczyna stanęła jak wryta. Patrzyła tylko bezradnie ogromnymi, zielonymi oczami na roztrzaskane szczątki tego, co dotychczas nazywała swoim stołem. Nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Ale to i tak nie miało żadnego znaczenia-Noela już nie było. * Wracał do domu tą samą uliczką przy parku co zwykle. W ciągu dnia sielski krajobraz. Ławki, fontanny, biegające psy, matki z dziećmi. Tylko drzewa przypominały rdzawymi kolorami o nadchodzącej jesieni. W nocy teren ten był jednym z niebezpieczniejszych w ich mieście. Dlatego rzadko można było tu spotkać kogoś innego niż bezdomnych narkomanów i innych mało przyjemnych ludzi. Właśnie wszedł między bloki, gdy usłyszał delikatny szmer. Spojrzał przez ramię, ale nikogo nie dostrzegł. -Kto tu jest?! Nie miał ochoty użerać się z kolejnym wariatem ze strzykawką w ręku. -Kto tutaj jest?! Gdy mała postać zaczęła wyłaniać się zza kontenerów, zrozumiał swój błąd. I mimo miłego i pokornego tonu, wszystko w nim wrzało ze złości- znowu go śledzą. -Witaj Saulusie. Wybacz, nie wiedziałem, że lubisz nocne przechadzki po tym świecie. -Witaj, Noel. Rada posłała mnie, abym przekonał was do pozostania na Aimezie. Przecież, to oczywiste, że u nas będziecie bezpieczni. Saulus, kapłan niższego szczebla, miał najwyżej półtora metra wzrostu. Jego chłopięca twarz o niezwykle delikatnych, niemal dziewczęcych rysach, w żadnym stopniu nie oddawała wieku i pozycji społecznej tej postaci. Lecz biła od niego niesamowita aura spokoju i wyniosłości. Ogromne oczy przywodziły na myśl płatki naparstnicy. Była w nich mądrość całego wszechświata. Noel widział je tylko przelotem, tylko raz. Patrzenie w oczy osobie z taką pozycją było oznaką braku szacunku, dlatego też teraz Noel wyglądał jak skarcone dziecko spuszczając oczy przed o wiele niższym i kruchym rozmówcą. W głosie Saulusa nie było żadnych emocji i mimo swojej melodyjności, tak bardzo słyszalnej w ojczystym języku kapłana, napełniał rozmówcę głębokim chłodem moralnym. Niewątpliwie nie sprawiał wrażenia sympatycznego staruszka. Wręcz przeciwnie- bliżej mu było do słodkiego misia-mordercy. Mimo deklarowanej przychylności przez Radę Starszych i wszystkich kapłanów, w tym także Saulusa, nie można było mieć pewności jak się zachowają. Nawet teraz. Noel wiedział tylko jedno- mówiąc „was”, kapłan wcale nie miał na myśli jego i Natalie. Chodziło mu tylko o Noela. Osoby, które urodziły się na Aimezie miały według wierzeń tamtejszej społeczności jedną zintegrowaną duszę. Ci, którzy pochodzili ze świata, w którym Noel był bratem Natalie, ich rodzice zginęli w wypadku samochodowym trzy lata temu, a ciotka Megan ciągle się narzucała, posiadali dwie świadomości- z jedną się rodzili, drugą otrzymywali po przejściu. Dlatego zwracano się do nich w liczbie mnogiej, aby, mimo przymierza wiążącego dwa światy, codziennie przypominać im, że nie są prawowitymi dziedzicami Aimezu. Przez pierwsze miesiące Noel zastanawiał się skąd oni wiedzą kiedy rozmawia z nimi ktoś taki jak on, a kiedy osoba podobna do nich. Właściwie odróżniała ich tylko delikatnie karmelowa skóra. Gdy spojrzał w lustro już wiedział. Miał szare oczy. Nie takie jak wszyscy z Aimezu. Oni mieli szmaragdowe źrenice. Taką zieleń widzi się tylko na witrażach, nie u zwyczajnych ludzi. Tylko kapłanów, odwiecznych strażników Wielkiej Księgi wyróżniała fioletowa barwa spojrzenia. Teraz takie właśnie oczy spoglądały na niego z ogromnym chłodem, a on nic nie mógł zrobić. -Nie zostawię siostry. Wiele razy mówiłem o tym Radzie, a także tobie Saulusie. Na razie to nie możliwe. Sytuacja na Aimezie jest za mało stabilna. -Jak możecie odmawiać? Rada daje wam szansę, nikogo nigdy tak nie namawiała. A wy po prostu… -Nie mogę zgodzić się na warunki, które mi proponuje. Powiedz Saulusie, czy wyobrażasz sobie, że mógłbyś nie wrócić już nigdy do świątyni, bo tutaj jest bezpieczniej? Tutaj jest mój dom, a tam są moi ludzie. Nie zmuszaj mnie do wyboru, bo nie jestem taki pewien czy będzie korzystny dla Rady. „Jak dotąd te wasze wielkie proroctwa się nie spełniają, dlaczego więc miałbym zostawać w świecie, gdzie nic nie jest na pewno? Po co mi to? Myślisz, że mało mam wrażeń?” Noel właśnie dziękował samemu sobie, że powstrzymał się przed wypowiedzeniem tych ostatnich słów, gdy kapłan rzekł: -Damy wam jeszcze trochę czasu. Mam nadzieję, że rozumiecie, jaką decyzję macie podjąć. -Tak, rozumiem. Noel miał wątpliwości czy kapłan w ogóle wziął pod uwagę jego zdanie. Miał tylko nadzieję, że nie wpadną na pomysł zlikwidowania wszystkiego, co go tutaj trzyma. Wzdrygnął na myśl o kocie w piwnicy. Podniósł wzrok, ale nikogo już nie było. Teraz chciał tylko wrócić do domu. * -Noel, wstawaj. Za pięć minut chcę cię widzieć na dole. Pełen nadziei, że Natalie nie wpadnie na pomysł wspominania wczorajszego zajścia, zbiegł po schodach zakładając okropny sweter od ciotki. Nigdy go nie lubił, ale workowaty strój ze ślimakiem na przedzie był jedyną ciepłą rzeczą, którą znalazł. -Co się stało? -Idziemy na zakupy. Wieczorem przyjeżdża ciocia, już zapomniałeś? -Ach, tak… W rzeczywistości jednak do głowy by mu nie przyszło, że właśnie o to chodzi. Tak naprawdę wieczorem powinien stawić się na cotygodniowym spotkaniu rady, ale wolał tłumaczyć się setce rozjuszonych staruszków niż Natalie. Wyszli z domu w ciągu kilku minut. Natalie uparła się, żeby zrobić zakupy w kilku sklepach naprzeciw stacji kolejowej. Zupełnie jakby wiedziała, gdzie znikał przez ostatnie lata. Miał tylko nadzieję, że kapłani nie zechcą jej „zlikwidować” w biały dzień, w środku miasta. Szli przez ulicę pełną jesiennego słońca. Noel jak zwykle „zbyt wolno szedł”, Natalie jak zawsze „za dużo czasu spędzała w sklepach”, później wedle starego zwyczaju poszli na rynek do kawiarni, gdzie „serwują lepszą kawę niż ta noelowa” i mają „smaczniejsze gofry niż te, które robi Natalie”. Zdawało się, że wszystko wróciło do tej normy sprzed wypadku. Gdy wracali, było jeszcze wcześnie. Dzieci znowu bawiły się wesoło w parku, matki wciąż chodziły z dziecinnymi wózkami, psy ganiały za patykami, a drzewa lśniły rudo-złotym blaskiem. Nagle Noel dostrzegł kątem oka samochód pędzący w ich stronę. Obrócił się i zobaczył jak mały chłopiec wybiega na ulicę i zamiast uciekać stoi. Kierowca zaczął hamować ale dziecko było zbyt blisko. Noel nie mógł nic zrobić. Ruszył na pomoc, lecz kruche ciało chłopca zostało odrzucone na kilka metrów. Nie wyglądało to najlepiej. Gdy dobiegli z Natalie do miejsca wypadku, chwycił delikatnie dziecko usztywniając mu szyję dłonią i włożył na tylne siedzenie srebrnego Mercedesa, którym kierował ogłupiały po wypadku mężczyzna w średnim wieku. Miał na nosie ciemne okulary, od wypolerowanej łysiny odbijało się popołudniowe słońce, a sądząc po za ciasnej marynarce i braku guzika pośrodku koszuli można było śmiało stwierdzić, że na pewno nie przestrzegał diety. Gdy dziecko wylądowało w samochodzie, Noel polecił Natalie usiąść obok chłopca i pilnować, aby jak najmniej się poruszał. Wziął także styropianowy zagłówek kierowcy i podłożył małemu pod szyję, żeby zminimalizować uszkodzenia kręgosłupa. Pobliski szpital nie miał karetki, a na jakąkolwiek pomoc musieliby czekać kolejne pół dnia. Kiedy otworzył drzwi kierowcy, ten tylko gapił się na niego pustym wzrokiem. Noel przesadził go na siedzenie obok i sam usiadł za kierownicą w nadziei, że nie spotkają żadnego pojazdu po drodze do szpitala. Nie miał prawa jazdy i nie chciał być świadkiem kolejnego wypadku. Gdy dojechali na miejsce, kierowca nadal się nie odzywał. Patrzył tylko przed siebie i kręcił głową wciąż nie mogąc uwierzyć w to co zrobił. Nie miał zamiaru czekać, aż facet oprzytomnieje. Zostawili go samego w samochodzie i wspomnieli tylko sanitariuszom przy wejściu, że w srebrnym samochodzie na parkingu siedzi sprawca wypadku i nie daje znaku życia. Chłopca zaniesiono na salę operacyjną. * „To naprawdę cud, że nic poważnego mu nie jest. Ma złamaną rękę, mnóstwo siniaków, rozciętą głowę, staw kolanowy trochę potłuczony... martwi mnie to, że pacjent ma objawy niedożywienia...” Noel nie słuchał. Myślał już tylko o tym, co spowodowało obecność tego dziecka w ich świecie. Patrzył teraz na malca i próbował sobie przypomnieć jego imię. Chłopiec miał sześć może siedem lat. Jego delikatna miodowa twarz owinięta była teraz wieloma bandażami. Widział go wiele razy biegającego po placu, gdzie zwykle spotykali się walczący. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek spotkał jego rodziców. Mimo że wiele razy był przeganiany nie tracił cierpliwości i zakradał się każdego dnia, aby patrzeć na żołnierzy. Nigdy nie opuszczał go świetny humor. Teraz śliczny uśmiech starł ból i strach- chłopiec nigdy nie był w szpitalu. Udawał, że śpi, ale Noel widział jak zerka na niego swoimi szmaragdowymi oczkami. Mieli już wychodzić, gdy zawrócił, zdjął delikatnie rzemyk z medalionem w kształcie słońca z ręki chłopca i szepnął do małego uszka ”wrócę”. * -Noel, możesz mi wyjaśnić dlaczego przedstawiłeś się jako rodzina tego dziecka? Przecież to nie jest nasz krewny, chyba, że o czymś nie wiem? I tu nastąpiło jakże częste spojrzenie starszej siostry, które tak często widywał kilka lat temu, pod tytułem „MaszKogoś”. Ale on był już myślami daleko poza granicami jej wyobraźni. -Natalie, jakby ktoś pytał o chłopca, ty nic nie widziałaś i nic nie wiesz. -Co do tego drugiego to nawet kłamać nie muszę. -Nie zaczynaj. Kiedyś ci wszystko wyjaśnię. Dowiedz się co z tym facetem i jedź do domu taksówką. Zdążę na kolację, ale teraz muszę coś załatwić. -Tylko się nie spóźnij, proszę. Mam już dosyć tłumaczenia cię przed ciocią. -Nie martw się o to, dam radę. Natalie nie zdążyła zapytać, gdzie leży „ten facet”. Jego danych także nie znała. Noel znikał właśnie w drzwiach wyjściowych oddziału. * Zaraz po wyjściu ze szpitala skierował się na opuszczoną stację kolejową niedaleko parku. Było już popołudniu. Niebo szarzało, ludzie powoli opuszczali place zabaw i park. Centrum w mgnieniu oka wyludniło się całkowicie. Noel uważnie obserwował otoczenie. Nie chciał, żeby ktoś go śledził. Jak najciszej tylko mógł oswobodził wejście na stację z wszelkich zabezpieczeń. Nie było ich wiele, bo od długiego czasu nikt tu już nie zaglądał. Prawie. W środku panował półmrok. Zbiegł po schodach wiodących na peron, usiadł pod ścianą i czekał. Bez najmniejszego ruchu wyczekiwał pełnego zachodu słońca. Po upływie godziny przez drewniane deski w drzwiach przedostawały się już tylko delikatne struny światła. Drobinki kurzu tańczyły w ostatnich promieniach dnia. Wreszcie zapadła ciemność. Noel siedział niewzruszony i czekał wpatrując się w ścianę z czerwonej cegły naprzeciwko. Nagle murarska zaprawa, tak jak przed chwilą szczeliny między deskami, wypełniła się blaskiem słońca. Wstał powoli i podszedł do muru. Gdy był już dostatecznie blisko, położył na nim swoją prawą dłoń. Ściana ustąpiła i jego oczom ukazał się ogromny prostokątny otwór wypełniony oślepiającym blaskiem. Postąpił o krok przed siebie i jasność pochłonęła go w całości. Gdy zniknął w blasku, ściana natychmiast wróciła na swoje miejsce udając, że nic się nie stało. * Na podjeździe zawitał stary samochód wujostwa, kiedy Natalie kończyła przygotowywać kolację. Noel jeszcze nie wrócił. Miała nadzieję, że chociaż tym razem jej nie zawiedzie. -Witaj Słoneczko! -Wejdźcie proszę. Noel jeszcze nie wrócił ze spaceru, ale obiecał, że będzie na kolacji. „A przynajmniej mam taką nadzieję”. Nie była zachwycona nieobecnością swojego brata, ale nie mogła nic zrobić. Miała tylko nadzieję, że szybko wróci. Ku swojemu zdziwieniu, kilka minut po powitaniu gości zobaczyła, że Noel wspina się po schodach. W obszarpanym swetrze, w ubłoconych jeansach, ale cały i zdrowy. Nie wyglądał na zadowolonego, gdy powiedziała mu w wejściu, że goście już są, a kolacja zaczyna się za piętnaście minut. Nie miał jednak wyjścia, musiał zapomnieć o wygodnym łóżku i dołączyć do rodziny. -A oto i nasz Noel. Jak ty wyrosłeś… Nienawidził tego. Miał już grubo ponad dwadzieścia lat, a oni zawsze witali go tymi samymi słodkimi tekstami. Jednak czego się nie robi dla najbliższych. Po kolacji zaczęło się wspominanie, oglądanie zdjęć i filmu z ich rocznicy. I tak już do końca wieczoru. Nic nieznaczące rozmowy, o których nie pamięta się rano, za tydzień całkowicie wypadają z głowy, a za miesiąc już nawet nikt nie pamięta, że rozmawiali. Tak było za każdym razem. Dlatego nie lubił tych rodzinnych spotkań. Nie wnosiły nic interesującego do życia. Natalie była innego zdania. Ona uwielbiała gawędzić o niczym, była w tym mistrzynią. Kochała wspominać i spędzać czas z innymi. Różnili się od siebie jak dwa odległe kontynenty, a jednak nie mógł jej zostawić niczego nie wyjaśniając. W końcu była jego siostrą. Coraz częściej zastanawiał się, czy jej wszystkiego nie powiedzieć. Ostatecznie nie musiałby się ukrywać. A co jeśli zechce z nim iść? Albo nie uwierzy? * Po odjeździe gości Noel położył się u…