Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 12 min czytania

Alkadia cz.12

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Feniks kłusował szybko po lesie. Kryspin siedział pochylony w siodle. Chciał poczuć ten pęd wiatru we włosach, prawdziwą wolność. Brakowało mu tego przez ostatnie miesiące, dni... Brakowało mu dotyku dłoni Alkadii wokół jego talii. Brakowało mu jej głosu, samej jej kojącej obecności... Bez niej było dziwnie... strasznie... pusto... Wręcz przerażająco. Bał się o nią. Myślał o niej cały czas. Była jego Aniołkiem, jego najlepszą przyjaciółką. I nie było jej przy nim, kiedy potrzebował jej najbardziej. Kiedy potrzebował, żeby ktoś go przytulił, przygarnął i szepnął ciepłe słówko do ucha. Był w tamtym momencie chyba najbardziej samotnym facetem na świecie. Nie kochał jej, jeśli chodzi o ścisłość. Nie kochał jej tak, jak jego matka kochała ojca. Nie kochał jej tak, jak jego brat narzeczoną. Ale teraz nie było ich... Ani matki, ani ojca, ani brata i jego narzeczonej. Ani Alkadii. To bolało najbardziej. Chłopak westchnął głęboko i postanowił znaleźć jakiś nocleg w lesie. Ku jego zaskoczeniu zobaczył malutką, opuszczoną myśliwską chatkę. Zsiadł z konia i podszedł do budynku. Zajrzał przez okno do środka i zobaczył jedną, zaniedbaną izbę. Nacisnął klamkę. O dziwo drzwi były otwarte. Zawiasy skrzypnęło ostrzegawczo, a kiedy chłopak wszedł do środka, owionął go stęchły zapach starzyzny i jeszcze czegoś... Czegoś takiego tajemniczego, intrygującego i takiego... takiego... dziwnego... Kryspin rozglądnął się za źródłem owego zapachu, ale nie dostrzegł niczego dziwnego. Całą jedną ścianę zajmował wielki kominek, z paleniskiem wyścielonym suchymi liśćmi. Zawiał wiatr w kominie i te malutkie ususzone drobinki zatańczyły w powietrzu wraz z tabunem wznieconego pyłu i kurzu. Był to urzekający widok? Pod oknem, a raczej pod otworem w ścianie zakrytym dwoma okiennicami - z których jedna jakoś się trzymała a druga wisiała z ledwością na jednym zawiasie - no więc pod tym "oknem" stał niewielki, drewniany stół, a przy nim przeżarte przez korniki krzesła. Na środku stołu stała stara, do połowy wypalona świeca w zardzewiałym świeczniku. Ścianę naprzeciw zajmowało rozklekotane łóżko, które wbrew pozorom nie wyglądało zbyt zachęcająco. Obok drzwi stały półki zapełnione starymi słoikami z zepsutymi powidłami i innymi niepotrzebnymi śmieciami. Izba nie wyglądała przytulnie. Wręcz przeciwnie. Było w niej coś odpychającego, strasznego. Jak w powietrzu, którym oddychał, które wypełniało szczelnie jego płuca. Mimo to wszedł do środka i usiadł z westchnieniem na jednym z krzeseł, które rozpadło się pod jego ciężarem. Chłopak upadł na ziemię i wbił sobie długą drzazgę w dłoń. Krzyknął rozdzierająco i zerwał się na równe nogi. Zagryzł wargi, by nie zapłakać z bólu. Machał chaotycznie ręką. W końcu uspokoił się i spojrzał na dłoń. Kawałek drewna sięgał głęboko, przy każdym ruchu wbijając się boleśnie w ścięgna. Było ciemno. Po lesie niepostrzeżenie rozlał się niepokojący mrok. Kryspin nie wiedział, co robić. Czy wyciągnąć drzazgę, czy ją zostawić? Gdzieś w głębi jego umysłu echem odbijało się ostrzeżenie matki, wypowiedziane zbyt dawno temu, by pozostawić wyraźny ślad. Chłopak delikatnie chwycił brzeg drewienka (chęć pozbycia się bólu i niechcianego "gościa" okazała się zbyt silna) i pociągnął mocno. Krew rozlała się po jego ręce spływając po przegrubie i plamiąc koszulę. Chłopiec rozglądnął się gorączkowo. Przecież musiał czymś obmyć i przewiązać ranę! Wybiegł szybko za dwór i podszedł do konia. Z łokcia kapała mu krew. Zbladł dziwnie i trzęsły się mu ręce. Z ledwością wyciągnął z torby bukłak wody. Odkręcił go i wylał jego zawartość na rękę. Krzyknął z bólu, ale starał się wytrzymać. To nic, że wzrok się mu zamazał, do oczu napłynęły mu łzy. Po chwili męczarni rana oczyściła się. Było to paskudne, poszarpane rozcięcie. Dalej płynęła z niej krew, jednak nie tak obficie jak poprzednio. Teraz musiał tylko obwiązać czymś rękę: idealnie nadała się do tego trójkątna, lniana chusta którą miał zawiązaną pod szyją. Kryspin jakoś dziwnie opadł z sił. Dlaczego nagle cały świat zaczął kołysać się na wszystkie strony? Ledwo doszedł do chatki, powłócząc za sobą nogami. Cudem zapalił świecę. Jej dym drażnił nieprzyjemnie jego dziwnie wyczulone nozdrza. Na rozpalenie kominka nie starczyło mu sił: oczyszczenie paleniska i przyniesienie drewna wydało mu się ponad jego możliwości. Pomacał zdrową ręką łóżko. Wydało mu się na tyle stabilne, że zwinął się na nim w kłębek i zasnął... A raczej próbował zasnąć... Po kilku godzinach, kiedy świeca w świeczniku przechyliła się niepokojąco, a gorący wosk zalał palący się knot, który zgasł z głośnym sykiem, Kryspin spał. Zanim wąski krąg światła rozproszył się w mroku, można było przyglądać się twarzy chłopca. Była ona zroszona potem, oczy pod zamkniętymi powiekami goniły w tę i z powrotem, a półotwarte usta łapały gwałtownie duże hausty powietrza. Był to bardzo niepokojący widok...

Wreszcie Kryspin ocknął się. Przed oczyma miał jeszcze swój sen. Ten sam, co poprzednio. Biegł po lesie, ale to był inny las? Niby ten sam, ale było w nim coś naprawdę przerażającego. Drzewa gubiły liście a ptaki nie świergotały już tak ochoczo. Czuło się w powietrzu wyraźny zapach spalenizny. W tym śnie biegła koło niego ta sama roześmiana dziewczyna... Ale było w niej pełno smutku? Jej ubranie było przybrudzone, gdzieniegdzie dziurawe i potargane, a ten radosny śmiech brzmiał jak wymuszony, a momentami załamywał się i słychać było cichy szloch. Polanka na którą wybiegli nie była już tak piękna. Kwiaty zwiędły i zostały po nich gołe łodyżki, a trawa zżółkła. Resztki snu wyparowały w tym momencie, w którym Kryspin poruszył się na posłaniu. Zdrętwiałe członki zapiekły żywym bólem a zraniona ręka zabolała jak przypalana ogniem i na przemian maczana w rozgrzanej smole. W ogóle czuł się fatalnie. Kręciło mu się w głowie, a nogi zdawały się żyć własnym życiem; plątały…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Alkadia cz.12 — czytnik · opowiadania