Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 6 min czytania

Alvaro

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Alvaro

Aresztowano poetę o imieniu Alvaro. Przetrzymywano w więzieniu, bito, przesłuchiwano, dręczono. Próbowano wydobyć z niego pewną tajemnicą, której był w posiadaniu. Po kilku miesiącach udręki dano spokój. Nie było żadnych zeznań, nic nie powiedział, nie zdradził. Oprawcy wsadzili go na okręt. Kapitan przypłynął na wyspę, przekazał mi więźnia. Oprócz niego miałem jeszcze jednego uwięzionego, dróżnika. Starszy pan w podniszczonym mundurze, przybył na wyspę długo przede mną. Skazany na dożywocie. Organizator transportów, dowiedziałem się od kapitana, gdy zapytałem o przyczynę aresztu dróżnika. Dzień przyjazdu Alvaro zapamiętałem dobrze, świeciło słońce, co zdarzało się u nas bardzo rzadko. Tego dnia zauważyłem na przeciwległym brzegu rowerzystę. Okolica była bezludna toteż pojawienie się w pobliżu ludzkiej istoty nie było zwyczajnym wydarzeniem. Mężczyzna w średnim wieku zsiadł z roweru, podwinął spodnie, zdjął buty i zanurzył bose stopy w rzece. Przyglądałem się. Chociaż odległość od wyspy była dosyć znaczna, nasze spojrzenia spotkały się. Nie wiem kto bardziej był zdziwiony. Czy ja zaskoczony jego zwykłą czynnością? Czy on widząc kapitana prowadzącego Alvaro? Co mógł pomyśleć patrząc na mnie, na kapitana, na Alvaro, na spacerującego wzdłuż rzędu drewnianych baraków dróżnika? To była krótka chwila. Może się nie zdziwił, może nie zwrócił na nas większej uwagi. Śpieszył się pewnie do domu, do rodziny. Założył buty, wsiadł na rower, odjechał. Przez chwilę widziałem jego plecy, zniknął. Alvaro był wychudzony, zabiedzony. - Pan jest poetą? - zapytałem. - Przestępcą? - dodałem z pewną niepewnością. - Tak uważają. Unikał mnie i dróżnika, spacerował samotnie, ze wzrokiem skierowanym do ziemi, ręce założone w tyle, splecione. Zawsze zamyślony. Sprawiał wrażenie zawstydzonego. Jakby miał wyrzuty sumienia. Jakby uczynił coś, za co go potępiano. Spotkałem go pewnej nocy, na północnym cyplu. Wpatrzony w dal, gdzie Wisła wpływa do morza. Księżyc w pełni rozjaśniał okolice. Usiedliśmy na pniu drzewa. - O czym są pańskie wiersze? - zapytałem. - Jak pan myśli? - odpowiedział pytaniem. - O miłości? Wiersze przeważnie są o miłości. - Nie - ironicznie się uśmiechnął. - To o czym? - O beznadziejności. O upokorzeniu. - Niezbyt optymistyczne. - Są jak tkwiący w ludzkim ciele cierń, którego każdy chciałby się jak najszybciej pozbyć i zapomnieć o bólu i cierpieniu. Moje wiersze są tym o czym ludzie chcieliby zapomnieć. - Nie mogłyby być weselsze? - Weselsze? Jak mogłyby być po tym co się stało? - A co się stało? - naiwnie zapytałem. W blasku księżyca ujrzałem smutek na jego twarzy. - Czas śmiechu, beztroski minął. - Czyżby? - Otacza nas mrok, ciemna otchłań. - Tragizuje pan. - Po tym co się stało ludzie powinni wysadzić świat w powietrze. Dziwne, że jeszcze tego nie zrobili. Umilkł. Po dłuższej chwili…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%