Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 35 min czytania

ALCHEMIA, CZYLI CO BYŁO W SAKWIE

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Sakwa była dość spora, uszyta z trwałego, chyba dodatkowo wzmocnionego, a może nawet wodoodpornego materiału. Zawiązana tasiemką na zwykłą kokardę, ale pod węzłem krył się wewnętrzny woreczek, zasznurowany jeszcze raz, już znacznie solidniej, porządnym rzemieniem. Zbyt solidnie, by teraz się do tego dobierać. Chwilowo musiał wystarczyć zmysł dotyku wyczuwający liczne, okrąglutkie przedmioty ukryte we wnętrzu. Trzeba jednak zaznaczyć, że przedmioty te nie brzęczały tak miło i znajomo dla ucha, jak to mają w zwyczaju monety, co musiało na równi niepokoić, co i ciekawić. Niestety, na rozwikłanie zagadki trzeba było poczekać. Teraz ważniejsze było, by bezpiecznie zwiać, zaszyć się głęboko w jakimś zapomnianym zaułku i przeczekać. Wiesio, pewnie z racji mało rzucającej się w oczy powierzchowności, a może też ze względu na chyżość nóg zwany Szarakiem, gnał na złamanie karku, kluczył i zwodził, usiłując zmylić depczący mu po piętach pościg. Przypadkowi świadkowie, którzy poczuli się w obowiązku wesprzeć przedstawicieli prawa, tudzież poszkodowanego odpuścili dość szybko. Kilku strażników miejskich okazało się wytrwalszymi, ale i oni w końcu poddali się, gdy utknęli w tłumie okupującym główny plac targowy. Pozostał tylko jeden ścigający i ten najwyraźniej postawił sobie za punkt honoru, że uciekiniera dorwie. Z jednej strony było to zrozumiałe, bo ów mężczyzna był właśnie tym, którego Wiesio dopiero co okradł, z drugiej, można się było jednak dziwić, że niemłody i nie wyglądający na super sprawnego mędrzec tak dobrze sobie daje radę w forsownej gonitwie. Dzieliło ich kilka metrów. Cały czas. Żaden nie zamierzał się poddać. Wiesio Szarak wpadł na wąskie schody prowadzące na wzgórze straceń, jego prześladowca za nim. Przeskoczenie kutej barierki i lot ze dwa metry w dół. Bez powodzenia. Pod arkadami, między żebrakami i ladacznicami, a potem lawirując pod kołami wozów ciągnących na zamek, wreszcie mostem nad Czarną Wodą. Szybkie spojrzenie przez ramię… O szlag… Staruch ledwie dycha, ale nie ustępuje. Magią się wsparł, czy jak? Właśnie, magia… Coś wybuchło po lewej, nie dalej jak metr od uciekiniera. Stary nie dość, że goni, to jeszcze zaklęcia miota! Trzeba bardziej kręcić, bo na prostej łatwiej mu będzie trafić, a wtedy, to już mogiła! No to hop, przez cmentarną furtę, po nagrobkach, przez chaszcze, pod osłoną zwalistych grobowców. Przez mur, prosto w gnojówkę… A niech to… Ha, stary też trafił w kompost, o mało się nie wywrócił… Ale biegnie, skubany. Może nawet jest trochę bliżej? To może na wschód? Tam rozbił się cyrk, masa ludzi, występy, kramy, tam będzie łatwiej zgubić uparciucha. Szarak też już traci dech, ale przecież nie może się poddać. Utną mu łapę i na tym możliwości zarobkowania złodziejstwem się skończą. Zostanie żebranie, głód i wreszcie śmierć w jakimś rynsztoku! O nie, co to, to nie! Przez bramę solną i dalej kawałek prostej. Oby stary nie trafił… Iskry sypnęły tuż, obok ucha, trochę przypiekło. Ale obok, to nadal jest niecelnie, więc wyścig trwa. Co on się tak uwziął? Głupi dziad, na pewno ma znacznie więcej niż tą jedną sakwę, to mógłby odpuścić! Kram z biżuterią. O rety! Sama Lady Nath ze świtą dwórek przegląda drogocenne błyskotki. A, co tam! Bach, prosto między damy dworu, między suknie, falbanki, sprzączki i tasiemki. Skok i już nogi depczą kram, tupią po koliach, kolczykach i diademach. To jeszcze… O tak, celnie! W locie Wiesio Szarak zerwał wyszywany perłami czepiec jednej ze szlachcianek, cisnął za siebie, pod nogi nieustępliwego starca… A ten nie wykazał się szacunkiem dla kobiecej własności, zdeptał to, sam przepchnął oburzoną arystokratkę i kontynuuje pościg. W dzielnicę szczurów! Jeśli nie tam, to już chyba nigdzie nie uda się uciec! Nogi zaczynają się plątać. Magiczne wybuchy wydają się coraz celniejsze, ale już blisko. Przez skwer, koło browaru, dalej pod oknami lazaretu i już. Dzielnica szczurów… Miejsce, gdzie nikt o czystym sumieniu się nie zapuszcza. Miejsce, z którego często nie udaje się wrócić… A gdzie ten zawzięty staruch?... * Edmond Bosz, a jakże, wspomógł się czarami i nie mniej, nienawiścią. Poświęcił pięćdziesiąt lat, by wreszcie osiągnąć swój cel, a teraz, kiedy wreszcie się udało, kiedy był o krok od sukcesu, od wielkiego upublicznienia jego dzieła, okradziono go. Tak żenująco banalnie, złodziej wyrwał mu drogocenną sakwę. Dorobek całego życia przepadł w rękach parszywego kieszonkowca, który nawet nie zdawał sobie sprawy, jaki skarb posiadł! O zgrozo! Cóż było robić? Pozostało wzywać pomocy i gonić. Gonić ile sił i daleko, daleko dłużej. I kurczę, była szansa. Edmond miał przy sobie swoją różdżkę i choć w pełnym biegu z celnością wyraźnie mu nie było po drodze, to przecież za którymś razem musiało się udać. Przecież nie musiał od razu zabijać. Wystarczy, że trochę przysmaży złodziejaszka, że spowoduje jego upadek, a potem znów będzie panem sytuacji. Nie szło to najlepiej, bo magiczne błyskawice ciągle trafiały gdzieś obok – nawet trochę głupio wyszło, bo przysmalił kota sąsiadów i suknię samej Lady Nath – ale wreszcie nadarzyła się okazja. Łotr wiał do dzielnicy szczurów. Wiedział, przeklęty, co robi, ale Edmond nie był w ciemię bity. Kiedy był już pewien, że przed złowrogim terenem nie dorwie uciekiniera zatrzymał się, stanął w lekkim rozkroku, uspokoił oddech i pewnie wycelował różdżkę… A potem padł na ziemię przygnieciony czyimś ciężarem. * Oprychy, dwa cuchnące wódką i rybim tłuszczem chłopy o posturze nieco tylko drobniejszych bawołów, nie mieli za grosz delikatności. Ciągnęli Edmonda po bruku, wyłamywali mu ręce, a kiedy tylko próbował protestować, nie szczędzili mu kułaków. Próby bunty spełzły na niczym, a nieudolna akcja, mająca na celu odzyskanie różdżki, zakończyła się rozkrwawieniem nosa, więc nieszczęsny starzec przestał się opierać. Wkrótce wepchnięto go w ciemną bramę i dalej, do stęchłego, zapleśniałego loszku. - No pięknie, pięknie. Sport to zdrowie, ja rozumiem… Bieganie po grodzie przyda młodzieńczego wigoru i takie tam bzdety, ale powiem panu, panie Edmond, że akurat pana potrzebuję i wcale mi się nie uśmiecha latanie z wywalonym ozorem. Głos był zdecydowanie kobiecy, przyjemny, może nawet z nutą erotyzmu ukrytą za miękką chrypką, ale starzec nie miał wątpliwości, że nie ściągnięto go tu na schadzkę. Trochę żałował, że nie widzi rozmówczyni – kryła się w cieniu wielkiej, dębowej beczki – ale z drugiej strony… Czasem lepiej wiedzieć i widzieć mniej. - Więc przechodząc do sedna sprawy, proszę mi szybciutko oddać to, co pan tak zgrabnie wymyślił. I od razu dodam, że nie mam ochoty na dziecinne awantury i gierki, że to moje i coś tam, coś tam. Edmond Bosz szarpnął się wściekle, ale po raz kolejny skapitulował przed siłą trzymających go oprychów. Jedyne co zyskał, to śmiech i kilka wyzwisk, w których celowała gibka jak kotka dziewczyna i chorobliwie wręcz chudy chłoptaś z kilkunastoma nożami zatkniętymi za pas. - No dobra. Przyjmijmy, że desperacką i bohaterską walkę mamy już za sobą, że zachował pan alchemik godność i takie tam. A teraz proszę mówić. Właścicielka zmysłowego głosu wyszła z cienia. Starzec obrzucił ją szybkim spojrzeniem, bezbłędnie rozpoznał i rozpaczliwie jęknął. Zafarbowane na zielono i zaplecione w warkoczyki włosy były aż nazbyt charakterystycznym wyróżnikiem, a dziki wzrok – dyplomatycznie nazwijmy go chaotycznym – i dumnie wyeksponowane w rozwiązłym dekolcie, krągłe jak bułki czy raczej jak solidne bochny piersi dopełniały obrazu, który nie pozwalał się pomylić. To była Oczko, zwana też czasem (acz nigdy w jej obecności) Kaprawym Oczkiem. Kobieta zła, niedobra, a może nawet jeszcze gorsza. Postrach uczciwych obywateli, złodziejka poszukiwana listami gończymi w siedmiu hrabstwach, morderczyni, oszustka, zabijaka… Straszliwe legendy o zielonowłosej wyprzedzały ją, więc choć kto – jak Edmond teraz – widział ją pierwszy raz, nie miał wątpliwości, że to jest właśnie ta, której spotkać wcale nie miał ochoty. - No przecież tego nie mam! – Alchemik przepełniony mieszaniną strachu, bólu i wściekłości zawył niczym katowane zwierzę. - Kochanieńki, wiem, że nie masz, bo cię przeszukaliśmy, ale nie wątpię, że wiesz, gdzie to jest i zaraz nam wszystko pięknie wyśpiewasz. Chyba nie chcesz, żebym sięgnęła po bardziej wyrafinowane metody wydobywania prawdy? Edmond Bosz przez chwilę dygotał jak w febrze, ale nagle oklapł. A potem coś mu musiało przeskoczyć w mózgownicy, bo zaczął się histerycznie śmiać. Zanosił się spazmami, rechotał i chichrał wywołując niemałą konsternację wśród trzymających go oprawców, reszty łotrów, a nawet w samej Oczko. - Zawaliliście. Dupy z was wołowe i tyle. – Nie przestawał się śmiać, a śmiech ów, iście szaleńczy, wyraźnie pozbawił go jakiegokolwiek strachu, czy respektu do osławionej okrutnicy. – Kaprawe Oczko, nie wiem, po co ci moje odkrycie, ale dupy dałaś. Taka z ciebie profesjonalistka, jak z taniej murwy mniszka! I znów rżał ze śmiechu, jakby nie przymierzając koń na blachę lał, a hultaje spod ciemnej gwiazdy stali nieruchomo i zupełnie nie wiedzieli, co w tak dziwnej sytuacji mają począć. Sama Oczko kipiała z wściekłości, całą siłą woli powstrzymywała się by wrednego dziada zaraz nie skatować. Jak on śmiał się tak do niej odzywać!!! - No, dziadu… Już żeś trup, nie ma to, tamto! Tłumacz szybko o co ci chodzi, to może jeszcze pozwolę ci zdechnąć szybciutko, bez wcześniejszego wypruwania flaków i łamania kości… - Sama się łam idiotko! – Edmondowi musiało już być wszystko jedno. Ewentualnie uznał, że i tak ma przesrane na całej linii, więc należy mu się choć chwila intelektualnego triumfu nad przyszłą oprawczynią. – Kiepska jesteś i tyle. Słaba! Jakiś chłystek cię wycyckał, byle ciur cię wydymał i to jak i gdzie chciał. Dupek zwykły, miejski obdartus okradł mnie przed tobą, a jak żem go właśnie miał złapać, toście mnie kupą przywalili i tu zawlekli. Znaczy kpy z was nie rabusie, naiwne pętaki, nie szajka co się jej po gościńcach boją. Teraz, jak kto o was mówić będzie, to nie żeby dzieci straszyć, lecz żeby się pośmiać trochę, a zielone włosy nowym symbolem będą, nie łajdackiej grozy, a żenującej pindzi, co gawiedzi dla śmiechu cycki pokazuje… Tyrada Edmonda Bosza trwałaby zapewne jeszcze długo, ale Oczko nie wytrzymała. Nie bawiąc się w ostrzeżenia chlasnęła kordem po gardle szczerze już znienawidzonego starucha. Nagle zapanowała cisza. * Zapadał zmierzch. Oczko łaziła od szynku do szynku, wypytywała, obserwowała, węszyła nawet, ale jak na razie bez efektu. Zaszlachtowała alchemika, bo mu się to należało, ale przy okazji narobiła sobie kłopotu. Bo jak teraz pierońskiej sakwy nie znajdzie, to kto recepturę odtworzy? Psia jego mać… Sporo czasu poświęciła na dzielnicę szczurów, zwłaszcza, że tam o języki było łatwiej, ale o dziwo nikt nic nie wiedział. Rozesłała swoich oprychów po innych częściach miasta, ale i oni nie przynieśli dobrych wieści. Kiepściutko, oj kiepściutko… Jeśli zawali, to jej niechlubna reputacja może solidnie ucierpieć. Mało tego, może się okazać, że jest gorąco i wiać trzeba, bo zleceniodawca do miłych gości nie należał… Gospoda „Szalony koń” prowadzona przez Grubą Zochę, córkę miejskiego kata, była chyba ostatnią, w której tego dnia Oczko jeszcze nie była. Omijała ją celowo, bo i drogo i klimat jakiś inny, bo elity się tam zwykły bawić, a zbójczyni nie było po drodze z dystyngowanymi pudernicami i ufryzowanymi lalusiami. No i, gdzie elity, tam i ochrona lepsza, a jak ją kto by rozpoznał, to by afera była musowo. A przecież rozpoznać Oczko trudno nie było. Teraz jednak nie było wyjścia. Kaptur na głowę, schować broń i odważnie za próg snobistycznej knajpki. Myk, myk, w ciemniejszy kącik i nuże, obserwować towarzystwo. Nieprzyzwoicie bogaci kupcy pijani jak świnie. Odpitolone w jedwabie paniczyki, pijane jak świnie. Z nimi najdroższe kurtyzany. Tak, tak, też pijane jak świnie. A niewiele się od nich różniące arystokratki… Oczko powiedziałaby, że to już maciory, względnie lochy, ale zasadniczo i one pijane jak świnie. Dwóch rycerzy leży pod stołem, trzeci jeszcze pije, ale znać, że lada moment dołączy do pasowanych braci. Kapłan którejś z boginek dobiera się do wieszczki. Ta wcale się nie opiera, ale kapłanowi i tak nie idzie, bo i on już pijany jak świnia. Wzięty bard przewieszony przez krzesło rzyga na swojego nieprzytomnego konkurenta. No tak, elity się bawią… Po przeciwnej stronie, ze swoim dworem ucztuje Lady Nath. Tam kultura większa i konwenanse zachowane, bo przecież nie wypada, by księżna publicznie zalała się w trupa. Oczko zauważyła oczywiście, że ci z kolei odurzają się opium, ale nie bardzo ją to obchodziło. Ona szukała kogoś innego. I znalazła! No wreszcie! Dzięki niech będą bogom, a i demonom, jeśli to akurat ich sprawka. Usiadł pod filarem, szary, skromny, nie pasuje do tej celebry, a jednak pije drogie wino i obżera się nadziewaną kurkami gęsią. Na twarzy nie miał wypisane, że to on, ale Oczko znała się na ludziach. A na tych z półświatka, to już szczególnie. Temu się pojedynczy grosz trafił. Za mało, by kaftany ze złotogłowiu kupić, za dużo, by chlać skwaśniałe piwo. Uznał, że choć jedną noc się zabawi. No to będzie zabawę miał… * Noc była ciemna, kiedy Szarak opuścił Szalonego Konia. O dziwo wyszedł o własnych siłach, ale to może dlatego, że jakoś mu te drogie trunki nie podchodziły. Jego plebejskie gardło wolałby raczej bimber, niż perfumowane pomyje, jakie mu serwowano. - Hej, paniczu! Widzę, że wieczór udany, może go finałem miłym uczcić? – Skryta pod płaszczem kobieta wyszła zza winkla, ale nie wyglądała na jakąś zapchloną przechodkę trzeciego sortu. Sama zresztą szybko podkreśliła, że nie jest pierwszą lepszą, co za kosz jabłek kiecę zadziera. – Ja z każdym do łóżka nie chodzę, ale widzę, żeś przy groszu, to ci skarby pokażę, o jakich nawet nie śniłeś. - Skarby? – Złodziej nie był za bardzo zainteresowany, ale zatrzymał się i zaczekał, aż metresa podejdzie nieco bliżej. - Skarby, skarby. Mam dwa takie skarby, jakichś jeszcześ nie oglądał, że o dotykaniu nie wspomnę. Dasz złocisza, do rana będę ci najwierniejszą kochanką. - E, nie. Nie mam nastroju. Może nie wygląda, ale miałem kiepski dzień. Poleźże za koszary, tam cię pewnie kto ładnie wydupczy skoro tak cię picza świerzbi. Wiesio Szarak odwrócił się i zamierzał odejść w swoją stronę, ale Oczko, bo ona to oczywiście próbowała zwieść go na manowce, przestała się patyczkować. To nie był jej dzień, ot, zdarza się, ale, żeby drugi fajfus jej ubliżał, tak być nie mogło. - Słuchaj no, pomiocie! Damie szacunku nie umiesz okazać? Jak ci moje cycki nie miłe, to pewnieś pedał jaki! Ale to mam ja dla ciebie skarb inny. – Wyciągnęła spod płaszcza sejmitar. – Idziesz ze mną, albo cię to cudeńko troszkę popieści! Poszedł. Bez słowa i najmniejszej próby sprzeciwu. A chwilę później, złodziej Wiesio siedział w opuszczonym magazynie i trząsł się ze strachu, bo zobaczył już zielone warkoczyki i wiedział, że wdepnął w gówno. - Będzie krótko i konkretnie, bo nie mam czasu. – perorowała Oczko. - Gdzie sakwa, którą dziś ukradłeś? - Nie mam jej – załkał kieszonkowiec. – Kilka sztuk złota w niej było, tom je właśnie przepił, a reszta, to nic nie warta. Paskudztwo jakieś magiczne, co to go strach dotykać. Wywaliłem to… - Gdzie wywaliłeś? – Rozbójniczka syczała nienawistnie, a gdzieś wewnątrz niej walczyły ze sobą siły dążące do erupcji wulkanu wściekłości lub zalania falami łez. - Nie pamiętam. Kto by się tym przej…. Aaaaa!!! Sejmitar ciął precyzyjnie i mocno. Szarak krzyczał i cały rzucał się jak opętany… No, nie cały, bo jego prawa dłoń całkiem spokojnie leżała na podłodze. - A może sobie przypomniałeś? * Za świątynią Wielkiego Bobra, na tyłach spichrza zbożowego było zejście do kanału odprowadzającego z miasta ścieki. Mało kto o tym wiedział, ale dla desperatów była to potencjalna droga pozwalająca po cichu wymknąć się poza obręb murów. Przykro to stwierdzić, ale w tej chwili Oczko była zdesperowana. Nie znalazła tej przeklętej sakwy, mimo, że przeczesała całą okolicę. A tymczasem czas, który jej dano minął. Gdyby przyjęła zlecenie od kogoś innego… He, he, na pewno wyszłaby z tego nie tylko bezpiecznie, ale i z jakimś łupem, ale tu nie było żartów. Z wielkim czarnoksiężnikiem królestwa, nekromantą i ponoć kanibalem, straszliwym i mrocznym Khallgoonem nawet ktoś taki jak Oczko, nie miał szans się równać. A jeśli się mu podpadło, jeśli na przykład nie sprostało się jego oczekiwaniom, ooo, to było bardzo źle. Zbójczyni świetnie zdawała sobie z tego sprawę, więc nie traciła czasu. Postanowiła dać dyla. Oprychom ze swojej szajki wcisnęła jakąś bajkę – wiadomo, że samemu zniknąć jest łatwiej – i bez mitrężenia czasu wzięła się za realizację planu. Do kanału schodziło się z niewielkiego, ceglanego domku. Budowlę zaprojektowano z myślą o konserwacji kanału, ale zgodnie z przeznaczeniem używano jej nie częściej, niż dwa razy w roku. Przez pozostały czas stała opuszczona, zamknięta solidną kratą i ciężkimi kłódkami. Dostanie się do środka nie zajęło Oczku więcej czasu niż wizyta w wychodku. Potem krętymi schodami zeszła na dół, łatwo uporała się z lekko zbutwiałymi drzwiami i wreszcie, walcząc z mdłościami wywołanymi koszmarnym odorem wylądowała na wybrukowanym brzegu mazistego, leniwego cieku.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%