Melodramat · 11 min czytania
Alzheimer
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jest noc. Księżyc chowa się za gęstymi chmurami i jedynym źródłem światła jest mój palący się papieros. Wiatr łomocze w okienka domku, a ja siedzę nieruchomo na kanapie, co jakiś czas tylko wypuszczając z ust dym. Wzrok przyzwyczaja się do ciemności. Naprzeciwko mnie stoi wysoka pod sufit, oszklona szafa, w której widać odbicie pomarańczowej, żarzącej się kropki, po lewej mam nieużywany od lat czarnobiały telewizor, a po prawej dostrzegam zarys stołu i drzwi wejściowe. Wstaję i podchodzę do okna, drewniana podłoga skrzypi mi pod nogami. Wyglądam na zewnątrz, jednak nie widzę tam nic. Wracam z powrotem na kanapę i znów zaciągam się dymem. Dopiero po chwili dobiegają do mnie głośne rozmowy, a przez okienko przedostaje się błysk latarki. Słyszę donośne pukanie do drzwi, nie ruszam się z miejsca. Do domku wchodzą trzy osoby, nie widzę ich twarzy, ponieważ oślepia mnie jasne światło latarki. - Pojebało cię?! – krzyczę. - Przyda ci się trochę światła, wampirku – odpowiada chłopak i gasi latarkę. Po chwili w pomieszczeniu rozbłyska światło żarówki. Mrużę oczy, nie mogąc przyzwyczaić się do jasności. Dopalam papierosa i wgniatam go w podziurawiony podłokietnik kanapy. Spoglądam na pozostałe osoby. Ewa stawia na stole reklamówkę z piwami i jakimiś tanimi chipsami. Obserwuję jej zgrabne ciało, sympatyczną twarz, na którą opadają kosmyki blond włosów i myślę, że jest najpiękniejszą kobietą na ziemi. Podchodzi do mnie i daje mi buziaka w policzek na przywitanie. Czuję jej słodki zapach. - Cześć, Marcin – mówi. Odpowiadam jej skinieniem głowy i uśmiecham się. Przy telewizorze majstruje coś Rafał. Rzucił swoją najmodniejszą kurtkę gdzieś w kąt i próbuje uruchomić tego starego grata. Ma na sobie obcisłe spodnie i drogą, markową koszulkę. Śmieję się z niego w duchu. W tej samej chwili z kuchni wyłania się Dawid – chłopak od latarki. - W lodówce nie ma żarcia! – krzyczy, udając oburzenie. Wzruszam ramionami i z reklamówki na stole wyjmuję piwo. Potrząsam nim znacząco w kierunku blondyna. Dawid kiwa z uznaniem głową i opiera się o ścianę, pomalowaną na ohydny odcień żółtego. - Ach – wzdycha – nie ma nic nad sobotni wieczór spędzony z wami w tym paskudnym baraku. Ewa wybucha śmiechem i muszę przyznać, że jest to piękny śmiech. Rafał jakimś cudem uruchamia telewizor. Siadamy wszyscy na kanapie i otwieramy nasze piwa. Ewa rozrywa paczkę chipsów i opiera się o mnie. Docierają do mnie odgłosy jakiegoś głupiego programu telewizyjnego ale ja jestem zajęty bawieniem się włosami nimfy. - Nie uwierzycie, co się dzisiaj działo w firmie – zaczyna podnieconym głosem Rafał, ale ja go nie słucham. Ewa odwraca ku mnie głowę i teraz patrzę w jej piękne niebieskie oczy. Jest tak blisko, że prawie stykamy się czubkami nosów. Czuję jej ciepły oddech na swoich ustach, a po chwili także jej miękkie wargi. Docierają do mnie jeszcze tylko pojedyncze zdania Rafała, - … a potem ten Skaralewicz zrobił zwarcie i ksero poszło z dymem!... ale po chwili słyszę już tylko i wyłącznie przyśpieszone bicie własnego serca.
Piskliwy dźwięk dochodzi do moich uszu. Chowam głowę pod poduszkę, ale melodia staje się coraz głośniejsza i nie do wytrzymania. Po omacku odnajduję telefon i wyłączam budzik. Z ociąganiem podnoszę się z łóżka i rozglądam dookoła siebie. Istny chaos. Stosy papierków, brudnych ubrań, puszek po piwie. Wychodzę z pokoju i kieruję się do łazienki. W kuchni krząta się moja matka i patrzy na mnie krzywo. Staję przed lustrem i zaczynam szczotkować zęby, jednocześnie przyglądając się swojemu odbiciu. Nie jest źle – myślę. Ubieram się szybko i wychodzę z mieszkania bez słowa. Zbiegam po schodach z trzeciego piętra i ląduję na zatłoczonej ulicy. Nie mogę spóźnić się do pracy. Rozglądam się dookoła, ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie jest przystanek. Czuję się, jakbym po raz pierwszy wylądował na tej ulicy. Wszystko jest obce. Czuję się zdezorientowany. Przecież codziennie jeżdżę do pracy o tej samej godzinie, więc gdzie jest ten pieprzony przystanek?! Spoglądam nerwowo na zegarek, wiedząc, że zaraz się spóźnię, chociaż nie mogę sobie przypomnieć, o której odjeżdża mój autobus. Zaczepiam jakiegoś przechodnia. - Przepraszam, nie wie pan, gdzie jest… - O Boże, co to za słowo? Jak to się nazywało? Zaciskam nerwowo pięści. Siwy mężczyzna spogląda na mnie wyczekująco, ale nie mogę sobie przypomnieć. - … to miejsce, z którego odjeżdżają autobusy – mówię w końcu. - Przystanek? Kiwam głową, chociaż w środku gotuję się ze złości, bo ja nie pamiętałem tego słowa, a on je zna! Zamykam oczy i staram się opanować. Mężczyzna wskazuje dłonią jakiś kierunek i dopiero teraz dostrzegam tam budkę. Odchodzę mrucząc pod nosem `dziękuję`. Na styk wskakuję do autobusu i jadę do pracy. Spoglądając przez szybę na mijane ulice oddycham z ulgą, ponieważ je poznaję. Tłumaczę sobie w myślach, że to skutek złego snu. Tak, na pewno. W firmie siedzę przy biurku i podpisuję mnóstwo papierów, nawet nie patrząc czego dotyczą. Ktoś co chwile przynosi nowe, więc przede mną uzbierał się ich już spory stos. Postanawiam zrobić sobie małą przerwę i wychodzę z ciasnego boksu do dużo większego holu. Przy kubkach z wodą stoi Ewa i rozmawia ze Skaralewiczem. Uśmiecham się do siebie przypominając sobie nasz pocałunek. Podchodzę do nich i witam się skinięciem głowy. Nalewam sobie wody do kubka i duszkiem ją wypijam, kątem oka obserwując Skaralewicza. Elegancko ubrany, pod krawatem uśmiecha się nonszalancko