Fantasy · 9 min czytania
Akt 1 Rozdział 1 Część 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
~Akt I~
Rozdział 1
Część 2
Myther otworzył stare, okute żelazem, drzwi i wszedł do środka. W pomieszczeniu panował malowniczy nieład, na sporym okrągłym stole, stanowiącym centrum mieszkania, leżała rozdarta kurtka, obok kolczuga, pusta miska po owsiance i osełka do miecza. Po prawo przy komodzie i dwóch szafkach stał wbity w podłogę czarny półtorak. Przy lewej ścianie, pod małym oknem na sienniku siedział Sayren, jego młodszy brat. Który owijał sobie właśnie pierś bandażem. Brudne odrapane ściany idealnie pasowały do zniszczonych mebli jak i do unoszącej się w powietrzu woni pleśni i wilgoci. Nie było to mieszkanie, raczej coś na kształt rzadko używanej kryjówki, do której przychodziło się w ostateczności. Myth z trzaskiem zamknął za sobą drzwi, przy okazji wzbijając w powietrze chmurę kurzu i ruszył w stronę ciemnowłosego elfiaka. Spaczone od wilgoci deski, podłogi, zaskrzypiały mu pod butami. -Musisz coś z tym zrobić.-Wskazał na jęczącą podłogę. Gadałeś z Dymi?-Zapytał zawiązując końcówkę bandaża. Uniósł wzrok na brata. -Ehe... -I co? -Jak to ona powiedziała? „Ja jestem tylko uzdrowicielką”... Nie zna się na tym.- Odpowiedział siadając sobie przy stole. Sayren skrzywił się lekko ale nic nie powiedział. Przez kilka chwil panowała cisza, przerywana tylko szczekaniem psa sąsiada zza ściany. Myther bez słowa wstał i ruszył do szafki. Wyciągnął z niej butelkę jabłkowego bimbru. Odkorkował ją i pociągnął spory łyk. Skrzywił się czując mocny i nad wyraz słodki trunek. -Ehh... -Westchnął, patrząc przez szkło na mętny trunek.- Na wieczór pójdę do kuźni, może tam się czegoś dowiem. -Dymi idzie z tobą? -Tak... Uparła się. -Może to i dobrze...-Uśmiechał się ukazując białe, równe zęby- W końcu zna się na magi a to się przydaje. -Wiem- Odpowiedział krótko, odkładając, jak dla niego stanowczo za słodki samogon z powrotem do szafki, w której oprócz butelek z winem i bimbrem nie było niczego innego.- Mam nadzieję, że ty też się wybierzesz. Co? Say jęknął cicho. Był obolały i nie chciało mu się nigdzie szwendać. -Pójdę, ale jak coś nie czekajcie na mnie.- Powiedział w końcu tak by się do niczego nie zobowiązywać. -No dobra. -Mruknął jasnowłosy wyszarpując z podłogi miecz. Z komody wyciągnął kawał czerwonego materiału, który kiedyś był płaszczem a którego czasy świetności minęły bezpowrotnie lata temu. Podszedł do szafki, później znów zajrzał do komody. Szukał czegoś jeszcze, jednak jakoś nie mógł tego znaleźć. -Te... Gdzie jest sznurek?-Zapytał brata przerzucając płaszcz przez prawy bark. -Hmmm... -Mruknął zakładając koszulę- A wiem, obok siennika leży. Myther kręcąc z dezaprobata głową ruszył po nawinięty na patyk kawałek konopianego sznurka. Gdy już urwał sobie jakieś 3 łokcie linki. Miał teraz już wszystko czego potrzebował. Miecz obwinął szczelnie w płaszcz po czym okręcił wszystko ładnie linką. -No gotowe- Mruknął odkładając broń w kąt pomieszczenia. Say popatrzył na jego dzieło z ukosa, po czym stwierdził, że jest zmęczony i się położył na sienniku. A jego brat w tym czasie schował do worka kolczugę i dla zabicia czasu zaczął ostrzyć swoją broń.
***
Lato tego roku było wyjątkowo gorące nie tylko ze względu na nieznośną suszę która pustoszyła pola uprawne całego królestwa, ale i przez ostatnie wydarzenia... Powstanie, obalenie tyrana i w końcu przejęcie władzy przez Aleri Mitherie, dawną hrabinę Tyth'debro. Początek jesieni nie przynosił wytchnienia, nadal było nieznośnie graco a smród gnijących w cieple warzyw, padliny, odchodów, parujących szczyn i bogowie wiedzą czego jeszcze przyprawiał o ból głowy. Stolica „cywilizowanego” świata nie zachwycała. Zniszczenia wywołane powstaniem widoczne były nie tylko na popękanych murach ale i w umysłach zwykłych mieszkańców miasta, których polityka naprawdę mało interesowała... Wieczór. Słońce chyliło się ku zachodowi, rozpalając krwawą łuną zwykle szare chmury na ciemniejącym niebie. Kiedyś o tej porze Elsinor żył... Teraz, skąpanymi w blasku ulicami, snuli się niemrawo zmęczeni ludzie, którzy nie zdążyli się jeszcze otrząsnąć z koszmaru jaki ich spotkał,…