Komedia · 6 min czytania
Ale jazda!
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ale jazda!
Czekałem na ten dzień od dawna. Zawsze marzyłem żeby dołączyć do wielkiej rodziny posiadaczy czterech kółek. Wyobrażałem sobie, że jadę sportowym samochodem, zimny wiatr owiewa mój łokieć a muzyka pieści uszy. Spojrzenia pięknych dziewczyn muskają mnie nieustannie... Stop. Wreszcie nadszedł ten długo oczekiwany dzień. Dzień egzaminu na prawo jazdy. Po setkach godzin wkuwania testów na pamięć teoria okazała się fraszką. Natomiast egzamin praktyczny budził we mnie grozę. Grupka młodych ludzi kłębiła się na małym placu manewrowym, nerwowo wymieniając uwagi między sobą. - A więc pamiętaj, wciskasz sprzęgło i dajesz jedynkę, później dodajesz trochę gazu i auto rusza – tłumaczył po raz setny wysoki chłopak swojej dziewczynie. - A jak nie ruszy? – zapytała przytomnie. - Musi, daję słowo. A jak nie, to dodasz jeszcze trochę gazu - dodał zniecierpliwionym głosem. - Więcej gazu? – dziewczyna zdziwiona podniosła wzrok i zatrzepotała swoimi długimi rzęsami. - A nie wybuchnie? Ja tak panicznie boję się gazu – z niepokojem jęknęła. - Nie. Ja zaraz wybuchnę! – zdenerwował się chłopak ale tylko na chwilę, bo znowu zaczął powoli wyjaśniać procedurę uruchamiania samochodu. Nie chciałem tego słuchać. Starałem się wyciszyć i zrelaksować. Od kilku lat trenowałem medytację i potrafiłem momentalnie oddzielić swoje myśli od ciała. Zamknąłem oczy. Pamiętam, że powoli mój duch uniósł się do góry nad placem. Oczyma duszy zacząłem oglądać te małe samochodziki, kręcące się nieustannie, jakby posiadały małe móżdżki. Za małe żeby skoordynować wszystkie ruchy i wydostać się z symbolicznej klatki na szeroki świat, pokryty długimi wstęgami ulic. Mój ukochany motoświat, gdzie samochody żarłocznie chłepcąc mocodajne napoje ścigają się dalej, szybciej, mocniej. Wyimaginowany samochód wzlatywał wraz ze mną wciąż wyżej i wyżej. Siedząc za kierownicą mogłem zobaczyć cały wszechświat. Zobaczyć Najwyższego. Głos Boga wołał do mnie: - Packiewicz! Czy jest pan Packiewicz? Tak! Jestem! Jestem Panie – odpowiedziałem w myślach. Nagle zastanowiło mnie, że Bóg wzywa mnie po nazwisku. Tępy ból pod łopatką szybko sprowadził mnie do rzeczywistości, gdzie po otwarciu oczu zobaczyłem szczerzące się zęby mojego serdecznego kolegi. Brudnym paluchem wskazywał postać stojącą nie opodal nas, z kartką papieru w ręce. - Obudź się, bo ci znowu przyłożę – złożył mi obietnicę – instruktor czyta listę obecności. - Jestem! Naturalnie że jestem – wykrzyknąłem. - Widzę, że pan Packiewicz buja w obłokach – stwierdził ironicznie instruktor – dobrze się…