Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kariera · 12 min czytania

Ale kino!

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kurcze, jakby tu zacząć… Rozpoczynanie nie jest wcale taką prostą sprawą ( chyba, że chodzi o jedzenie, ale to się nie liczy ). Wstęp vel ekspozycja musi zawierać w sobie wszystkie najważniejsze informacje i do tego przedstawiać je nam w sposób ciekawy. A zresztą po co ja to piszę? I tak albo bardzo dobrze o tym wiecie i nie interesuje was czytanie tego samego po raz „enty”, albo jesteście po prostu nie znającymi się na „rzeczy” czytelnikami, którzy za swoje pieniądze ( w tym wypadku czas, ale jak powszechnie wiadomo, czas to też pieniądz ) chcą poczytać kawał dobrego tekstu. To ja może zacznę jeszcze raz… 24 edycja Międzynarodowego Festiwalu Filmów Młodego Widza Ale Kino! ( wiem, że troszkę przydługawa nazwa, ale rodziny, jak i opisywanych nazw się nie wybiera. Niemniej warto ją sobie zapamiętać, bo będzie jeszcze wykorzystywana w dalszej części ) odbyła się jak zwykle w Poznaniu, o niezwykłej dla festiwalu porze, bo w grudniu, a konkretnie od 10 – 16. Zwykle Poznań przeżywał oblężenie młodocianych kinomanów w czerwcu, ale jak to powiedział Ojciec Dyrektor Festiwalu, pan Jerzy Moszkowicz, było to spowodowane „oderwaniem” się od realizacji tegoż projektu jednego z głównych sponsorów, więc pan Jerzy, niczym muskularny Atlas, wziął na swe barki ciężar zdobycia większej ilości pieniędzy, a w dzisiejszych czasach jest to o wiele cięższe niż sklepienie niebieskie. Czyn zacny, dziękować! W tym roku ( kiedy pisałem ten reportaż był jeszcze 2006 rok – to tak na marginesie ) Festiwal gościł aż 60 filmów z całego świata ( m.in.: z Niemiec, Finlandii, Holandii, zdarzył się cud i było 10 produkcji z Polski ( przepraszam, że tak ironicznie wyrażam się o polskim kinie, ale film „Ja wam pokaże” tak mi pokazał, że hej! )). Wszystkie oczywiście spełniały podstawowe wymaganie festiwalu, jakim jest prezentacja wartościowych filmów dla dzieci i młodzieży. Filmy konkursowe, które miałem przyjemność oglądać, były na różnym poziomie, choć zawsze wyświetlane w tej samej sali, mianowicie w sali numer 2. I choć większość zakrawała na „ambitne kino wybitne” to mnie osobiście najbardziej uwiodły te proste, lekkie historyjki przeznaczone dla najmłodszej widowni ( w Polsce często o tym zapominamy, ale tak naprawdę w głębi duszy, każdy z nas chce pozostać dzieckiem, o czym dobitnie świadczy „Piotruś Pan” ). Spośród ciekawszych tytułów z czystym sercem mogę wymienić: „Viva Cuba” ( wspaniały, świetnie zrealizowany, komediopodobny film o przyjaźni ), „Konik Świętego Mikołaja” ( zabawne perypetie młodej Chinki, która musi odnaleźć się w nowym świecie jakim jest Holandia, osadzone w klimacie świąt Bożonarodzeniowych ) , „Opalowe marzenie” ( zwrócenie uwagi na odmienność jednostek, pokazane na tle motywu zmyślonych przyjaciół ) czy „Idź, zostań, stań się” ( epicka, trwająca dwie i pół godziny, opowieść o konflikcie religijnym ). Chcecie dowiedzieć się więcej o wyżej wymienionych filmach, łącznie z tym ile taśm poszło na realizacje i czy reżyser lubi Tokio Hotel? Jakby to powiedział śp. Lord Vader: „Use www.google.com, Luke”. Pokuszę się również o chwilę szczerości, a także nieziemskiej odwagi i pokuszę się o wymienienie blamażów, niewypałów lub jak to teraz młodzież mówi szitów, 24 Międzynarodowego Festiwalu Filmów Młodego Widza Ale Kino!. Przykro mi to mówić, ale w czołówce tej niechybnej listy z pewnością pojawi się jedyny polski reprezentant w konkursie filmów aktorskich, czyli „Szatan z siódmej klasy” w reżyserii Kazimierza Tarnasa. Fatalnie się patrzyło na sztucznych niczym piersi Pameli Anderson aktorów, pałętających się bez celu w tym pseudomusicalu. I do tego ten bełkot, nieudolnie naśladujący filmowy dialog… Gdyby na imię mi było Kornel, a na nazwisko Makuszyński – poczułbym się urażony! Do listy zażaleń dołączam również bodaj najkrótszy konkursowy film festiwalu ( dzięki Ci Boże! ) – „Marta i latający dziadek”. Szczerze to nawet nie wiem czym ta produkcja jest, oprócz tego, że pomyłką. Szczypta obyczaju, dwa listki komedii i garść melodramatu, to przepis nietrafiony, chyba, że chcemy zrobić coś w rodzaju zakalca. Jedyny plus, to sama Marta, szkoda tylko, że grająca ją aktorka, była taka młoda. Ale co tam – z biegiem czasu się „wyrobi”, a ja nie jestem jeszcze wcale taki stary! Na koniec listy Wildst… tfu, co ja plotę?! Once again… Na koniec listy szitów poznańskiego Festiwalu, załapie się jeszcze estońska klapa, film pt.: „Ruudi”. Tak właściwie to było nawet dużo pozytywnych odczuć związanych z tym filmem innych uczestników, więc jak chcą wygłaszać pieśni pochwalne na temat tej produkcji, to niech sobie napiszą swój reportaż. W moim, nie ma miejsca na słowa uznania dla „Ruudi’ego”. Oprócz filmów aktorskich, prezentowane były również filmy animowane. Miałem przyjemność obejrzeć tylko jeden ( ze względu na napięty plan ) i muszę przyznać, że tego nie żałuję ( w przeciwieństwie do Eweliny Flinty, ale tej, o ile mnie oczywiście pamięć nie myli, chodziło o zupełnie coś innego ). „Azur i Asmar” w reżyserii Michel’a Ocelota ( czytaj Oselo i nie śmiej się z pisowni nazwiska tego pana! ) to opowieść o braterskiej miłości, wyprodukowana we Francji, czyli ojczyźnie wielkiego muzyka Jean Michel Jarre’a, autora takich wspaniałych płyt jak Oxygene, Equinoxe, Zoolool… przepraszam, rozpędziłem się troszkę… Wracając do tematu: akcja „Azura i Asmara” rozgrywa się bodaj w Maroku ( ale głowy sobie uciąć za to nie dam! ), co jak na produkcję francuskiego pochodzenia specjalnie nie dziwi – jak wiemy z historii ( hehe, przypomniało mi się fajne stwierdzenie, które padło niegdyś z ust Alexandra Dumas, stworzyciela Trzech Muszkieterów,: „Historię można zgwałcić, pod warunkiem, że zrobi się jej dziecko” ) Maroko było podporządkowane Francji czy coś takiego. Ogólnie to da…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%