Komedia · 8 min czytania
Alkoholik odcinek 1.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Miałyśmy może po 8, 9 lat. Ja, moja siostra Magda i koleżanka z ławki Marta Stodolna. Marta była szalona, jako pierwsza dziewczynka w klasie dostała okres i pierwsza zaczęła kopulować z chłopcami. Do tej pory mam przed oczami żywy obraz nas, dziewczynek z III d, pozbawionych gatek, w szatni przy szkolnym basenie. Marta zarządziła, że porównamy która z nas ma więcej włosków na swym łonie i z porównania wyszło, że właśnie ona. Była typem dominującej, odważnej dziewczyny, wykazującej nieproporcjonalny do wieku pociąg do płci przeciwnej. Nie była ładna, raczej pucułowata z dużymi, stale naburmuszonymi brązowymi oczami, które jednak, jak oceniam to z dzisiejszej perspektywy, mogły się wydawać pociągające. Uczennicą była przeciętną. Bujałyśmy się razem – ja i Marta, zanim jeszcze jej myśli zdominowali starsi chłopcy.
Mieszkałyśmy niedaleko od siebie – ona w wielkim wieżowcu typu gwiazda na ulicy Lucjana Rydla, ja w sąsiadującym długim żółtym czteropiętrowcu na ulicy Jasnej. Na osiedlu Słonecznym w Szczecinie – istnieje do dziś, niegdysiejsze szczęście pokolenia naszych rodziców, którzy mogli dostać na początku lat 80-tych Em trzy lub cztery, czasem nawet pięć na własny użytek, a następnie wozić w wózkach te tabuny dzieci urodzonych w 81r wokół sztucznego zbiornika wodnego nazwanego górnolotnie Rubinowym Stawem. My, dzieciaki, jak trochę podrośliśmy, nazywaliśmy je Bajorkiem. Bajorko kształtem przypominało nerkę – miało betonowe brzegi i wysoką barierkę wokół, przez którą dość szybko nauczyliśmy się przechodzić, by „moczyć nogi” w jego mętnych wodach, gdy lato robiło się zbyt upalne. Usiłowaliśmy czasem łowić ryby; z tajemniczej fauny zamieszkującej ten akwen mi samej udało się wyłowić pewną żabę – mieszkała u nas na balkonie przez jakiś czas; dopóki bardzo nie spuchła. Wtedy to zrozumiałam, że dzikie stworzenia nie nadają się do życia w betonie i w pełnym miłosierdzia geście zwróciłam ją wodzie do której należała – Bajorkowi. Bajorko okalała asfaltowa ścieżka, ponad nią zbocza porośnięte trawą, a wyżej już tylko wieżowce i niebo. W kwietniu lub maju, gdy zbliżał się koniec roku szkolnego, na zajęciach z wf-u przenosiliśmy się w plener i biegaliśmy po tym asfalcie wymijając ludzi chodzących z psami. Popołudniami ja i dziewczyny z innych klatek z bloków na Jasnej czy Rydla kładłyśmy się trawie na zboczach powyżej bajorka, by pleść wianki z kwiatów koniczyny. Gdy kwitły dzikie róże, pamiętam to dobrze, zdarzało nam się napełniać ich płatkami słoiki, dosypywać cukru, dolać wody, potrząsać nimi długo i czekać na efekty. Może, całkiem nieświadomie, liczyłyśmy, że powstanie wino? Miałyśmy dużo frajdy. To były dobre czasy.
Zimą, gdy woda zamarzała, wszyscy ludzie, już nie tylko dzieci, korzystali z jego uroków – zakładali łyżwy i wywijali ósemki. Im bardziej przybywało dnia i robiło się cieplej, tym mniej było śmiałków. Wczesną wiosną któregoś roku wkroczyłam na lód. Byłam już starsza i myślę, że to był jakiś dziwny przejaw dorastania i przekraczania własnych granic – z obłędem w oczach szłam po kruchym lodzie w kierunku drugiego brzegu, odległego o kilkadziesiąt metrów, z mocnym postanowieniem, że dojdę. Metr przy celu lód się załamał – nie było już głęboko, spodnie zmoczyłam jedynie do połowy ud. „Biegnij dziecko do domu, bo dostaniesz zapalenia płuc!” – zawołała pani z pieskiem przechodząca nieopodal. Pobiegłam, być może wstydząc się za te mokre spodnie, to był chyba ostatni moment na takie dziecięce, nieodpowiedzialne akcje. Nie zachorowałam.
Dziś Bajorko wygląda podobnie. Namnożyło się ptactwa – kaczek, gęsi, jest para łabędzi.…