Komedia · 16 min czytania
Amen
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ciszę mieszkania zakłócił chrzęst klucza w zamku. Po chwili ciężkie, dębowe drzwi powoli się otworzyły, a do środka wszedł wysoki, chudy facet, cały przemoczony przez jesienną pluchę. Na szyi wisiał identyfikator, informujący wszystich wokół, że jest Janem Libowskim, młodszym konstruktorem w firmie IC Industries. Ciemne włosy miał zaczesane na mokro do tyłu – wyglądał trochę jak gangster z filmów o mafii. Rozsunął zamek skórzanej kurtki, jednocześnie ściągając buty stopami. Przechodząć przez salon, włączył otwarzacz i zapalił papierosa. Z głośników rozległa się perkusja Slipknota, a powietrze zacząło przesiąkać zapach palonego tytoniu. Przeszedł do kuchni i otworzył lodówkę. Wyjął piwo i otworzył je leżącym nieopodal widelcem. Obracając się na pięcie, omal nie przydepnął kota. Zwierzę z opaską na oku miałknęło cicho, spoglądając w górę na pana. Sierściuch uniosłym krokiem zbliżył się do nóg i zaczął się łasić. -Spierdalaj, nie mam humoru – mruknął właściciel, przewracając stopą kota na grzbiet. Ruszył w stronę swojego pokoju, a tuż przed progiem doszły do jego uszu dźwięki cichego chrupania. „Co jest, do jasnej cholery?” zapytał siebie w głowie. Poczuł jak serce zaczyna bić mocniej i szybciej. Rozejrzał się wokół, aż w końcu zatrzymał wzrok na szafie przy drzwiach wejściowych. Starając się nie wzbudzać żadnego hałasu, odstawił piwo na półkę, odsunął drzwiczki i sięgnął w głąb po ukrytą na górnej półce pałkę teleskopową. Teraz pewniejszym krokiem ruszył ku drzwiom, pchnął je przed siebie, jednocześnie wykonując zamach, tak, by pałka się rozłożyła. Postać z kapturem na głowie spojrzała pustym wzrokiem na gospodarza, lekko przechylając głowę. -Ah, to Ty drańku. Wreszcie jesteś, długo czekam. Zajebiste ciasteczka – powiedział sięgając do pudełka leżącego na biurku. Okruszki sypały się na ciemną tunikę przez dziurę na prawym policzku. Postać z twarzą bladą jak ściana widocznie nie dbała o kulturę spożywania posiłków. -To znowu ty. Wydawało mi się, że ostatnio dogadaliśmy się w kwestii zostawienia mojej głowy w spokoju. Nasz ostatni melanż był zbyt epicki. - włożył pałkę do tylnej kieszeni spodni i rzucił się na łóżko. -Dobrze pochlaliśmy. - Blady ukazał swój pełen uśmiech. Złota jedynka odbijała światło z lampki na biurku. - Słyszałem twoje mentalne krzyki i jęki. Nadal czujesz się jak gówno na dwóch nogach? -Cały czas niezmiennie od długiego czasu. Każdego dnia budząc się mam przed oczami krzywdę, którą wyrządziłem. Rok temu wydawało się to całkiem rozsądnym wyjściem z sytuacji. - nerwowo szukał zapalniczki w kieszeni, chcąc odpalić kolejnego papierosa trzymanego w ustach. -Nie było to aż tak tragicznie – Blady podrapał się brodzie pokrytej rzadkim zarostem. - Widywałem gorsze przypadki podczas swojej kariery. - Podniósł się lekko na obrotowym krześle i przysunął je ku łóżku – Bądź chociaż raz w życiu facetem. Przyznaj się sam przed sobą, że osiągnąłeś to czego tak bardzo pożądałeś. Piłeś co chciałeś, wciągałeś wszystko co było białe i sproszkowane i jebałeś wszystko co nie uciekało na drzewo. Twoje ciche modły zostały w końcu wysłuchane. -Wydaje mi się, że całe szczęście, którego potrzebowałem, było ze mną zanim spotkałem ciebie. Może zabrzmię banalnie, ale człowiek nie docenia tego co ma, dopóki tego nie straci. -Zdziwiłbyś się, gdybym powiedział ci jak wielu ludzi mówi mi to podczas spotkania ze mną. Świetne są te ciacha, mówiłem ci już? - Gość niezmęczenie poruszał żuchwą. -Dżisys, kurwa. Wpadam tutaj w melancholijny nastrój, a ty wyjeżdżasz mi z żarciem. Założę się, że w swoim poprzednim życiu nie byłeś psychologiem. - Nerwowo zaciągnął się papierosem i wypuścił w górę chmurę dymu. -Wiesz, zdziwiłby... Nagle można było poczuć zapach ozonu w powietrzu, a ściany lekko zakołysały się. W kącie pokoju, tuż obok stojaka z gitarą, zmaterializowało się ciało człowieka skulonego w pozycji embrionalnej, owiniętego w białą szmatę, coś na kształt obwisłej, rzymskiej tuniki, ale wykonanej na prędko ze starego prześcieradła i agrafek. Powoli przekręcił się na plecy, jednocześnie poprawiając na nosie okulary Police. Podniósł lekko głowę, jakby chciał rozejrzeć się po pokoju. -Oh, please don't take more pictures of me... - Wysączył powoli. Każde słowo z bólem wylewało się spomiędzy szczęk. Okulary przeciwsłoneczne przesłaniały pół twarzy, zgrabnie komponując się z brązową twarzą. Po chwili zdezorientowany rozejrzał się po pokoju, aż jego spojrzenie zatrzymało się na postaci leżącej na łóżku. Facjatę Jezusa rozświetlił szeroki uśmiech, a on poprawił cierniowy krąg na czole. Starł rubinową kroplę spływającą ku oku wierzchem dłoni i zaczął się nieudolnie stawiać na nogi. Podszedł do chłopaka, klapiąc po drodze sandałami jak szczur w japonkach. Z widoczną ulgą usiadł na brzegu materaca i zaczął szturchać człowieka po żebrach. Im bardziej Jasiek się przed tym bronił, tym większą frajdę sprawiała ta zabawa przybyszowi. -Jezu, kurwa, nie widzisz, że staram się być smutny?- zapytał patrząc na uśmiechniętą postać, wiszącą ponad nim. - Jak się ma mój black brother from another mother? Widzę, że sława zaczyna cię delikatnie męczyć. Stres, wielkie oczekiwania, wieczne porównywanie do ojca i cholerni paparazzi. - Chłopak podniósł się i usiadł obok czarnego, otaczając jego spocone plecy ramieniem. -Zamiana image'u nic mi nie pomogła. Jest jeszcze gorzej. Teraz całe jebane niebiańskie towarzystwo chce wiedzieć, co się ze mną stało. Poza tym, nadal tylko stare prukwy się do mnie kleją. Jestem przybity. Bez skojarzeń, złamasie. - Uśmiech nadal gościł na jego twarzy. -W takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak porządnie się schlać. - Janek przerzucił pytające spojrzenie z podłogi na Jezusa. -Alkohol nie jest rozwiązaniem. Ale z drugiej strony, siedzenie tutaj o suchym pysku też nie. Śmierci bujająca się na fotelu i wpychająca kolejne ciastka w wysuszony żołądek w końcu się poruszył. Jego uwaga na moment oderwała się od pustoszejącego pudełka na biurku. -Właśnie właśnie. Prawie zapomniałbym. Jakiś dziwak moczy się właśnie w twojej wannie, stary. Naprawdę dziwnie to wygląda i w całej łazience wali jak z gorzelni. Szczerze mówiąc, nawet mnie to lekko przeraziło. Kto to? - Wbijał teraz puste oczy w chłopaka, z zaciekawieniem oczekując odpowiedzi. -Kurwa, nie wiem. Czekajcie, zaraz tam zajrzę. -Ja tam nie idę, boję się. - zajęczał zakapturzony blady. -Ja pójdę z tobą. „I choćbym kroczył ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo ty jesteś przy mnie.” -Dobra, ale zachowaj te wyświechtane wierszyki dla siebie. Idąc przez mieszkanie, Jezus zauważył kota leżącego w swoim koszu. Zaciekawiony podszedł i podrapał zwierzę po brzuchu. W powietrzu zaczęło roznosić się szczęśliwe mruczenie kocura. -Jaki śliczny. Ale dlaczego nosi opaskę? Nie ma jednego oka? - Podniósł wzrok na Janka. -Tak, jedno mu wydłubałem. -Kurwa, dlaczego? -Doszedłem do wniosku, że czarny kot z opaską na oku będzie wyglądał zajebiście. Nie wygląda zajebiście? -Hm... No w sumie. -Dobra, chodź. I zdejmij te jebane okulary, przecież i tak tu jest ciemno jak cholera. Jak najciszej podeszli do drzwi łazienki, starając się dojrzeć coś przez matową szybę okienka, jednak w środku było ciemno. Jasiek delikatnie nacisnął klamkę i powoli uchylił drzwi. Jezus wisiał mu na ramieniu, spoglądając z mieszanką strachu i ciekawości na twarzy. Chłopak po omacku odnalazł włącznik światła na ścianie. Gdy pomieszczenie wypełniło światło, ich oczom ukazał się człowiek leżący w wannie pełnej po brzegi. Odór etanolu uderzał w nozdrza. Facet zamiast twarzy miał teatralną maskę z nienaturalnie wykrzywionymi w smutku ustami. Wydawało się, że nie żyje. Twarz miał pod powierzchnią przezroczystego płynu. Gdy już pierwsze wrażenie minęło, podeszli niepewnie do wanny. Z okoli ust i nosa co jakiś czas wypływały ku powierzchni małe bąbelki powietrza. Spojrzeli na siebie nawzajem pytającym wzrokiem.…