akcja · 19 min czytania
Akt Wiary
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{font:times}Miasto już spało mocnym snem, gdy Bradley wracał z imprezy swojego najlepszego przyjaciela z centrum miasta. Chłopak mieszkał na przedmieściach miasta, gdzie ostatni autobus dojeżdżał po 23, a że była 3 nas ranem, jedyną opcją jaka mu została, był spacer. Był zmęczony i nie uśmiechało mu się iść w środku nocy taki kawał drogi, toteż gdy zauważył znajome zejście w las nie zastanawiając się zszedł. Pamiętał, że kiedyś gdy był mały, z kolegą znaleźli drogę na skróty prowadzącą tuż pod tylne ogrodzenie jego ogródka. Przez kilka minut ostrożnie schodził po dosyć pochyłej górce, aż natrafił na prostą drogę- podłoże lasu. Tu zaczął pewniej stąpać po nawierzchni, pilnie rozglądając się, by nie ominąć czegokolwiek, co wydawałoby się znajome i mogło go naprowadzić na ścieżkę do domu. Przedzierając się przez pajęczyny i gałęzie, chłopak pożałował, że nie wziął ze sobą grubszej bluzy. Choć, gdy wychodził z domu, nawet gdy wychodził godzinę temu od kolegi, nie wydawało mu się by było tak zimno jak teraz. No cóż, pogoda zmienną jest. Owinąwszy dłonie końcami rękawów bluzy, Bradley raźniej ruszył przed siebie, chcąc znaleźć tę cholerną ścieżkę nim przemarznie na dobre. Nagle w oddali przed sobą usłyszał stłumiony dziewczęcy płacz. Zatrzymał się zdjęty strachem i zdziwieniem, bo co też dziewczyna mogła tu robić o takiej godzinie. I czemu płakała? Chłopak powoli ruszył przed siebie, uważnie nasłuchując i starając się zlokalizować miejsce, gdzie dziewczyna mogła przebywać. Musiał ją znaleźć i jakoś jej pomóc, po prostu nie wiedział innej opcji. Bo co? Miałby ją zostawić w tym pustym lesie w środku nocy? Na pewno nie. Krok za krokiem chłopak szedł przed siebie, rejestrując coraz większe natężenie płaczu, oraz fakt, że ów płacz przeszedł w rozdzierający serce smutkiem szloch. Bradley przyspieszył kroku, jego oddech stał się szybszy, mniej opanowany. Po raz pierwszy w życiu poczuł się, że się boi. Nie był tylko pewien, czego się boi i czy ten strach dotyczy jego czy tej tajemniczej dziewczyny. Starając się uspokoić, Bradley zamknął oczy i wyrównał oddech. Zmusił się do oczyszczenia umysłu i zapanowania nad sobą, po czym wziął głęboki wdech i otworzył oczy. Nic się nie zmieniło, wszystko było takie samo. Jednak, gdy chłopak odwrócił głowę lekko w lewo, w ciemnościach zauważył kształt którego wcześniej tam nie było. Gdy chłopak wytężył wzrok, zorientował się, że była to dziewczyna której tyle szukał. Dłoń trzymała opartą o jedną z gałęzi niskiego drzewa, a twarz ukrytą pod zasłoną długich czarnych włosów. Ubrana była w czerwoną elegancką sukienkę, ale stopy miała bose. Bradley wpatrywał się w nią oczarowany, ale i ogarnięty szokiem. Zrobił krok w jej kierunku, lecz nim zdążył się odezwać, dziewczyna rzuciła się w tył do ucieczki, przerażająco przy tym krzycząc. Bradley stał w miejscu jak głaz, nim szok go opuścił, po czym ruszył w pościg za dziewczyną. Znał ten las z opowieści. Niejedna osoba już tu straciła życie, spadając ze wzniesienia lub topiąc się w niedaleko położonym bagnie. Teraz, gdy ujrzał tą dziewczynę, nie chciał, by i jej się to przydarzyło. Wziąwszy pod uwagę jej wygląd, wracała z nieudanej randki lub czegoś związanego z tym tematem. A z doświadczenia i opowieści swoich znajomych, Bradley wiedział, że dziewczyny potrafią być mało myślące, gdy maja złamane serce. Chłopak podążał śladem uciekinierki, kierując się połamanymi gałązkami i rozgarniętymi krzewami, kiedy tuz za sobą usłyszał cichy szept, niewiele głośniejszy od wycia wiatru. - Odnajdź mnie. Odnajdź. Bradley odwrócił się na pięcie przerażony, by spostrzec, że za sobą nie miał żywej duszy. W jednej sekundzie oblał go zimny pot, a do głowy krew uderzyła z prędkością światła. Chłopak nerwowo strzelał oczami na wszystkie strony, aby się upewnić czy dookoła niego nie ma nikogo. Nie było. Uspokajając oddech starał się ze wszystkich sił przekonać siebie, że to rzeczywiście było wycie wiatru, a ten szept był wytworem tylko jego, już lekko nadruszonej, wyobraźni. Jednak doskonale wiedział, że tak nie było, co więcej, upewnił go w tym kolejny szept, który usłyszał tuż przed swoja twarzą. - Nie zostawiaj mnie tu. Znajdź mnie. Wbrew wszystkim swoim alarmom wewnętrznym, które uruchomiły się wraz z przyjściem pierwszego szeptu, a jedynie nasiliły się z nadejściem kolejnego, chłopak zrobił coś, co wydawać by się mogło irracjonalne, lecz teraz było jedyną rzeczą na którą wpadł. Zebrał całą swoją odwagę i odezwał się szeptem w ciemnościach. - Kim... Kim jesteś? Nic. Żadnej odpowiedzi. Żadnej reakcji, nie poczuł absolutnie nic. Jednak tym razem, nawet nie pomyślał, że mu się cokolwiek przywidziało. Wiedział, że to co usłyszał nie było wytworem jego wyobraźni, tylko czegoś bardziej... złożonego? Czekał kilkanaście minut, po czym usiadł skonfundowany na murawie. Czemu nie doczekał się odpowiedzi? Czemu ktoś, czy coś, co chce być odszukane teraz milczy?... Chłopak siedział wytężając swój mózg do granic możliwości, gdy na skraju świadomości przemknęła mu malutka idea, która od razu wydała mu się najbardziej prawdopodobna. Zadał złe pytanie. Po co mu wiedzieć kim lub czym to coś jest? Nie jest mu to potrzebne, póki co. Na razie, musi się dowiedzieć, jak ma to coś znaleźć, oraz gdzie ma szukać, by nie przesiedzieć tu całej nocy i nie skończyć jak Ci wszyscy ludzie, którzy stracili tu życie. Wziął głęboki wdech i wstał, po czym zadał pytanie, która, miał nadzieję, było właściwe. - Gdzie mam Cię szukać? Jak mam Cię odnaleźć? Bradley od razu domyślił się, że zadał właściwe pytanie. Nie musiał nawet czekać długo na reakcję. Przy twarzy poczuł delikatny powiew powietrza, odczuwalny niczym dotyk dłoni, jednocześnie nieco mocniejszy powiew popchnął go od tyłu. - Chodź. Pokażę Ci. Jednak Bradley nasłuchał się dostatecznie dużo opowieści o dziwnych zjawiskach, by doskonale wiedzieć, by takim rzeczom nie ufać, bez ich uprzedniego sprawdzenia. Tak więc, mimo naporu powietrza, oraz kojącej wietrznej dłoni na policzku, chłopak hardo stał w miejscu usilnie rozglądając się, jak gdyby rzucając wyzwanie temu, co go próbowało pchać. Przez dłuższą chwile powietrze nadal omywało jego policzek i ciało, po czym wszystko ustało. Nastała grobowa cisza, pośród której chłopak oczekiwał pytania. Czekał długo, niemal wieczność, lecz w końcu doczekał się. - Czemu? Na twarzy chłopaka wykwitł niemały groteskowy uśmiech. Był najprawdopodobniej sam na sam z owym dziwnym czymś, jednak nie zamierzał dać sobą pomiatać jak gdyby był szmacianą lalką, za której sznurki należy pociągnąć, by zrobiła co sobie lalkarz życzy. Nie, był człowiekiem, który nim podejmie akcje, zamierza się dowiedzieć z czym ma do czynienia. Nawet gdyby odpowiedź miała mu się nie spodobać. Tak więc, usłyszawszy pytanie, chłopak z pełną satysfakcja usiadł na ściółce, krzyżując nogi po turecku. - Ponieważ chcesz mojej pomocy, nie zdradzając mi kim jesteś. - Nie chcę Cie skrzywdzić. Wiesz o tym. Racja. Wiedział. Wiedział odkąd niedawno, a może wieki temu, zobaczył te dziewczynę w lesie. Wiedział, że najprawdopodobniej jest ona cielesną postacią tego, z czym właśnie rozmawiał, lecz to nie miało znaczenia. Nie zamierzał pakować się w coś o czym pojęcia nie miał. Ale nie trzeba człowieka skrzywdzić, by wstrząsnąć nic na całe życie, by zmienić jego światopogląd na tyle, by nigdy nie był już sobą. A co najważniejsze, nie trzeba chcieć kogoś skrzywdzić, by to zrobić. Tak więc Bradley nadal siedział po turecku, w duszy decydując, że jeżeli będzie musiał, będzie tu siedział do rana, a gdy świt nastania, ucieknie gdzie pieprz rośnie, byleby jak najdalej od tego miejsca. - Błagam. Pomóż mi. Jesteś moją ostatnią nadzieją. Chłopak doskonale znał te dziewczęce zagrywki, lecz niestety, działały one na niego w stu procentach. Nie był po prostu w stanie zostawić tu tego czegoś, czymkolwiek to było. Najważniejsze jednak, że uwierzył, że jest jej ostatnia nadzieją. Uwierzył i zamierzał się przekonać, czy jest naiwny, czy też ufny. Zacisnął powieki i powoli wstał. Prawie w tej samej chwili ponownie poczuł napór powietrza pchający go przed siebie. Tym razem Bradley wahał się tylko sekundę, po czym postawił krok, a po nim następny i następny. Szedł powoli, pozwalając, by kierowała nim siła powietrza, którą bez przerwy czuł na plecach. Bał się, bał się jak diabli, ale już zadecydował. Nie cofnie się, nie stanie. Cokolwiek ma zrobić, zrobi to i kropka. Zdecydował się na akt wiary i nie będzie od niego uciekał. Gdy tylko przez głowę przeszła mu ta myśl, napór powietrza ustał, a chłopaka otoczyła grobowa cisza. Zdezorientowany rozejrzał się dookoła starając się wybadać sytuację jakiej się chwilowo znalazł. Nagle między drzewami za sobą usłyszał delikatny szelest sukienki ocierającej się o gałęzie drzew i pierwszy raz od momentu wejścia w ten las, chłopak usłyszał nowy dźwięk. Oddech. Ktoś, kto był za nim, oddychał. Nie robiła tego dziewczyna, która przed nim uciekała. Krzyczała, lecz nie słyszał, by oddychała, by brała spazmatyczne wdechy. Nic. A teraz, wyraźnie słyszał spokojne, kojące wdechy i wydechy. Choć ten dźwięk powinien go zaalarmować, wystraszyć wręcz doprowadzić do paniki, Bradley był uspokojony. Powoli, bez najmniejszych obaw, odwrócił się i ujrzał tę