Komedia · 15 min czytania
Amilo
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Maszyna rozgrzewa się. Istny demon prędkości, sleeper wśród komputerów, kombajn porównywalny do najpotężniejszych jednostek, jakie są dostępne na sprzedaż, stoi oto przed nami, pracuje głośno niczym leciwy, postkomunistyczny odkurzacz i wyświetla ekran ładowania od dobrych trzydziestu sekund. Bestia, potwór, szara eminencja z toporną, czarną klawiaturą...
- Kojarzysz może, jak był kupiony?
- Jakiś typ ciotce to wcisnął w markecie - odparł, uśmiechając się - Chyba nie sprzedawały się za dobrze. To co? Potty Racers?
- Jak najbardziej.
Dobra, wystarczy tych eufemizmów. Siedzimy przy biurku i uruchamiamy jednego z najgorszych laptopów lat dwutysięcznych, odprawiając nad nim wielkie modły do boga mikroprocesora, by te gówno się po drodze nie rozkraczyło z wysiłku. Intel Celeron Inside, RAM-u tyle co kot napłakał, sześćdziesięciogigabajtowy, stękający dysk talerzowy i Windows Vista w pakiecie bez możliwości przejścia na Windowsa XP. Oto klątwa o imieniu Fujitsu Siemens Amilo.
- Jezuuu, ten gruz zaraz wystartuje! - jęknął kuzyn, przykładając rękę do kratki wentylatora wypluwającej powietrze niczym suszarka do włosów - Rozgrzany do czerwoności, a nawet nie zdążył jeszcze ruszyć...
Sztruksowe, brązowe spodnie, szare skarpety, beżowa koszulka polo z pasem ciepłej żółci przechodzącej w jej poprzek. Nie wiem, dlaczego on tak lubi koszulki polo. Zwariowałbym mając cały czas ten kołnierzyk wokół szyi... Zerknąłem na kontrolki. Świecą. Maszyna próbuje ożyć.
Część 22 / 5
- Powoli, on tak zawsze.
Z perspektywy czasu, muszę z przykrością stwierdzić, iż nawet taki beznadziejny dla wielu Eee PC jest znacznie lepszy, niż tamta abominacja z komputera. Ta mała, poczciwa miniaturka, mimo iż dla zwykłego zjadacza chleba jest bezużytecznym złomem, ponieważ fabrycznie posiada kiepską optymalizację oprogramowania, przynajmniej bardzo dobrze reaguje na wymianę części oraz instalację różnorodnych systemów operacyjnych, w tym tych bardzo niszowych i lekkich. Mimo upływu lat, owe malce nadal są w użytku jako zabawki pisarzy, programistów i hobbystów, trzymając dość dobrze swoją cenę, podczas gdy taką serię Amilo można dostać coraz częściej z dopłatą poprzedniego właściciela w ramach rekompensaty kosztów przyszłej, uciążliwej utylizacji, bądź tortur, jakie czekają jego użytkownika. Zapłonął ekran. Serce podskoczyło z radości.
- Jest, wreszcie! Nie wierzę... Wchodzi do pulpitu!
- Jeszcze nie, bro - kuzyn wyjął ze skrytki pod biurkiem małą, kilkukrotnie poskładaną karteczkę z paroma zapisanymi literami i cyframi - Najpierw hasło.
- Ach tak, zapomniałem...
Rzeczywiście, to nie tapeta z pulpitu, a dopiero co ładujące się okno logowania. To przerażające, jak wolno wszystko chodzi... Nawet mój stary pecet z wiekowym Pentiumem znacznie lepiej sobie radzi od tej wyjącej rozpaczy z laptopa.
Ciocia jest w stanie na nim robić podstawowe sprawy pokroju edycji dokumentów, tworzenia prezentacji, użytku arkuszy kalkulacyjnych, czasem wejdzie też nim na Interię czy inny Onet, by przejrzeć aktualne wiadomości. Prawie zawsze kończy się to siedzeniem przy ekranie ładowania i cierpliwym czekaniu, aż jaśnie królewna Amilówna zdoła się ogarnąć, co kiedyś zwykle następuje. Kolejne znaki wprowadzanego hasła pojawiają się na ekranie z pięciosekundowym opóźnieniem. Magia. Kuzyn już dawno temu wcisnął enter, a kursor nadal kręci się w okolicach ostatnich znaków. Jeszcze chwilę, a tu obaj zaśniemy... Wskoczyły ostatnie litery. Ekran zamroził się przy początku animacji wejścia.
Część 33 / 5
- Działa. Hasło poszło.
Dlaczego zamierzamy wystawiać się na katusze tego okrutnego narzędzia tortur, jakim jest ten laptop? To dość proste. Gdy nie ma niczego lepszego pod ręką, bierze się to, co jest. Nie no, dobra, nie tylko dlatego. Ten złom jest kiepski pod każdym możliwym względem, ale odkryliśmy, do czego ta maszyna może być przydatna. Jest ona z całą pewnością doskonałą decyzją, gdy mamy ochotę na odrobinę zabawy w eksploitowanie gier przeglądarkowych, jak za starych czasów.
- Oho, jest dobrze... Jest pulpit - westchnąłem.
Pulpit? Ach tak, pusty pulpit, ponieważ Eksplorator Windows nie uruchomi się tak od razu z automatu, by wyświetlić ikony czy pasek zadań. Na to potrzeba dodatkowego czasu, aby nieliczne cyberludki w ciasnym procku zdążyły wpierw zająć się ważniejszymi sprawami niż wizualne pierdoły. Mysz zostawia za sobą ślady bytowania, gdy się nią poruszy... Ekran ma problemy z odświeżaniem. Kuzyn, widząc, co się dzieje, wciska starą, dobrą kombinację klawiszy, aby spróbować przyspieszyć pracę maszyny. Control, Alt oraz Delete... Trzej królowie cholernej lagolandii.
- Coś nie działa - spostrzegłem, widząc, iż skrót klawiszowy praktycznie nic nie dał w pierwszej chwili.
- Spokojnie, synku, zaraz ruszy - burknął kuzyn, stukając rytmicznie palcami o biurko.
Ciemny ekran. Laptop nieudolnie naśladuje startującego Boeinga; podmuch wentylatora podrywa w powietrze kurz pół metra dalej. Przeszedł mnie dreszcz... A co, jeżeli tym razem ten gruz na serio wyzionie ducha w naszych rękach? Ciocia ze wściekłości zje nas żywcem. Spojrzeliśmy się po sobie. Kontrolki maszyny mrugają, wszystko zdaje się pracować w najlepszym porządku.
Część 44 / 5
- Myśli - dołożył, wpatrując się intensywnie w pusty ekran.
- Wiem, wiem...
Nagle, bez zapowiedzi, czerń ustąpiła kolorom. Powróciliśmy do wystroju okna logowania. Kilka możliwych opcji wyświetliło się jedna po drugiej, odsłaniając nam prawdziwą siłę tegoż skrótu klawiszowego. Wśród listy potężnych narzędzi była jedna pozycja, która szczególnie nas interesowała... Menadżer Zadań. Współtowarzysz niedoli uśmiechnął się szeroko, poruszył tnącym się kursorem w jego stronę.
- No dobra... Zobaczymy, co się uruchamia - dodał, dwukrotnie stukając na panelu dotykowym.
Powróciliśmy natychmiast do pulpitu, na którym zdążyło się już wyświetlić poprawnie część ikon. Nie czepiajmy się już faktu, że reszta nie posiadała jeszcze swoich nazw i oryginalnych skórek, a tylko obrazki prostej kartki papieru ze zgiętym rogiem oznaczającej tyle co „plik”. Okno Menadżera Zadań pojawiło się kilka sekund później ze słupkami obciążenia zakotwiczonymi na stu procentach mocy.
- Procesy... - przełączył zakładkę - Sporo tego. Czyli ciocia nie posłuchała się nas.
- Nie ma czasu na dłubanie w laptopie, chyba... - dodałem, analizując ścianę tekstu z zawartością wszystkiego tego, co procesor ma na głowie.
Część 55 / 5
- A zatem, klasycznie. Skype? Wynocha, won! - zawołał kuzyn, wyłączając niepotrzebny proces. Nieco ponad pięćdziesiąt mega pamięci operacyjnej zwolnione.
- Na kij tu jest ten Nod trzydzieści dwa?
- Nie wiem... Nie wyłączymy go. Już kiedyś próbowałem. Antywirusy się dobrze bronią.
- Widgety? Serio? - wskazałem na jedną z ostatnich pozycji na liście.
- Serio, serio... - kursor zaznaczył aplikację, jeden ruch i zniknęła - Już, nie ma. Kto tego używa? Zegar, kalendarz i notatki na pulpicie. Jeez...
Kolejne trzy minuty spędziliśmy czytając pozycję za pozycją i ręcznie wyłączając wszystkie, według naszej oceny, zbędne procesy, tak, aby maszyna wreszcie odżyła, omijając zaś szerokim łukiem te, których…