Inne · 8 min czytania
Amen cz. 2.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Śmierci poczuł lekki niepokój rozglądając się wokół siebie po mieszkaniu. Alkohol coraz bardziej wyparowywał z organizmu, wywołując wstępne objawy typowo ludzkiego kaca. W dodatku nie chciał pić dalej w samotności, bo, jak mawiają na Ukrainie, "Picie bez toastu lub w samotności to już alkoholizm". Stojąc tuż obok zestawu audio przeciągnął się i wygiął w łuk, tak, że po mieszkaniu poniósł się trzask kręgów oraz wyłamywanych palców. Drapiąc się po szczecinie na brodzie, jego wzrok zatrzymał się na stojącym na półce żelazku. Jeszcze raz rzucił okiem na leżącego pod kaloryferem Jezusa – ten nadal nie wydawał się bardziej żywy niż pół godziny wcześniej. Z kolei jego bardzo ludzki znajomy leżał już w dużej kałuży krwi, co chwila tylko przewracając oczami i łapiąc powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg jeziora. Blady wśród swych kolegów po fachu miał opinię zaradnego osobnika. Choć często jego metody bywały niekonwencjonalnie lub nawet potrafiły wywołać co najmniej konsternację wśród najbardziej doświadczonych katów, zazwyczaj rozwiązywały problem. Czasem tylko kończyły się małą katastrofą, przez którą był na ustach wszystkich, a Stary w nerwach rzucał powódź tudzież wybuch wulkanu gdzieś na w Azji. Odkąd rzucił palenie, stał się okropnie ludzko nerwowy. Podszedł do kuchennego blatu i zatrzymał dłoń nad stojakiem na noże, przebierając w powietrzu kościstymi palcami. Po chwili zastanowienia wyciągnął największy z nich, obejrzał go z bliska i ściął na próbę kilka włosków na przedramieniu. Podbiegł do półki i ściągnął żelazko. Na bladej twarzy rozkwitł złoty uśmiech. Chwycił za kabel i jednym ruchem uciął go tuż przy końcu. Żelazko uderzyło o podłogę, kawałki plastikowej obudowy rozsypały się po całym pomieszczeniu. Blady odciął kawałek izolacji na końcu kabli. Podszedł do gniazdka tuż obok kaloryfera i włożył wtyczkę, uważając by nie dotknąć odsłoniętych przewodów. Ostrożnie chwycił kabelki paluchami, niebieski lewą dłonią, czerwony prawą. „To na pewno zadziała. Widziałem w jakimś filmie, gość robił tak samo, tyle że defibryfaktorem czy czymś. Ale w końcu prąd to prąd. Chyba.” - przebiegło przez myśl Blademu. Po chwili zawahania przyłożył kable do piersi Dżisasa, a ten zaczął trząść się na podłodze, wzbudzając skojarzenie epileptyka podczas ataku. Gdy w powietrzu można było poczuć rozpływający się po pokoju zapach popalonych włosów i skóry, Śmierci podniósł się na nogi i cofnął dwa kroki do tyłu, z zaciekawieniem oczekując efektu. Z obciągniętej bladą skórą czaszki można było wyczytać coś na kształt mieszanki wyczekiwania i lekkiej niepewności. Dżisas cały czas rozciągnięty na podłodze, po pełnej napięcia chwili między powiekami pojawiły się małe szparki. Zamaszystym ruchem języka oblizał wargi i pół twarzy. Mlasnął i ledwo słyszalnie mruknął: -Tato, kto mi zabrał moje skrzydełka?- Cały czas mocno zdezorientowany zaczął powoli podnosić do pionu. Siedząc w kucki spojrzenie miał mało patrzące. Spojrzał na stopę i z wyraźną ulgą podrapał pomiędzy palcami. Na twarzy pojawił się cień wielkiej ulgi. W cudaczny sposób powyginał się jak sprężyna i już niepewnie stał, chwiejąc się jak trzcina. Na facjacie Bladego pojawił się banan, rozciągający się od jednego, oklapłego ucha do drugiego, nadgryzionego kłapciucha. Snop światła padający na niego z lewej strony, po części odbijały złote zęby. Stał w pozycji człowieka sukcesu, gołym okiem widać było promieniującą aurę przebłysku geniuszu. W euforii jednym susem dopadł do przyjaciela i uściskał, podnosząc w powietrze. -Udało się! Jestem genialny!- Śmierci trzymał w dłoniach twarz towarzysza. -Co się, co się stało?- zapytał…