Fantasy · 9 min czytania
Akira ... dziwne dziecko ...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nazywam się Akira. Stwierdzenie „nazywam się” doskonale pasuje do mojej sytuacji. To imię nadałam sobie sama. Nie posiadam zbyt klarownej przeszłości, czego zresztą można się spodziewać po osobie wychowanej na ulicach rożnych miast. Obecnie mam szesnaście lat. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wczesne dzieciństwo jest tylko zamazanym koszmarem powracającym w wizjach, gdy wypiję, czy zaćpam za dużo. Wtedy widzę kwiecistą łąkę, rozmazaną, jakby widzianą spod tafli zamarzniętego jeziora. Zamazane kolory kwiatów i miękkość trawy pod moimi stopami. Jestem jeszcze mała, tak mała, że ledwo widzę wołającą mnie postać sponad zieleni. Nie wiem co wykrzykuje kobieta w bieli, ale mam pewność iż woła ku mnie. „Mamo! Mamo, już biegnę!” Ciepły wiatr czuję na twarzy. Jej delikatne ręce unoszące mnie w górę. Chyba mnie przytuli ... Bogowie, jak ja chcę, by mnie przytuliła! Ale ... Oczy jej staja się wściekle czerwone. Zieją nienawiścią z ciemnych otworów twarzy bez kształtu. Przerażają, ranią, niszczą! „Zostaw mnie!” Nie ma już kobiety w bieli. Tkwię w silnym uścisku zakutego w zbroję rycerza. Jego gnijący oddech, on nie jest człowiekiem. Wszystko w około zamiera tak szybko jak się pojawiło. Odrzuca mnie jak niepotrzebny śmieć gdzieś w błoto. Jest tylko ciemność. „Mamo?” Cisza, cisza tak potworna, że swym hałasem aż świdruje głowę. Rozdziera ją krzyk, przerażone dziecko szuka ratunku w łzach i dźwiękach rozpaczy. Widzę tylko cienie, wystarczająco dalekie, wystarczająco niekształtne, wystarczająco makabryczne. Ktoś krzywdzi dziecko. Krzywdzi ... Co ja bredzę?! Z małego ciała wyrywają ręce wpychając coś na ich miejsce! Słyszę szeptane mantry, to chyba zaklęcia! Cholera! Co oni wyprawiają? „Przestańcie!!!” Ale ja wcale tego nie krzyczę. Jestem dzieckiem. Małą dziewczynką sparaliżowaną strachem. Siedzę skulona pośród odoru śmierci i brudu, zmuszona jestem patrzeć na te wszystkie okropieństwa których cieniste odbicia otaczają mnie do dokoła. Metaliczny, zimny uścisk znów zaciska się wokół mnie. Teraz moja kolej ...? Tu sen się urywa z brzękiem tłuczonego szkła i bólem głowy o poranku. Później było chyba lepiej. Chyba ... Też niewiele pamiętam. Z tego co opowiadali mi moi starsi towarzysze, kiedyś do mistrza przyprowadził mnie jakiś wojskowy prosząc, by się mną zaopiekowano. Podobno ocalałam z pożogi pod Kislevem, gdy na armię chaosu natarły wojska imperium. Całkowita abstrakcja. Moje nowe życie. Byłam „szósta” i najmłodsza spośród wszystkich. To jednak nie upoważniało mnie do niczego. Musiałam pracować jak inni, aby mieć gdzie spać i co jeść. Praca, właściwie ciężko to nazwać pracą samą w sobie. Musiałam kraść. Na zamówienie bądź po prostu, wszystko co przestawiało sobą jakąś wartość i mogło dać się sprzedać. Mistrz o nas dbał, może nie najlepiej, ale się chociaż starał. Były posłania, ciepło w zimie, jedzenie, ubrania, czasem nawet szykowne, a z drugiej strony – ciągły konflikt z prawem i ucieczki. Nigdy nie zostawaliśmy w mieście na dłużej niż dwa, trzy tygodnie, baliśmy się ryzykować. Dorastałam pośród ludzi, którzy zamiast imion mieli tylko numery i umiejętności. Nikt z nas nie był człowiekiem, a tylko narzędziem. Wyjątkowo dochodowym narzędziem. Miałam około ośmiu lat, gdy trafiliśmy do Middenheim. Centrum świata jaki ogarniał mój umysł, serce życia, po prostu raj. Tu można było bez trudu stać się anonimowym cieniem i wyciągać ręce przed siebie. Już po kilku godzinach kieszenie wypełniały się rozkosznym ciężarem, o który w zachodnich stronach trzeba było walczyć czasem i przez kilka dni. Niewiele trwało moje szczęście. Już o nowiu raj stał się wrotami piekła. Gdy patrzę na to teraz moje życie wydaje mi się splotem niefortunnych wypadków i nieszczęść. Jakbym nieustannie pojawiała się w niewłaściwych miejscach o niewłaściwym czasie. Tym razem byli to rycerze zakonni. Przeczesywali miasto w poszukiwaniu „porzuconych dziecięcych duszyczek, które można jeszcze sprowadzić na dobrą drogę”. Wiek nie był ważny, a prawdopodobnie ilość. Zabierali dzieci, małe, duże, biedne, bogate, czyste i brudne, wszystkie, które choćby przez chwilę były bez opieki, czasem potrafili nawet wyszarpnąć je z rąk matek. Nic ich nie obchodziło, żaden lament nie był w stanie powstrzymać tej łapanki. Znów pech chciał, abym akurat teraz została przyłapana przez jednego ze strażników na przywłaszczaniu cudzej własności. Nie…