Biografia · 5 min czytania
Aksamitna zemsta alkoholika
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mroźna zima lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Mała stacyjka w miejscowości S...., jednego z przygranicznych powiatów w Polsce "B" przy wschodniej granicy. Godzina pierwsza w nocy. Mały zaprzężony do sań konik ciagnął z trudem sanie poprzez oblodzone, wysokie zaspy śniegu. Okutane w ciepłe kożuchy dwie osoby, przedzierały się do pociągu, którego przybycie według rozkładu jazdy miało być na godzinę drugą piętnaście po północy. Pasażerowie szli obok sań, których płozy zapadały się od czasu do czasu w zaspach. Odciążali małego, odpornego na niewygody konika, który zapadał się po kolana w śniegu. Był on traktowany jak najbliższa rodzina. Ogromny księżyc kładł cienie przydrożnych, wystrojonych w biel śniegu, grusz i krzyży. Przejmująca cisza. Tylko skrzypienie płóz sań i kroków o śnieg docierały do uszu dwójki podróżnych. Był siarczysty mróz. Od czasu do czasu w mijanych sosnowych zagajnikach, pękały rozsadzane przez niską temperaturę drzewa, wwiercając się w przeraźliwą ciszę. - Mam złe przeczucie, zwróciła się do męża młoda kobieta - z jej ust wydobywały się ledwo widoczne kłęby pary. - Musimy dzisiaj bardzo uważać, wsiowe pieski mogły na nas donieść. - Widziałeś te światło w jednym z okien sąsiada? Jego zięć pracuje w urzędzie bezpieczeństwa. Pewnie całą noc pił u teścia ze swymi kolesiami, a teraz chcą na nas zapolować. - Najgorsi są sąsiedzi udający naszych przyjaciół - mruknął mężczyzna. - Nie kracz! - dodał, bo wykraczesz nieszczęście. Tak rozprawiając dotarli do małej, leżącej nieco na uboczu stacyjki, okrążonej przez młode sosnowe lasy, ubrane w białe welony śniegu. Rozświetlone srebrem księżyca, tworzyły krajobraz godny bajek Andersena. Podróżni zatrzymali się w lesie około kilometra od stacyjki w obawie przed łapanką. Polowanie urządzali miejscowi milicjanci. Podróżni mieli pół godziny do przyjazdu pociągu, który z trudem przedzierał się do Warszawy, ale zawsze był w miarę punktualnie. W średnim wieku mężczyzna zaczął wyładowywać ciężkie paki z sań, które miały być przetransportowane na peron. Jego żona handlowała czym się dało, wożąc nadwyżki wyprodukowane w swoim gospodarstwie rolnym do stolicy. Tam, na Bazarze Różyckiego