Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 58 min czytania

aktor

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ 1

Zawsze kogoś udawałem. Najpierw jako jeszcze brzdąc naśladowywałem zachowania pluszowych bohaterów kreskówek, z wiekiem moi bohaterzy zaczęli gubić futro i przybierać ludzkie kształty wyposażone w nadprzyrodzona moc. Z czasem zaczęło mnie bawić wcielanie się w bardziej przyziemne postacie, bardziej realne i pospolite. Byli to policjanci, strażacy, piloci, kierowcy rajdowi, marynarze itd. W końcu swoje miejsce znalazłem w szkole podstawowej jako uczestnik szkolnych przedstawień. Tu najczęściej naśladowałem: postacie baśniowe, królów, chłopów i skrzypków z różnych nowelek. Dobrze mi było w podstawówce. Monotonię przerywały mi ciągłe próby i ćwiczenie w domu kolejnych ról. Bawiło mnie to bardzo. Czułem się wyjątkowy a nawet podziwiany, w końcu patrzyły na mnie niekiedy setki dzieciaków. Nie wiele nas, osób, tworzyło tą grupę teatralną, wiec czuliśmy się wyróżnieni. Byłem wreszcie kimś ważnym. W domu średnio mnie rozpieszczano. Nikt się mną specjalnie nie zachwycał, ale znowu tez mnie nikt w kółko nie ganił, jak było u kilku moich kumpli, gdzie pijany ojciec czy matka, kiedy tylko wpadła w zły humor to biła ich na odlew bluzgając i poniżając. U mnie było po prostu zwyczajnie. I to stanowiło dla mnie problem. Nie znosiłem, tego, że moja rodzina się niczym całkowicie nie wyróżnia spośród setek, ba nawet tysięcy innych polskich rodzin. Nasza rodzina była tak obrzydliwie przeciętna!!! Ojciec pracował w biurze w firmie remontowej. Zajmował się jakimiś średnio ważnymi sprawami, chyba załatwiał im zlecenia. Negocjował ceny i chodził na przetargi jako osoba reprezentująca daną firmę. Matka, hm, matka też pracowała siedząc przy biurku. Była księgową. Całymi godzinami wpatrywała się w stosy papierów z mnóstwem rubryk. Po wielu latach swojej pracy doczekała się komputera, w którego monitor wpatrywała się teraz zamiast kartki. Teraz w komputerze przesuwała myszką te niesamowite ilości cyferek poustawianych w kolumny. Mój starszy brat studiował. Cały dzień siedział na uczelni, potem jeździł na rowerze z kumplami a wieczorem wychodził na randki z jakimiś panienkami z podwórka. Wakacje tez były monotonne i takie zwykle. Co roku jeździliśmy do babci na wieś a dla odmiany jeździliśmy do drugiej babci na inną wieś. Jedynym zajęciem było wylegiwanie się na hamaku, czy pomaganie przy żniwach i karmieniu zwierząt. Nawet nie było z kim pograć w piłkę bo dzieciaki ze wsi miały pełne ręce roboty przez cały czas wolny od szkoły. Chciałem nauczyć się jeździć konno, ale ojciec zabronił mi zbliżania się do konia, bo jak tłumaczył: - Konie są niebezpieczne i nieprzewidywalne. Jedyne, co mogło być w moim życiu nieprzewidywalne, też zostało mi zabrane. To było straszne. Żadnych zmian i wydarzeń przez lata. Jedyną atrakcją i oderwaniem się od codzienności był ból zęba czy jakieś otarcie na kolanach brata. Wtedy się coś u nas w domu działo. Mama zaczynała się nami interesować bardziej niż zwykle. Tak bardzo chciałem mieć psa. Nie pozwolił mi tata. Powiedział, że psy raz, że gryzą, dwa, że trzeba z nimi wychodzić na spacery, trzy, że kłopot z wakacjami, a cztery, że utrzymanie psa kosztuje. Jednym słowem nie mogłem mieć psa. Na kota, ptaki czy jakiegoś gryzonia także nie wyrażali zgody. Czułem się samotny a przedstawienia dawały mi w pewien sposób przygodę. Byłem a to bogaczem, który ma wszystko czego dusza zapragnie a to biedakiem, który łaknie o kromkę chleba. Wreszcie się coś działo. Wreszcie się wyróżniałem czymś na forum moich kolegów. Skończyłem podstawówkę na średnich ocenach, ani nie byłem świetnym uczniem ani słabym... znowu przeciętnym. Udało mi się dostać do liceum ogólnokształcącego, gdzie była klasa dla utalentowanych osób w malarstwie, rzeźbiarstwie, muzyce i aktorstwie. Bałem się ze nie dam rady, ale egzaminy zdałem pomyślnie. Średnio, ale pomyślnie, a z uwagi, że sześć lat w podstawówce należałem do koła teatralnego i dostałem na piśmie dyplom i wyróżnienie od dyrekcji szkoły, przyjęto mnie właśnie do tej klasy. Zaraz od pierwszej klasy zaczęły się przedstawienia i na szczęście po półroczu nie zostałem przeniesiony do zwykłej klasy o profilu ogólnym tylko zostałem jako osoba nadająca się i rokująca. Znowu byłem kimś innym. Tym razem moje postacie były poważniejsze. Skończyły się baśniowe postacie. Teraz grałem faraonów, szlachtę, sarmatów, romantycznych kochanków, aż pod koniec ogólniaka dostałem nawet rolę marszałka Piłsudskiego. Byłem z siebie dumny. Liceum szybko mi jakoś minęło. Ledwo się obejrzałem a już było po studniówce, na która poszedłem całkiem sam. Widać byłem tak przeciętny, że nie zwróciłem uwagi żadnej koleżanki, która mogłaby mnie poprosić o towarzystwo, ja natomiast byłem tak nieśmiały, że nawet razu nie spróbowałem o to żadnej zapytać. Potem matura, bal maturalny ... i po szkole. Stanąłem przed trudnym wyborem kierunku studiów. Rodzice doradzali mi jak zwykle coś pospolitego. Matka mówiła: - Idź synu na ekonomie. Ojciec natomiast radził: - Najlepiej spróbuj dostać się na handel, no może na jakieś zarządzanie. Nie rozumieli mnie. Nie rozumieli, że ja chcę być inny. Chce się wyróżniać z tłumu i mam dość szarego, przez nikogo nie zauważanego człowieczka jakim byłem. I cóż mogłem zrobić innego jak nie spróbować szczęścia w aktorstwie? Spróbowałem. Lata szczenięcej praktyki poparte książkowa wiedzą i niesamowitą ilością przeczytanych książek oraz obejrzanych filmów i przedstawień zakwitły sukcesem. Dostałem się. Tu wreszcie osiągnąłem pełnie szczęścia. Poznałem wielkie grono ludzi lubiących to, co ja, (a nie grających w przedstawieniach z powodu podwyższonej oceny z języka polskiego i zachowania za uczestnictwo w pozaszkolnych zajęciach) grać. Poznałem także ją... Martę. Moją przyszłą żonę. Spodobała mi się od pierwszego spojrzenia a uczucie we mnie dojrzewało jak owoc schowany w cieplutkiej spiżarni. Dojrzewało i dojrzewało, aż je pojąłem i zacząłem działać. Jak? Zapytacie. Nie zrobiłem nic, czego bym nie potrafił... zacząłem znowu grać. Tym razem było to o niebo trudniejsze, bo musiałem grać prawie non-stop. Byłem cholernie nieśmiały, ale z wiekiem raz, że mi nieco to minęło, a dwa, że wytłumaczyłem sobie, że to tak jak na scenie gadać z kobietą. Po prostu należy odegrać role fajnego, luzackiego kolesia, który może mieć to, co tylko zechce. I wiecie co? Poskutkowało. Zdobyłem ją. Musiałem ciągle i ciągle trzymać się w ryzach. Zacząłem więcej teraz zwracać uwagi na kolegów, którzy mieli dziewczyny. Zacząłem ich zwyczajnie obserwować. Ludzie ze studiów byli dla mnie bardziej przychylni niż z niższych szkół może dlatego, że byłem niezły w tym aktorstwie i może zdobyłem u nich tym troszkę szacunku ... nie wiem. Ale byłem zapraszany na imprezy zarówno studenckie jak i prywatne. Tam miałem doskonałą okazję na moje obserwacje. Patrzyłem dokładnie w jaki sposób przytulają się pary, co do siebie mówią, jak się do siebie zwracają. Pochłaniałem najlepsze i najciekawsze dane i zwyczajnie w świecie odtwarzałem to do Marty. Była mną urzeczona. Mówiła zawsze, że jestem idealnym facetem. Ja po cichu się z tego śmiałem, choć nie powiem żeby mi to nie sprawiało satysfakcji i przyjemności, (w końcu to też nie było takie proste. Trzeba było się nieźle napracować i naspamiętywać ogromną masę dialogów i gestów) ale jakbym miał nie być ideałem skoro małpowałem zachowania te nienaganne, te które lubią kobiety, np. nieustannie kupowałem jej kwiaty za każde grosze, które dostałem od rodziców czy zarobiłem występując w jakiś akademiach dla szkół średnich czy malutkich teatrach okazjonalnych, do których wstęp załatwiała nam uczelnia w ramach płatnych praktyk. Nigdy nie podnosiłem głosu, choć nie raz miałem na to ochotę, ale zawsze się opanowywałem. Widziałem, że inne dziewczyny są niezadowolone jak ich faceci krzyczą czy marudzą. Zawsze byłem uśmiechnięty. Zawsze! Może powiecie, że to sztuczne ale wyrobiłem sobie uśmiech i po prostu trzymałem go na twarzy. Ubiór i wygląd zewnętrzny także podpatrzyłem. Byłem prawie kopia kumpla z liceum, za którym szalały wszystkie kobiety. Nawet się podfarbowałem bo moje włosy miały odcień ciemnego kasztana a Andrzej miał kruczo czarne. Starałem się jak mogłem i co najlepsze, że mi wychodziło. Podobałem się i to bardzo tej jedynej i na tym mi zależało najbardziej na świecie. Czasami leżąc i tuląc ją w ramionach, gdy pokój był spowity czernią a przez okno wpadał tylko lekki pobłysk gwiazd zastanawiałem się czy to w porządku, że tak przed nią gram. Czy powinienem akurat przed nią? Tak naprawdę była jedyna osoba i w sumie też rzeczą, na której mi najbardziej zależało na świecie. Nic nie było dla mnie nawet w połowie tak istotne jak ona. Czułem, że ja oszukuję. Już chciałem ją budzić i wszystko powiedzieć, łapałem ją za delikatne ramiona i już chciałem nią lekko potrząsnąć, gdy wkradał się rozsądek... i co ja jej powiem? Powiem, że przez te kilka już lat cały czas udawałem? A jak mnie zostawi? Nigdy!!!! Nie mógłbym już żyć bez tej cudownej, pięknej, mądrej i dobrej osoby. Wolałbym umrzeć, do końca życia udawać siebie, znaczy kreować swoją postać, niż zostać sam. Była jak lekki podmuch wiatru, który mnie zawsze ochładzał a potem stawiał na nogi, więc żyłem z tym jakoś dalej. Po skończonych studiach, dostałem prace w teatrze jako aktor oraz dorywczo miałem robić dla firmy korektę książek, takich tam romansideł i kryminałów marnych pisarzy. Miałem jednym słowem podsycać akcje gniotów by firma mogła je w ogóle wypuścić na rynek. Praca średnio ciekawa, ale za to całkiem nieźle opłacalna. Zysk miałem od ilości sprzedanych, poprawionych przeze mnie stu-stronnicowców. Tak je nazywałem, bo każdy gniot miał sto stron i ani jednej mniej czy więcej, bo firma szła na łatwiznę i kupiła starodawną, najtańszą maszynę do zgrzewania książek tylko jednej grubości. Zawsze się śmiałem, że dobrze, że chociaż kolor okładek mają inny. Gdy tylko dorobiłem się mieszkanka, oświadczyłem się i ku mojemu szczęściu odpowiedz brzmiała: - Tak. Po ślubie, zaraz kupiłem psa, zawsze o nim marzyłem a żonie na pierwsze wakacje wykupiłem dwa bilety na Karaiby. Czułem się spełniony. Odmieniłem swoje szare życie. Było wreszcie nie tak schematycznie. Poczułem, że zaczynam się uwalniać. Podjąłem decyzję, od momentu wejścia do samolotu zmienię się, zacznę być wreszcie sobą a nie tym, kogo udaję. Skończę z tym. A na wymarzonych wakacjach z wymarzoną żoną to zacznę przestać udawać...

ROZDZIAŁ 2

Już o godzinie 7 rano siedzieliśmy w samolocie. Boże jak fajnie!!! Nigdy jeszcze nie leciałem. Te śmieszne okienka ... i te kobiety skaczące z tacami ... ciągle mi coś przynosiły. Co chwila otrzymywałem to inny smakołyk. W sumie, tyle zapłaciliśmy za te bilety, że wcale się nie dziwię. To będą naprawdę wspaniałe wakacje. Dwa tygodnie na gorących karaibach, niewiarygodne. Jest po sezonie nie będzie tylu ludzi, będą z żona spędzać wspaniale wieczory na plaży przy świecach. Niejednokrotnie widziałem na filmach jak kobiety się cieszą na takie kolacje pod gwiazdami. Też Marcie taką sprawię. Może się nie przyznają, ale wolą romantycznych facetów od tych typu macho... Nie mogę się doczekać, kiedy będziemy na miejscu. No, kiedy no, kiedy wreszcie? Dolecieliśmy... przez małe, okrągłe okienka widać brzeg wyspy, na, której będziemy mieszkać. Widać plażę obrośniętą egzotycznymi drzewami i lagunę, aż błękitną od czystej wody. Nie miałem już żadnych wątpliwości, to będą najlepsze wakacje w moim życiu. Wysiedliśmy z samolotu. Marta wydawała się taka szczęśliwa, ciągle się do mnie tuliła i aż podskakiwała. Cieszyła się bardzo. Widać to było po niej. W zeszłym roku nie mogła wziąć urlopu, a w sumie wzięła tyle pojedynczych dni wolnych, że wykorzystała cały. Musiała ciągle ganiać Na badania i zabiegi. Lekarz stwierdził, że ma jakiś problem z jednym z jajników. Powiedział, że to niegroźne, ale się dziewczyna musiała nabiegać, no i zmarnowane wakacje. Teraz sobie to odbijemy. Byłem taki szczęśliwy, że aż mi się chciało śpiewać, zresztą pogwizdywałem sobie czasem. Hotel tez niczego sobie, pięciogwiazdkowy. W łazience jest wanna z jakuzi i prysznic z biczami wodnymi, wreszcie w pełni wypoczniemy. Szczególnie Marta, tak się denerwowała cały rok, że przez ten drobny zabieg nie będzie mogła mieć dzieci. Lekarze zapewniali, że będzie, ale jak to kobieta lekko panikowała. Chodziła na jakieś testy i naświetlania i pomimo zapewnień lekarzy widać było niepokój w jej oczach. Teraz postaram się żeby o wszystkim zapomniała i tu wypoczęła. Wreszcie wypoczniemy oboje. Zero stresu, samo lenistwo. Boże, jaki piękny widny pokój, hmmm a jakie łoże! Na pięć osób, co najmniej. Ale sobie wypoczniemy! Kurcze, a ta książka... hmmm, wziąłem ze sobą pracę do zrobienia. Muszę podkolorować kolejny gniot. Ale szybko się z tym uwinę. Zresztą jak Marta będzie pływała ( kocha to, a ja nie za bardzo) to leżąc na plaży mogę sobie czytać to paskudztwo. Pierwszy dzień zleciał szybko, nie wiadomo kiedy. Rozpakowaliśmy się, zjedliśmy kolacje i padliśmy do lóżka zasypiając od razu. Jednak podróż wykańcza. Nawet na dobra sprawę nie pamiętam, co było na kolacje. Rano za to wstaliśmy wypoczęci i pełni chęci do działania. Długo nie wychodziliśmy z lóżka, aż wreszcie koło południa zwlekliśmy się pędzeni głodem na śniadanie. Po śniadanku postanowiliśmy iść na plażę. Spakowaliśmy koc, napoje i owoce a ja zapakowałem ten nieszczęsny foliał. Jak się nie wezmę od razu do czytania to na pewno tego nie zrobię. Będę to odkładał ciągle do następnego dnia a potem będę czytał to obrzydlistwo po łebkach w samolocie panikując, że nie zdążę tego poprawić. A terminy mnie gonią. Wakacje maja być bez stresowe, więc zacznę już dziś i zrobię wszystko na spokojnie. Na plażę prowadziła śliczna wykładana po obu stronach szarymi głazami ścieżka. Głazy były obrośnięte przez rośliny płożące i wplecione w to były kompozycje z yuki i palm. Przepięknie. Jakiś architekt się tu nieźle napocił. Szliśmy trzymając się za ręce. Zupełnie tak jak zaraz po ślubie czy za czasów studiów. Było oszałamiająco romantycznie. Na plaży tak jak się spodziewałem nie było tłoczno. Gdzie niegdzie ktoś. Marcie aż oczy zaiskrzyły od widoku błękitnej wody. Rzuciła wszystko tam gdzie stała i szarpnęła mnie za rękę w kierunku wody. Pływaliśmy, tuliliśmy się i całowaliśmy. Cieplutka woda pieściła nam skórę. Widok był zniewalający, jak w raju. Cieszyliśmy się chwilą i sobą. Zmęczeni wyczołgaliśmy się i ułożyliśmy się na kocyku. Ja bardziej w cieniu palmy a żona obok, zaraz za linią cienia w pełnym i prażącym słońcu. Jezu, jak można się tak smażyć? Nie znoszę się opalać. Ale skoro ona lubi... Na szczęście udało nam się ulokować tak koc, że oboje byliśmy zadowoleni. Marta odpoczęła chwilkę i poszła znowu popływać. Ja natomiast postanowiłem wreszcie wziąć się do pracy. W końcu czym szybciej to skończę tym szybciej będę mógł się rozkoszować urlopem i nie myśleć, że coś nade mną wisi. Jakaś nie zrobiona robota. Wyciągnąłem z teczki stos kartek spiętych spinaczem. Poprawiłem wygodnie torbę żony robiąc sobie z niej poduszkę pod plecy i odwróciłem na pierwsza stronę tekstu. Ciężko było mi się skupić na fabule. Jakiś nudny wstęp. Jakiś biedaczysko miał nudne życie i nikogo nie obchodził i był przeciętny... bla... bla... bla... Jakie to beznadziejne! Nieopodal pływa w modrym falach moja boska kobieta bardzo skąpo ubrana w czerwone bikini a ja czytam to nudziarstwo zamiast siedzieć tam z nią. No cóż, popływa, odpocznie a jak będzie chciała znowu popływać to popływam z nią i rzucę to w kąt ale będę miał poczucie, że chociaż się do tego zabrałem. Pomysł pierwsza klasa. Więc czytałem dalej; „Wakacje tez były monotonne i zupełnie takie zwykłe. Co roku jeździliśmy do babci na wieś a dla odmiany jeździliśmy do drugiej babci na inną wieś „ Jezu! Jakbym czytał o swoim dzieciństwie. Wakacje u dziadków, skąd ja to znam? W sumie to dobrze. Widzę, że nie tylko ja miałem nieudane dzieciństwo. To mnie trochę pociesza, ale z drugiej strony powinno od pierwszego rozdziału zaciekawić czytelnika bo odłoży książkę jeszcze w księgarni i jej nie kupi. Większość kupujących czy wypożyczających książki tak robi. Otwiera i czyta pierwszą stronę lub dwie, jak im się literatura spodoba to nabywają a jak nie to odkładają i cały nakład diabli biorą. Jakby to zmienić? Może urozmaicić mu nieco to dzieciństwo? Może powinienem wpleść jakiś ciekawy wątek... może miłosny? Nie... nie, zupełnie nie trafiony pomysł, przecież on tu pisze, że jest mały. Skoro jeszcze nawet nie chodzi do szkoły. Pomyślimy nad tym początkiem później, jak dowiemy się co będzie dalej. Jezu, jak ona wygląda w tym kostiumie!!! No przecież nie mogę tak na nią patrzeć z tego miejsca! A w dupie z tą książka, w sumie już zacząłem ją czytać, nie? Znam początek a to już coś. Pobiegłem do wody jakby mi skrzydła wyrosły. Jakoś szybko zwinęliśmy się potem z plaży i pobiegliśmy do pokoju. Zrelaksowani, po kolacji poszliśmy brzegiem morza na wieczorny spacer. Wierzcie mi, tak romantycznie nigdy jeszcze nie było. Zresztą tak się nam spodobało, że spędziliśmy na tej plaży noc. Starałem się rozmawiać z Martą troszkę w inny sposób. Starałem się mówić coś od siebie, coś czego nigdy nie usłyszałem od kogoś czy nie ściągnąłem z filmu. Mało było tego ode mnie, ale i tak byłem z siebie dumny. Jak na początek wykrzesałem z siebie kilka całkiem logicznych zdań. Po nieprzespanej nocy odsypialiśmy na hotelowym patio. Spało się naprawdę bosko. Wśród palm i egzotycznych kwiatów na wygodnych hamakach. Na milutkim leniuchowaniu upłynęło kilka dni. A moja robota zawisła w martwym punkcie, czyli na początkowych wersach. W końcu postanowiłem wziąć się do roboty. Martusia jak zwykle poszła pływać a ja zasiadłem na leżaku w cieniu palm i zacząłem dalej męczyć szmatławca: „...U mnie było po prostu zwyczajnie. I to stanowiło dla mnie problem. Nie znosiłem tego, że moja rodzina się niczym całkowicie nie wyróżnia spośród setek, ba nawet tysięcy innych polskich rodzin. Nasza rodzina była tak obrzydliwie przeciętna!!!...” Czemu ten koleś ma takie nudne życie? Przecież nie jest prawdziwy. Ktoś go wymyślił a skoro tak, mógł go uczynić każdym. Autor książki jest jak Bóg, który stwarza świat i postacie w nim. Może wymyślić wszystko. Nawet uiścić to, co nie możliwe. Nic go nie ogranicza. Decyduje o wszystkim, wiec czemu, na Boga, pisze o jakimś nudnym facecie? Kogoś to może zainteresować? Nieee... ale, co mi tam. Mówią, że potrafię naprostować wszystko, spróbujemy i to. Tekst mijał mi przed oczami jak marszujące mrówki. Czytałem go ale nie docierał do mnie. Płynął jak fale i odbijał mi się od oczu nie docierając do mózgu. Wtem zainteresowało mnie słowo. Zaatakowało moją obojętność do tekstu. Tym słowem było słowo „aktorstwo”. Pospiesznie cofnąłem się wzrokiem o kilkanaście wersów wstecz by zrozumieć sens kilku ostatnich zdań. W końcu jeśli ma to opowiadanie coś wspólnego z życiem jakiś gwiazd to może jednak będzie ciekawe a nie kolejny szmatławiec. Z zainteresowaniem przeczytałem te kilka wersów a brzmiały one tak : „.... Ludzie ze studiów byli dla mnie bardziej przychylni niż z niższych szkół może dlatego, że byłem niezły w tym aktorstwie i może zdobyłem u nich tym troszkę szacunku ... nie wiem. Ale byłem zapraszany na imprezy zarówno studenckie jak i prywatne....” Jezu, jakie to było mi znajome... rzuciłem okiem nieco wyżej: „...Liceum szybko mi jakoś minęło. Ledwo się obejrzałem a już było po studniówce, na która poszedłem całkiem sam. Widać byłem tak przeciętny, że nie zwróciłem uwagi żadnej koleżanki, która mogłaby mnie poprosić o towarzystwo, ja natomiast byłem tak nieśmiały, że nawet razu nie spróbowałem o to żadnej zapytać...”. Ostatni kawałek wywołał na mej twarzy lekki uśmiech, nawet nie zauważyłem, że na kocu na przeciw mnie siedzi wpatrzona we mnie luba. - Długo już tak siedzisz? – Zapytałem, gdy tylko spostrzegłem jej wpatrzony we mnie wzrok - No ładne już kilkanaście minut – Odpowiedziała z uśmiechem - Co Cię tak zainteresowało? Zawsze mówiłeś, że te cymelia to nudziarstwo a ja widzę, że się uśmiechasz Czyżby ta była inna? - Nie, podobna. Tyle, że tylko sytuacja, którą właśnie przeczytałem była jak wykrojona z mojego życia - I w tej samej chwili ugryzłem się w język. Przecież ja nie chcę żeby je Marta znała. To wstyd mieć takie życie... - Daj przeczytać! - Eeeee, nie warto, nie zupełnie taka sama, tylko podobna ale bardzo źle napisana stylistycznie. Jak poprawie to sobie przeczytasz, dobrze? – Miałem nadzieje, że ustąpi i nie zachce drążyć tego tematu, ale Marta była godnym przeciwnikiem - No to chociaż opowiedz o co chodziło, proszę... - No dobrze. Wiec to mniej więcej historia o kolesiu, który pracuje w biurze i w tym biurze poznał swoją żonę, która też pracuje w biurze i oboje bardzo lubią pracować w biurze bo jest to dla nich jak powoła...- Nie dała, mi dokończyć. Przerwała w pół zdania. - Co ty bredzisz? I co to ma z nami wspólnego? - No my poznaliśmy się na studiach aktorskich i oboje pracujemy teraz w zawodzie i jest to dla nas jak misja, no wiesz, cieszy nas to i.. - A co ma wspólnego z biurem? Prawie 80 % ludzi pracuje w biurach. Cud by był jakby się spotkali w szkole filmowej czy aktorskiej tak jak my. To by było ciekawe i niespotykane, mało jest książek o aktorach i to do tego jeszcze żeby się tak zeszło, że dwoje zakochuje się w sobie tak jak my, a w biurze? Eee, miałeś racje nudna. – Odwróciła się na pięcie, obdarzyła mnie ciepłym uśmiechem i poszła ze swoim leżakiem w skwar słońca. W sumie udało mi się nie dopuścić ją do mojej nieciekawej przeszłości, ale i tak się czułem nieswojo. Czytałem dalej: „...Dostałem się. Tu wreszcie osiągnąłem pełnie szczęścia. Poznałem wielkie grono ludzi lubiących to co ja, (a nie grających w przedstawieniach z powodu podwyższonej oceny z języka polskiego i zachowania za uczestnictwo w pozaszkolnych zajęciach) grać. Poznałem także ją ... Olgę. Moją przyszłą żonę...” Przerwałem. Osłupienie nie pozwalało na kontynuowanie czytania. Jezu, tak jak powiedziała przed chwila małżonka. To nie możliwe, nie pisze się wolumenów o aktorach. Ja szczerze mówiąc takiej jeszcze nie widziałem, a to, to jest jak mój życiorys. Wszystko oprócz imienia żeńskiego zgadzało się co do joty. Zirytowała mnie ta książka, cisnąłem ją na koc, wstałem z leżaka i podszedłem do ukochanej. Była moim całym szczęściem. Otuliłem ją ramieniem. Była gorąca od słońca a jej ramiona były słone od wody. - Może pójdziemy do pokoju, tu jest tak gorąco... Nie zaprotestowała, w pośpiechu spakowaliśmy rzeczy i poszliśmy do hotelu. Dzisiejszą kolację zjedliśmy w pokojowym jakuzi i składała się wyłączne z owoców a zamiast półmiska moja ukochana podała mi je na swoim brzuchu. Przez kolejne cztery dni nawet nie zajrzałem do książki. Rozkoszowałem się pobytem na wakacjach. Lecz cały spokój zakłócała mi myśl: „co jest w książce dalej?” Nie wytrzymałem. Któregoś wieczoru Marta oznajmiła mi, że idzie do salonu piękności, który się znajdował w naszym hotelu na parterze. Zostałem sam, miałem ochotę pooglądać telewizje ale nic nie rozumiałem. Wszystko w obcych językach. Otworzyłem dwuskrzydłowe drzwi prowadzące na taras, pięknie pachniało pomarańczami. Usiadłem na łóżku. Zapaliłem lampkę i wziąłem cymelię do ręki. Skoro i tak muszę to przeczytać: „ ... Po skończonych studiach, dostałem prace w teatrze jako aktor oraz dorywczo miałem robić dla firmy korektę książek, takich tam romansideł i kryminałów marnych pisarzy... ” Nie, to już przesada! Ktoś podpatrzył moje życie i dobrze się teraz bawi. To przecież niemożliwe, żeby był to zbieg okoliczności. Po prostu nie możliwe!!! Linijka po linijce odczytywałem opisane swoje życie. doczytałem do momentu wyjazdu na wakacje. Ktoś mnie śledzi? Rzuciłem książką w ścianę naprzeciwko łóżka. Na to weszła Marta: - Co ty wyprawiasz? Wiem, że to co czytujesz jest głupie ale zasłużyło na aż takie poszanowanie? Nie przesadzasz troszkę? - Żebyś ty wiedziała jak głupie! - Zdenerwowałeś się książką? - Owszem, i to bardzo. - Nigdy nie widziałam, żeby Cię cokolwiek wyprowadziło z równowagi, a tu książka? - Daj spokój kochanie, to nie wina książki ... to ta zmiana klimatu – kłamałem dzielnie. - Klimatu? I objawiło Ci się po tygodniu pobytu? - Może ... ale już mi lepiej, naprawdę. A jak mnie przytulisz to mi już całkiem przejdzie. Marta była nad zwyczaj czułą kobietą. Ta z tych ciepłych kobiet tak rzadko spotykanych w dzisiejszych czasach. Podeszła i objęła mnie czule. A potem ... obudziliśmy się dopiero rano. Otworzyłem oczy, słońce oblewało pokój a z za otwartego balkonu unosił się słodki miodowy zapach kwiatów glicynii. Marty nie było koło mnie. - Pewnie zeszła już na śniadanie albo pobiegać – pomyślałem. Wolno i od niechcenia ubrałem się i poszedłem na plażę poszukać ukochanej. Dzień upłynąłby nam w atmosferze miłości i szczęścia gdyby nie to, że po południu znowu zasiadłem do książki. Musiałem to paskudztwo wreszcie przeczytać. Postanowiłem sobie, żeby nie wiem co to ją dziś doczytam a jutro wniosę poprawki i ostatnie trzy dni będę miał już całkowitego luzu i relaksu. Złapałem się na tym, że ciągle jestem przez tą nieszczęsną książkę spięty. Cały czas czuję się pod denerwowany. Nadarzyła mi się świetna okazja do ziszczenia mojego planu, ponieważ Martusia z nowo poznaną koleżanką wybrały się na „babskie” zakupy. Wiedziałem, że spędzą na nich całe godziny i postanowiłem to wykorzystać. Zasiadłem wygodnie w bujanym fotelu przy basenie i zacząłem czytać „...Po powrocie z wymarzonych wakacji, pierwsze moje kroki skierowałem do biura firmy „ gulsa & tobsa” aby wyjaśnić sprawę związaną z artykułem, który miałem opracować...” nie czułem głodu pomimo nie zjedzonego obiadu, nie czułem nic. Tylko zaciekawienie ... „...To był zwykły dzień, może troszkę nerwowy bo miałem dużo pracy i nieciekawy telefon do biura. Jakiś facet wypytywał o Olgę, nie chciał się przedstawić a jak się zorientował, że jestem jej mężem to odłożył słuchawkę ...„ Zrobiło się późne popołudnie. Głód zaczął doskwierać ale nie mogłem odłożyć książki... „...Żona ma chyba romans, muszę wymyślić sposób, żeby przy mnie została. Jest całym moim światem. Musze coś wymyślić, tylko co?... „ Z przerażeniem przekładałem strony.... „...To był cudowny wieczór, najczulszy i najgorętszy w moim życiu. Olga jest cudowną kobietą i tak bardzo ją kocham...„ Od razu zrobiło mi się lepiej. Nie taka zła ta książka jak mi się wydawało ... „...Odeszła!!! Odeszła z innym aktorem. Dowiedziała się, że ja przed nią grałem kogoś kim nie jestem! Odeszła, odeszła do innego faceta! On tez jest aktorem!!! Czemu on, a nie ja? Czym sobie na to zasłużyłem? Czym na Boga? Czym? Bóg nie istnieje, bo zabrał mi jedyną radość w moim życiu! Zabrał mi ją! Najpierw dał a potem zabrał! Dopuścił tego, że odeszła ... Nie chce już żyć!!!...” Ciężko przerażony zatrzasnąłem książkę. Boże jak to dobrze, że już koniec. Jezu, jak ja bym chciał nie musieć teraz tego poprawiać. Co za koszmar! Dzień miałem zrujnowany doszczętnie. Wieczorem odsuwałem się od żony i wyobrażałem sobie jak mnie zdradza. Od samego poranka następnego dnia ochoczo wziąłem się do pracy. Sama Marta była wielce zdziwiona, że tak szybko i sprawnie uwinąłem się z ta robotą bo po 17.00 było już gotowe. Wymazałem z książki watek zdrady i dodałem parę pikantnych szczegółów. Szczerze mówiąc to chyba nawet nieco przesadziłem bo umieściłem w mojej poprawce wszystkie moje marzenia. W końcu książka musi być ciekawa, więc zrobiłem z niej erotyk. Ostatnie dni minęły miło. Opalaliśmy się, pływaliśmy, wsuwaliśmy pyszności i tańczyliśmy w małych, gwarnych kafejkach mocno przytuleni. Szybko minęły mi te wakacje. Czas powrotu nieubłagalnie się zbliżał, aż w końcu zbliżył się tak, że trzeba było się spakować i opuścić hotelowy pokój. Żal nam było wyjeżdżać. Trudno. Byłem zadowolony z tego wypoczynku. Zbliżyliśmy się bardziej do siebie, wypoczęliśmy od stresów związanych z praca a ja dodatkowo zaczynałem raczkować w samodzielności. Przez całe dwa tygodnie nikogo prawie nie naśladowałem. No prawie...

ROZDZIAŁ 3

Po powrocie z wymarzonych wakacji, pierwsze moje kroki skierowałem do biura firmy „Głowacki & Teodorowicz” aby wyjaśnić sprawę związaną z książką, którą miałem poprawić. Postanowiłem się za nic na świecie nie unieść i nie oskarżyć autora o próbę napisania mojego życiorysu. Poza tym była by ona całkowicie nie dorzeczna. Żona nigdy by mnie nie zdradziła. Nie ona. Jest na to zdecydowanie za delikatna. Nie potrafiłaby zrobić czegoś tak podłego i perfidnego. Ale! Nie życzę sobie, żeby to opowiadanie tak brzmiało. Nadałem mu inny sens i musza go zmienić. Ja już do tego doprowadzę. Zawsze stawiałem na swoim i autorzy zmieniali swoje bohomazy na to co z nich robiłem bez znacznego marudzenia. Wiem, zdaje sobie sprawę, że tym razem zmieniam doszczętnie sens tej książki, ale co z tego? Tak ma być, i koniec. - Jest dziś szef u siebie? – spytałem grzecznie Pani Joli. - Tak, proszę może pan wejść. Jest wolny. – Odpowiedziała z uśmiechem. Przekroczyłem wysokie, eleganckie drzwi z metalowym napisem „Głowacki & Teodorowicz” i znalazłem się u Pana Marka w gabinecie. - Dzień…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
aktor — czytnik · opowiadania