Fantasy · 38 min czytania
[Ainaren] El'Faime
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Ognisko raz za razem wyrzucało w powietrze jasno świecące na tle nieba opiłki popiołu, a światło bijące od rzucało ciepłą poświatę na byłego Łowcę Zakonu. Ciemny kaptur zarzucony na krótko ścięte, ciemnobrązowe włosy nie pozwalał dojrzeć oczu barwy czystego nieba i młodzieńczych rysów twarzy. Siedział w pozycji lotosu, pochylony do przodu. Rozmyślał od dłuższego czasu. W dłoni mocno zaciskał srebrny, zdobiony przez mistrzów rzemiosła amulet. Po dłuższej chwili ułożył się na plecach z dłońmi założonymi za głowę, zasnął. Nie spał długo - obudził go łopot potężnych skrzydeł. Leżał tak bez ruchu, nie otwierając oczu. - Wiem, gdzie możemy się schronić - Odczekał chwilę, po czym dodał - lasy północy, tereny elfickie. Tylko tam Zakon nas nie znajdzie. Zakon powstał stosunkowo niedawno, w celu zwalczania skutków zajścia znanego wśród ludzi jako Błysk, które miało miejsce dobre kilkaset lat temu. Zjawisko to osłabiło osnowę rzeczywistości, sprawiając, że odpowiednio wyszkoleni ludzie potrafili naginać czas i przestrzeń, oczywiście w pewnych granicach - świat bowiem dysponował zabezpieczeniem nie pozwalającym na tego typu sztuczki - magia nie była trwała, efekty jednak jak najbardziej. Tak więc dla przykładu magicznie stworzony młot kowalski mógł nagle rozpłynąć się w dłoni kowala, jednak wykute przez niego miecze pozostawały nienaruszone. Podczas Błysku powstały przedmioty nazywane artefaktami - naładowane potężną dawką magii, działające każdy na swój sposób. Trwałe i wyjątkowo niebezpieczne w niewłaściwych rękach. Oprócz artefaktów Błysk stworzył również cuda, jakich człowiek nigdy nie był w stanie sobie wyobrazić. Zaliczały się do nich zarówno niezwykłe miejsca, jak i całkiem nowe rasy, czy też mutacje istniejących już. Ludzie nie byli na to przygotowani, a nowi mieszkańcy ich świata stanowili zagrożenie. Zakon powstał, by zagrożenie to wyeliminować. Z początku wszystko było dobrze, jednak stowarzyszenie to zaczęło coraz bardziej ograniczać ludzką swobodę, a każdy przejaw magii uznawać za zło i zagrożenie karane śmiercią. Kłam ich słowom zadawał sam fakt, iż Zakon posiadał świetnie przeszkolonych ludzi posługujących się magią, a także poszukiwał artefaktów. Zakon działa już wszędzie, a jedynymi terytoriami, na które się nie zapuszcza, są właśnie elfickie lasy, bronione zaciekle przez mieszkańców. Ci nie bawią się w negocjacje, a dyplomatów zostawiają zazwyczaj na granicy puszczy, by ludzie mogli odnaleźć ciała. Zapewniają schronienie wszelkim istotom. Są jednak dwie rasy, które mogę tam liczyć jedynie na śmierć - ludzie i krasnoludy... Nastąpiła chwila ciszy przerywana jedynie śpiewem ptaków. - Nie chcesz się chować, prawda? - usłyszał po chwili. Cisza. Chłopak podniósł się z ziemi i otrzepał. Spojrzał prosto w przyglądające mu się wielkie, ciemnozielone oko. Podszedł bliżej - Nie. Nie chcę - rzucił półszeptem, a słowa zawisły w powietrzu, pogłębiając ciszę. Ptaki jakby zamilkły, wiatr przestał gwizdać w liściach drzew, a ciszę przerwał jedynie odgłos ocierających się o siebie łusek, gdy smok ułożył się na ziemi. Ognisko odbijało się wyraźnie w każdej ze szmaragdowozielonych łusek. Wciąż przyglądał się chłopakowi. Nie uznał za stosowne wypytywać młodzika o szczegóły. Obiecał mu pomoc, a nie zwykł rzucać słów na wiatr. Odejdzie dopiero, gdy spłaci swój dług. Zapanowała cisza.
Wyruszyli wieczorem, tego samego dnia. Mimo wdzięczności, smok nie pozwalał Łowcy wdrapać się na swój grzbiet, tak więc chłopak musiał poruszać się konno. Przemieszczali się nocą, a obozowali za dnia, by uniknąć wykrycia. Z dnia na dzień zmieniał się klimat i pejzaże. Opuszczali górzystą, chłodną krainę skał i trawy, a wkraczali na tereny zdominowane przez rozległe lasy i równiny. W końcu, po dwóch tygodniach spokojnej podróży, stanęli przed rozciągającą się w nieskończoność ścianą potężnej puszczy. Chłopak nałożył na głowę kaptur i poprawił skryte pod płaszczem ostrze. Sprawdził, czy amulet jest bezpieczny. Puścił konia wolno, bo zwierzę bało się iść dalej. Przekroczyli granicę drzew...
Echo charakterystycznych kroków w holu uprzedziło arcykapłana o zbliżającej się osobie. Siedział na tronie, czekając na moment, gdy otworzą się potężne skrzydła drzwi i wpuszczą do komnaty nadchodzącego doradcę. Proporce zawieszone na ścianach zatrzepotały pod wpływem przeciągu. - Dobre wieści, panie - pokłonił się nisko, do samej ziemi. - Nasi magowie mają trop. Arcykapłan zdjął z kolan pięknego, szarego persa, uniósł się powoli i wyciągnął mapę z masywnej gabloty, po czym rozłożył ją płynnym ruchem na mahoniowym stole. Posłaniec natychmiast wskazał na niej punkt. - Co robić? Władca wbił w mapę lężący obok sztylet. - Nie ma litości dla zdrajców.
- Widzisz, nie jest tak źle! - Chłopakowi humor wyraźnie dopisywał - Wciąż żyjemy. Rzucił towarzyszowi szybkie spojrzenie, ten kroczył pewnie przed siebie. Nawet nie myślał odpowiadać. Szli tak w ciszy przez chwilę, po czym młody Łowca ponownie spróbował nawiązać dialog. - Straszny z ciebie mruk, wiesz? Ponownie brak reakcji. Chłopak zrezygnował z kolejnych prób. Kroczyli tak przed siebie, młody mężczyzna wyglądający niczym dziecko w porównaniu ze swym towarzyszem. Oboje podziwiali otaczające ich widoki. Pięli się pod górę, aż w końcu wyszli na zbocze potężnego urwiska . Pod sobą mieli całą El’Faime, starożytną puszczę, miejsce nieskażone ludzką ręką. Ciągnący się w nieskończoność las przypominał zielony ocean, a jedyna elficka aglomeracja - wyspę na bezmiarze zielonych wód. Rasa ta nie niszczyła środowiska, w którym przebywała - antyczna część miasta w całości znajdowała się na potężnym drzewie, którego obejście zajęłoby kilka godzin. Słońce chyliło się ku zachodowi, kryjąc się za zabarwionymi na purpurowo chmurami. Przed nimi, niby na wyciągnięcie ręki, kołował sokół. Chłopakowi na ten widok zaparło dech w piersiach, a kiedy stanął na skraju skarpy, przypomniał sobie cudowne uczucie, jakie towarzyszyło ucieczce na smoczym grzbiecie. - Chyba będziesz musiał przetransportować mnie na dół - rzucił z nadzieją, gdy wychylił się, by ocenić wysokość. W odpowiedzi otrzymał jedynie coś na kształt parsknięcia. - Dobrze już, znajdę jakiś szlak... Ruszyli przed siebie. W ciszy. Gdy zatrzymali się, by chłopak dał odpocząć nogom, smok odezwał się niespodziewanie. - Dlaczego właściwie wstąpiłeś do Zakonu? - Wiesz, to dosyć długa historia... - Mamy czas. Po kilku minutach odpoczynku kontynuowali marsz. Młody Łowca cały czas opowiadał, a jego towarzysz słuchał uważnie.
Ciemny, gryzący dym przesłaniał słońce, przez co pozostałości wioski rozświetlane były jedynie przez pazerne na resztki budowli płomienie. Ciemno-pomarańczowe refleksy światła tańczyły na wypalonych do reszty ścianach. Gdzieniegdzie znaleźć można było zwęglone zwłoki ludzi przysypanych gruzami lub tych, którzy nie zdążyli się schronić. Atak nastąpił niespodziewanie, przerywając sielankę wiejskiego życia. Ludzie kryli się po domach, które nie stanowiły żadnej ochrony przed szalejącym ogniem. Ci, którzy postanowili uciec poza wioskę, otrzymali szybką śmierć. Również w płomieniach. Ocaleni stali w szeregu, na polecenie rycerzy Zakonu, którzy przybyli na miejsce już w kilka godzin po ataku. Wśród nich było kilku Łowców, wyróżniających się brakiem bogato zdobionych zbroi. Nosili ciemne, maskujące płaszcze. Pośród mieszkańców stał dziesięcioletni chłopiec, który wskoczył do stawu, gdy tylko zaczął szaleć ogień. W ten sposób uratował się on i kilka innych osób. Teraz rozglądał się za swoimi przybranymi rodzicami. Był zbyt zszokowany, by dopuścić się myśli, że z jego rodziny przeżył tylko on. Jego nozdrza wypełniał zapach siarki. - Twoje imię? - nie zauważył, kiedy przyklęknął obok niego jeden z rycerzy. Pytanie zadane zostało wyjątkowo uprzejmie, miłym głosem, który był niczym melodia dla uszu chłopca, który przez kilka ostatnich godzin słyszał jedynie krzyki i wołania o pomoc. - Dorian - odpowiedział tak cicho, że rycerz musiał poprosić go o powtórzenie - Dorian. - Gdzie twoi rodzice? - zanim wojownik uświadomił sobie swój błąd, oczy Geskera nabiegły łzami, po czym dzieciak rozpłakał się. W uszach wciąż słyszał przeraźliwy, przeszywający do szpiku kości ryk.
- Elfy nas obserwują - przerwał Dorianowi smok. - Nie odwracaj się. - Wyczułeś je? - Kontynuuj.
Kiedy rycerzowi udało się uspokoić zszargane dziecięce nerwy, zaprowadził go w stronę Łowców. - Ile osób przeżyło? - Dwudziestu, z czego 13 to dzieci. - Jeden z członków Zakonu składał raport okutanym w ciemne płaszcze postaciom. Dorian nie słyszał wcześniejszej jego części. - A jak wiele osób liczyła osada? - Około czterysta. Zakapturzony mężczyzna odesłał składającego raport, po czym poprosił jednego z rycerzy o przyprowadzenie sierot. Odjeżdżający Łowcy zabrali ze sobą ośmioro dzieci. Nikt za nimi nie tęsknił. Młody Dorian był wśród nich. Będzie zabijał smoki, pomści swoich rodziców i przyjaciół. Nienawidził tych bestii z całego serca. Minęły trzy lata. Chłopcy poddawani byli żelaznej dyscyplinie, szkolono ich w walce wręcz i na dystans, uczono zabijać. Dorian kochał walkę, a w szczególności szermierkę. Był mistrzem wśród rówieśników. Nie pałał już rządzą zemsty, a szkolił się głównie w związku z frajdą, jaką dawały mu pojedynki. W osiągnięciu najlepszych wyników pomogły mu wyuczone od starszych rówieśników akrobacje, które skutecznie wykorzystywał w starciach. Jego niezwykłe umiejętności szybko zostały dostrzeżone. Gdy tylko wszedł w dorosłość, został wezwany do Arcykapłana. - Za kilka dni zabijesz swojego pierwszego smoka. Przygotuj się, bo to nie są żarty. - Smoka? Miałem dostać wiwernę, jak wszyscy. - Kilka dni temu udało nam się jednego złapać. Walkę tę możesz potraktować jako nagrodę za świetne wyniki w szkoleniu. I przy okazji prezent na szesnaste urodziny. - Rozpiera mnie radość, Panie. - Ukłonił się nisko i odszedł, prowadzony przez sługę. Kłamał.
Część 22 / 2
- O czymś nie wspomniałeś - Usłyszał Dorian. - Tak? - Dlaczego raptem zmieniłeś poglądy? - W rok po wstąpieniu do Zakonu spotkałem pewnego starszego człowieka, który był Łowcą przez większą część życia. Stracił nogę w walce z wiwerną, nie był w stanie pełnić obowiązków członka Zakonu. Przez całe swoje życie był świadkiem jego zbrodni. Z roku na rok coraz mniej przekonywała go słuszność działań ugrupowania. Uświadomił sobie, że istoty, z którymi tak chętnie walczył, nie są bezdusznymi potworami. Część z nich niemalże dorównywała inteligencją człowiekowi, a niektóre nawet przerastały go pod tym względem. Byłem wtedy młody, a człowiek ten bardzo zręcznie wybił mi z głowy wpływy Zakonu. Z początku zasypywał mnie legendami, w każdej wolnej chwili wracałem po więcej. Każda kolejna coraz bardziej przeczyła wpajanej mi wiedzy, ale to były tylko legendy. Później zaczął częstować mnie opowieściami z własnego życia. Powiedział mi o atakach na miasta, w których sam uczestniczył. Zabijali wszystko, co miało w sobie chociaż trochę magii. Polubiłem tego człowieka, ufałem mu jak nikomu innemu. Stał się moim mentorem. Dzień po dniu, opowieść za opowieścią, uświadamiał mi powoli, że nie nadaję się do walki w imię Zakonu. - I to sprowokowało cię do odejścia? - Nie. Ostateczną decyzję podjąłem dopiero na dzień przed tym jak kazano mi z tobą walczyć. Po chwili spytał jak najciszej - co z elfami? - Zostawili nas kilka minut temu. Opowiadaj. - Wiesz, pewnego dnia opowiedziałem mu swoją historię...
Dorian od zawsze kochał długie spacery. Z okazji dziesiątych urodzin postanowił wyruszyć na całodniowy, w gruncie rzeczy bezcelowy marsz. Zapakował prowiant i wyruszył. Wyszedł z osady i udał się na wschód, krocząc wesoło przed siebie, od czasu do czasu popijając wodę ze skórzanego bukłaka. Po kilku godzinach burzowe chmury ogarnęły całe niebo, a chwilę później z nieba zaczęły bić gromy. Szukając schronienia, chłopiec zsunął się do dość szerokiego koryta wyschniętej rzeki i wkroczył bez zastanowienia do upatrzonej wcześniej pokaźnych rozmiarów jamy.. Błyskawica rozświetliła wnętrze jamy. Dorian dostrzegł w głębi obły kształt. Jajo. Ne było zbyt duże. Zmieściło się do plecaka z prowiantem. Jak najszybciej wrócił do domu. Schował znalezisko pod łóżkiem i wyszedł na dwór, by pochwalić się nim. Nie zdążył. Usłyszał rozdzierający, mrożący krew w żyłach ryk. Po chwili daleko na niebie ukazała się potężna sylwetka skrzydlatej bestii. Bestia leciała po swoją zgubę.
- Starzec uświadomił mi, że wciąż tląca się we mnie chęć zemsty była zupełnie bezpodstawna. Przez wiele lat smocze legowisko znajdowało się tak blisko osady, nie przeszkadzając ludziom. A ja, z własnej głupoty, doprowadziłem do zguby całej mojej osady. Smok nie komentował. Wiedział, co naprawdę zmusiło chłopaka do zdrady i bynajmniej nie był to wstyd przed tym, co zrobił, a zemsta. Jednym z wielu celów najazdów Zakonu była rodzinna osada Doriana. Podczas tego ataku stracił rodzinę, o czym dowiedział się dopiero od swojego mentora. Bestia nagle uniosła głowę. - Czujesz ten zapach? - Skrzywił się. - Jaki zapach?
- Co to? - Peleryna maskująca - W wyciągniętych dłoniach wykładowca Łowców trzymał ciemny płaszcz. - To zwykły płaszcz. - Nie możecie tego dostrzec, jednak jest pokryty pyłem Pustki, pochłaniającym wszelkie zapachy. Wiecie, co to znaczy? Uniesiona nieśmiało dłoń. - Może oszukać węch niektórych stworzeń? - WSZYSTKICH stworzeń, wszystkich. Nie ważne, jak czułym węchem dysponują, poczują zapach pustki. A jaki to zapach? - To brak zapachu? - Dokładnie. Pył pustki wiąże się z jeszcze jedną korzyścią - nałożenie go na materiał sprawia, że ten staje się ognio- i mrozoodporny. A teraz pokażę wam kolejny przedmiot, który pomoże wam zwalczać potwory - wykładowca schował płaszcz, po czym wyciągnął niewielką fiolkę. - eliksir, który teraz trzymam w dłoni, rozsiewa zapach, który zwali z nóg nawet największą bestię. Ku przerażeniu obserwatorów odkorkował naczynko. Na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech. - Oczywiście działa on tylko na niektóre z nich, te o specjalnie czułym węchu. - W tym smoki? - Wtrącił się Dorian. - Przede wszystkim smoki.
Głuchy huk upadającego cielska wytrącił Doriana z rozmyślań. Natychmiast dobył broni - miecza pokrytego woalem Pustki, niematerialnego, stanowiącego jednocześnie portal do tego nieprzyjaznego wymiaru. Emanował aurą zimna i mroku, głębokiej, przyciągającej ciemności. Nic nie było w stanie powstrzymać wymierzonego nim ciosu, nawet identyczne ostrze. Bloki podczas walki nie wchodziły w rachubę - unik lub śmierć. Szybka, bezbolesna śmierć. Stanął wyprostowany naprzeciw zagrożenia. Wiedział, skąd nadejdą. Liście drzew zaszeleściły, po czym pięć sylwetek płynnym ruchem zeskoczyło z gałęzi. Czarne płaszcze załopotały. W przywódcy oddziału poznał przyjaciela. Spojrzeli sobie prosto w oczy. Napastnik wystrzelił z półprzysiadu, dzierżąc oburącz Ostrze Pustki. Dorian ruszył w jego kierunku. Doszło do zwarcia. Nie wytracając prędkości, obaj wykonali cięcie. Obydwoje sprawnie się uchylili, po czym nastąpiła wymiana ciosów i uników. Łowcy otoczyli Doriana, a po chwili przyłączyli się do tego tańca śmierci. Dorian walczył, nie szczędząc piruetów, zręcznie unikając ciosów i kontrując, raz po raz wywijał się niczym wąż, uchylając się od razów dosłownie o włos, niejednokrotnie zaglądając w ziejącą śmiercią otchłań Pustki. Ktoś wyprowadził w jego kierunku uderzenie z szerokiego zamachu. Przeturlał się pod płazem miecza i z półobrotu podciął nogi atakującemu i jego sąsiadowi, po czym uniósł się, wyprowadzając cięcie od dołu i kiedy ostrze przepłynęło przez upadającą sylwetkę, płynnie przeszedł do kolejnego ciosu, który ugodził prosto w towarzysza przepołowionego Zabójcy. Uniknął ataku zza pleców i odskoczył do tyłu, zręcznie obracając ostrze i wbijając je prosto w brzuch napastnika. Szybkim ruchem wyciągnął miecz z osuwającego się już ciała, zakręcił w powietrzu młyńca. Wykonując przy tym zmyłkę, uskoczył przed kolejnym atakiem i doskoczył, uderzając od góry. Zabójca spróbował osłonić się mieczem. Ostrza przeniknęły przez siebie bez jakiegokolwiek oporu. Na ziemię, za plecami Doriana, upadła głowa czwartego Zabójcy Zakonu. Miecz nie był zakrwawiony. Dorian zakręcił nim kilka razy. - Zostaliśmy tylko my dwaj. Kroczyli powoli, wokół siebie, jeden czekając na ruch drugiego. Patrzyli sobie prosto w oczy, wykonując nierytmiczne ruchy bronią, mające na celu zmylić przeciwnika. Zacieśniali okrąg. Po chwili jednocześnie wyskoczyli w swoją stronę. Cedrick ciął pionowo od góry, Dorian wykręcił się piruetem i, gdy jego przeciwnik odsłonił się po ciosie, wystrzelił, tnąc z szerokiego zamachu. Przeciwnik uskoczył w tył, jednak po chwili poczuł, jak po jego boku sączy się strużka krwi. Rozjuszony, począł zadawać z niesamowitą prędkością cios za ciosem, cięcie za cięciem. Dorian ledwo dawał radę odskakiwać, w końcu jednak odsunął się poza zasięg ostrza. Przeciwnik, widząc że przejął inicjatywę, wystrzelił w przód, wyprowadzając potężne cięcie na poziomie klatki piersiowej Doriana. To był błąd. Niesiony pędem nie zdążył uchylić się, gdy były Łowca padł na ziemię i podciął mu nogi. Poleciał do przodu, prosto na twarz, ryjąc bruzdę w ziemi. Uniósł się szybko. Wiedział, że nie zwycięży tej walki. Jego dłoń powędrowała pod poły płaszcza. Po chwili uniósł ją, a w niej szklany pojemnik. Rzucił go na ziemię. Szkło się rozbiło, a w powietrze wzbił się obłok czerwonego pyłu. Cedrick przyłożył do twarzy chustę blokującą gaz. Zapadła ciemność...
Myśli nie dawały mu spokoju. Godzinę temu jego ulubiony miecz został obłożony woalem pustki. Teraz trzymał go w dłoniach. Ważył tyle, co stary. Nie różnił się właściwie niczym. Tylko skutecznością w zabijaniu. Bez problemu przebijał się przez smoczą łuskę, o czym Dorian miał się przekonać. Już niedługo.
Obudziła go przystawiona do nosa fiolka, z której wydzielał się niezwykły zapach. Siedział skrępowany wytrzymałą, konopną liną. Nie mógł wykonać najmniejszego ruchu. Zobaczył twarz Cedricka. Z jego brązowych oczu wylewała się wściekłość spowodowana porażką. - Arcykapłan poprosił mnie, bym osobiście dopilnował twojego cierpienia - Spod płaszcza wyjął kolejną fiolkę. - Poznajesz to, prawda? Rozpoznał substancję. Zioła zawarte w tym eliksirze nie zabijały. Wywoływały niemożliwy do zniesienia ból, utrzymując torturowanego przytomnego. Zakon od dawna nie stosuje już konwencjonalnych metod tortur. Genialny wynalazek chorego umysłu. Odkorkował naczynko, uwalniając nieprzyjemny zapach. - Zostaliśmy tylko my dwaj - powiedział i uśmiechnął się dziko szczerząc zęby - Maksymalna dawka to dwie krople podane na język - mówiąc to starannie upuścił dwie krople na palec. Siłą otworzył usta Doriana, chcąc…