dla-dzieci · 1 godz. 17 min czytania
Amulet z Moynihaan
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Aga H.Soy
AMULET
Z MOYNYHAAN
SPIS TREŚCI
Prolog __________________________str 3 ROZDZIAŁ I Ceremonia wieku moons ______________ ROZDZIAŁ II Dom Yoniki ______________________ ROZDZIAŁ III Matti Crabbelg ____________________ ROZDZIAŁ IV Miasto Wygnańców____________________ ROZDZIAŁ V Porażka Salomona Kretta _________________ ROZDZIAŁ VI Tajemnica Reniferiona______________________ ROZDZIAŁ VII
ROZDZIAŁ PIERWSZY.
CEREMONIA WIEKU MOONS
Część 22 / 3
Pojawiła się w miasteczku niedawno, może pół roku temu. Przyjechała z rodziną państwa Moffinów do Korndeile wczesną wiosną, kiedy właśnie zakwitły krzewy azerii. Yanik zobaczył ją pewnego popołudnia nieopodal różowo kwitnącej azerii - rozwiane, rude włosy Yoniki, zielone śmiałe oczy Yoniki. Stała na środku chodnika i rozmawiała z kimś, żywo gestykulując. Yanik zrozumiał wtedy, ze kiedyś będzie musiał się z nią zaprzyjaźnić. Wiedział, że tak się stanie. Tak powinno się stać.
Yanik mieszkał w Korndeile od zawsze. Rodzice Yanika, Fransst i Keyla Ryfkin, przyjechali tu 12 lat temu. Tyle właśnie lat skończy Yanik w przyszły poniedziałek. Dwunaste urodziny Yanika będą wielkim świętem w rodzinie Ryfkinów. Takim samym świętem, jak w innych rodzinach, których synowie kończą wiek moons. Wiek moons to czarodziejska granica między światem dzieci, a światem prawdziwych deglerów. Przekroczenie wieku moons, czarodziejskiego czasu słodkiego nieróbstwa, beztroskiego dzieciństwa i nieokiełznanej zabawy, to naprawdę poważna sprawa. Potem nic już nie będzie takie jak dawniej. Dwunastoletni degler, którym już wkrótce stanie się i Yanik Ryfkin, staje się poważnym członkiem społeczności dorosłych. Może poznać najwyższe tajemnice życia, strzeżone zazdrośnie przez starszyznę Mrocznego Zamku na Wzgórzu Czwartego Kamienia. Nie każdy jednak dostąpi poznania wszystkich, największych tajemnic i sekretów świata deglerów. Tę możliwość będą mieli tylko ci, którzy wytrwają. Najlepsi, niepokonani deglerowie. Yanik wiedział, że czeka go trudna droga. Trudna, ale i nieodwracalna. Na razie jednak zastanawiał się, jak przetrwa dziesięciogodzinną ceremonię pożegnania z wiekiem moons. Przygotowania do święta trwały już od roku. Yanik chodził na specjalne, dodatkowe zajęcia do szkoły dla uczestników ceremonii. Od co najmniej dziesięciu miesięcy ćwiczył monotonną, śpiewną recytację Czternastej Księgi Przepowiedni. Musiał nauczyć się na pamięć tekstu, zapisanego na stu stronach. Lekcje były nużące, ale Yanik wiedział, że bez nich nigdy nie uda mu się zostać prawdziwym deglerem. Śpiewny tekst z Księgi Przepowiedni, napisanej w języku gingrich, zawierał wiele magicznych zaklęć, których znaczenie poznać będzie można dopiero w siódmym stopniu wtajemniczenia. Wszystkiego jednak najpierw trzeba nauczyć się na pamięć. Umysł dwunastolatka nie bez trudu pochłaniał kolejne rozdziały Księgi Przepowiedni, którą Yanik zdążył już trochę znienawidzić. Dużo przyjemniej było kopać piłkę, albo zjeżdżać po poręczy schodów; "ziuuuu" na sam dół. Można było sobie podobno przy tym skręcić kark - tak mówiła mama za każdym razem, kiedy przyłapała go na tej niecnej zabawie. Ale Yanik nie wierzył w takie bzdury. "Ziuuuu!" było wiele przyjemniejsze od śpiewnego gingrich, przy którym można było dla odmiany umrzeć z nudów, w co z kolei nie chciała uwierzyć mama. Tak czy inaczej, jedno czy drugie zajęcie zagrożone było śmiercią lub kalectwem. Z dwojga złego Yanik wolał umrzeć wrzeszcząc "ziuuuuuu!" niż, mamrocząc coś pod nosem, na wieki zamknąć oczy. Rodzice Yanika przygotowali już przed domem odpowiedni wystrój do ceremonii. Nieduży placyk, który wcześniej służył mu za plac zabaw, wysypali grubą warstwą szarosrebrnego piasku, przywiezionego specjalnie z nadmorskiego brzegu. Pośrodku usypali niewielki kopczyk, na którym położono płaski kamień ze Wzgórza Białego Kamienia. Kopczyk i kamień znajdowały się w okręgu, zakreślonym drobno tłuczoną kredą, barwioną na kolor ochry. Kamień symbolizował moc, piasek - ulotne dzieciństwo, przemijający świat, który nigdy nie wróci. W dzień ceremonii - poniedziałek - znajdzie się tu jeszcze mnóstwo świeżych kwiatów, girlandy z azerii, matrikozy, bukiety polnych bławatów i klartezji, wieńce z liści drzew pomarańczowych. Naokoło piaskowej sceny zabłysną lampiony i pochodnie o wonnym zapachu. Piasek, kamień, ogień i woda. Czas, moc, strach, prawda - z tym musi zmierzyć się Yanik.
YONIKA
- Yonika! - Yonika! - Zawołał. Rudowłosa postać odwróciła się. Dziewczynka rozejrzała się z zainteresowaniem. Nie zauważyła go. - Yonika! - Zawołał ponownie. - A, tu jesteś! - dziewczynka szukała go wzrokiem - Dlaczego mnie wołasz? Kim jesteś? Chyba cię nie znam? - zasypała go gradem pytań. Mówiła naprawdę bardzo szybko. Yanik już miał jej odpowiedzieć, ale... - A, to ty jesteś tym chłopcem, który mi się ciągle przygląda? Jestem pewna, że już cię kiedyś widziałam. Już wiem - stałam kiedyś obok tamtego krzewu azerii, widzisz? - Wskazała na krzew, przy którym Yanik zobaczył ją po raz pierwszy. - Pamiętam, że rozmawiałam wtedy z Rosą i nagle poczułam, że ktoś mi się uporczywie przygląda. Tak mi to przeszkadzało, że zapomniałam, o czym z nią rozmawiałam! Ha, ha, ha - Rosa była wtedy naprawdę bardzo zła. To byłeś ty, prawda? Wiesz, doskonale wyczuwam, gdy ktoś na mnie patrzy. Czuję wtedy coś takiego dziwnego - jakby robiło mi się gorąco, a zarazem zimno... To dziwne uczucie... Jestem Yonika. Yonika Moffin. A ty? - zapytała. Yanik był trochę zdumiony tymi wszystkimi pytaniami. Trochę też zawstydzony. " - A więc jednak - pomyślał. - Jednak zauważyła, że ją obserwuję. Wygłupiłem się chyba! - Hej, hej! - Zawołała Yonika. - Zasnąłeś? Zapytałam, jak masz na imię? - Nazywam się Yanik Ryfkin - wyrzucił jednym tchem. Był pewien, że zacznie się śmiać, zaczął żałować, że ją zawołał, ale jakoś tak mu się wymknęło... - Witam, Yaniku Ryfkin. Dlaczego mnie zawołałeś? - Zawołałem cię, dlatego że... No właśnie chciałem, żebyś przyszła na moją ceremonię pożegnania wieku moons. Mam prawo do zaproszenia jednej osoby. - wyrzucił z siebie jednym tchem. - Pomyślałem... że... może byś się zgodziła. - Świetnie! - Przyjdę z przyjemnością... ale co to jest - ceremonia pożegnania wieku moons? - zapytała ze zdziwieniem. - Wiesz, tutaj w Korndeile wszyscy chłopcy, kiedy kończą 12 lat, muszą wziąć udział w tej ceremonii w dzień swoich urodzin. To tak jak pożegnanie dzieciństwa. - odpowiedział. - Czy to coś jak bal szkolny? Będzie muzyka, słodycze, dziewczyny w kolorowych sukienkach i chłopcy w garniturach? Tak, Yaniku? - W jej głosie słychać było śmiech. - Wiesz, tam gdzie mieszkałam wcześniej, chłopcy zapraszali mnie do kina albo na lody. Chętnie przyjdę na tę ceremonię. W co mam się ubrać? Yanik zaczynał naprawdę żałować, że zawołał tę dziwną osobę. Miał wrażenie, że Yonika wyraźnie z niego drwi. Czyżby była naprawdę taką zwyczajną dziewczyną? W co ma się ubrać? Też pytanie! Naprawdę, źle zrobił, że ją zaprosił. Nagle Yonika zmieniła ton. - Wiesz, Yaniku. Przyjdę. Będę miała dla ciebie niespodziankę. Nie powiem ci, jaką - to sekret. Powiem tylko, że będzie to dar, który na pewno ci się przyda... - wyszeptała tajemniczo. - Muszę już iść. Spójrz, tam idzie mój wuj, Less Moffin. Jeszcze ci kiedyś o nim opowiem. Cześć, Yaniku. Pobiegła w stronę, z której nadchodził wuj Less. Yanik przyglądał się, jak razem z wujem wsiadają do dziwnego żółtego samochodu. Wóz ruszył, wypuszczając kłęby różowosinego dymu. Yanik przysiągłby, że dym miał zapach... perfum. Odjechali w stronę Wzgórza Czwartego Kamienia, na przedmieścia Korndeile, gdzie mieszkali państwo Moffin i ich dziwna córka Yonika. Yanik zastanawiał się, czy wuj Yoniki zauważył, jak rozmawiali. Wydawało mu się, że nawet przyglądał im się przez jakiś czas, ukryty za rogiem budynku. Nie było by dobrze, gdyby widział ich razem. Rozmowy chłopców z dziewczynkami nie były mile widziane, szczególnie w miejscach publicznych. Można było nawet zostać za to ukaranym. Yanik nie chciał żadnych awantur na kilka dni przed świętem wieku moons. Powinien był uważać. Dorośli nie lubią, kiedy dzieci im się sprzeciwiają. Yanik wiedział przecież, że chłopcy powinni mieć przyjaciół tylko wśród chłopców. Obowiązywała zasada separacji płci, a spotykanie się z dziewczynkami było dozwolone tylko w wyjątkowych przypadkach. Na przykład wtedy, gdy zbliżały się dwunaste urodziny - wtedy każdy dwunastolatek mógł zaprosić jako gościa, kogo chciał. Mogła być to nawet dziewczyna i nikt nie może się temu sprzeciwić.
PRZYBYCIE WUJA AKERLOFA
Wuj Akerlof Ryfkin znany był z tego, że ciągle się spóźnia. Na ceremonii miał pełnić honory opiekuna Yanika, który wprowadza go w nowy świat deglerów, ale oczywiście jeszcze go nie było. Co prawda do ceremonii zostało jeszcze kilka godzin, ale wuj powinien doglądać wszystkiego i udzielać Yanikowi ostatnich wskazówek. Nie był go jednak i nawet kuzynka Bersti nie miała pojęcia, kiedy może się zjawić. To było do niego podobne, nie ma co! Mama Yanika była bardzo zdenerwowana. - Frosst - mówiła do ojca Yanika - zadzwoń do Quelshów, może oni będą wiedzie coś o wuju. Wiesz, że lubi tam przebywać. Może grają w karty z panem Quelshem i wuj zapomniał o całym świecie. - Ależ Keylo, co ty opowiadasz! Wuj jest może trochę roztrzepany, ale na pewno nie zapomniałby o swoim bratanku w takiej chwili! Na pewno pojechał w poszukiwaniu jakiegoś szalonego prezentu, znasz go przecież! Zawsze musi zaskoczyć wszystkich jakimś wyjątkowym, niepotrzebnym i uroczym prezentem. Na pewno się nie spóźni. Yanik! Uspokój mamę i pomóż jej układać girlandy w ogrodzie! Aha, Yanik. Czy strój do ceremonii przygotowany? - zapytał. - Tak, tato, strój jest gotowy. - Myślę, że już czas go założyć - powiedział ojciec. - Chodźmy. Ojciec ruszył w stronę garderoby, w której Yanik od tygodnia zajmował się przygotowywaniem stroju na dzisiejszą ceremonię. Tradycja nakazywała, aby chłopiec własnoręcznie wykonał płaszcz, którym okryje się podczas święta. Płaszcz był piękny, długi - sięgał do samej ziemi, kiedy Yanik miał go na sobie. Yanik uszył go z bardzo miękkiej, koźlej skóry, którą zgodnie ze zwyczajem otrzymał od swojego ojca. Płaszcz szyto od lat zawsze według tego samego, tradycyjnego wykroju. Wszyscy chłopcy, którzy ukończyli 12 lat, nosili takie same płaszcze. Był to rodzaj ogromnej peleryny z kapturem, w kolorze czerwonego wina. Yanik wykonał swój płaszcz bardzo starannie - był z niego dumny. Ojciec pochwalił chłopca - Yanik, naprawdę dzielnie się spisałeś. Twój płaszcz jest naprawdę piękny. Zasługujesz na swoje święto, chłopcze. Yanik zaczął się ubierać. Świąteczny strój nie był wygodny, a chłopiec musiał wytrzymać w nim długotrwałą ceremonię. Najpierw założył granatowe, obcisłe spodnie z połyskującej tkaniny. Górę spodni przytrzymywał szeroki, purpurowy pas z połyskującą srebrną klamrą. Do tego granatowa koszula z wielkim, stojącym kołnierzem i długimi, dzwonowatymi rękawami. Na nogi założył specjalne, świąteczne buty z długimi do kolan cholewami. Stroju dopełniał płaszcz i granatowy kapelusz z niewielkim rondem. - I jak, tato? - Zapytał Yanik, odwracając się do ojca. - Świetnie. Wyglądasz zupełnie jak ja podczas mojej ceremonii. Ha, synu, to było 20 lat temu! Chodźmy, pokażesz się matce. Będzie zachwycona. Nie mogła się doczekać tej chwili. Goście powoli zapełniali główny salon w domu państwa Ryfkin. Zaproszono naprawdę same znakomitości - burmistrza Simona z żoną, Państwa Redfernów, właścicieli największej fabryki amuletów w okolicy, przyjaciół domu państwa Quelshów, państwa Crabbelgów z synem Mattim, i innych bardziej lub mniej znajomych rodziny. Przede wszystkim Yanik nie sądził, aby byli to jego znajomi. Gdyby miał coś do powiedzenia, wielu gości nie pojawiłoby się tutaj. Ale nie miał nic do powiedzenia. Mama pełniła honory domu. Stanęła przy drzwiach wejściowych i z promiennym uśmiechem witała przybywających gości, odbierając z ich rąk prezenty dla Yanika. - Witam Pani Frakley, wspaniały kapelusz!, - Witam panią burmistrzową, jaka piękna suknia!- - Panie Redfern, cóż za wspaniały prezent, naprawdę dziękuję. Syn będzie zachwycony! - Mama dawała sobie świetnie radę w takich okolicznościach. Wydawało się, że zupełnie nie męczy ją ciągłe uśmiechanie się do wszystkich przybyłych gości. Uśmiechała się nawet do tych, których nie lubiła. Yanik wiedział, że dzisiejszy dzień jest dla niej jednym z najważniejszych dni w życiu. Jest to tak ważny dzień jak ten, w którym się urodził. Mama powiedziała mu to kiedyś. - Yanik, kiedy się urodziłeś, byłam bardzo szczęśliwa. Był to najpiękniejszy dzień w moim życiu. Teraz, kochany Yaniku, czekam na twoje 12 urodziny. Czekam z niecierpliwością. Będzie to drugi z moich najszczęśliwszych dni. - Yanik zamyślił się. Tak, to prawda, od kilku dni dręczył go jakiś niepokój. Był pewien, że ma to związek z ceremonią wieku moons, ale nie miał pojęcia, skąd to dziwne uczucie. To nie był strach, nie. Yanik nie bał się o święto. Bał się o siebie, nie wiedział tylko, dlaczego. Nagle coś wyrwało go z zamyślenia. Ze zdziwieniem rozejrzał się. Wszyscy goście w salonie umilkli na chwilę i patrzyli w jednym kierunku- w stronę drzwi wejściowych. Co ich tak zaskoczyło? Yanik czym prędzej spojrzał w tę stronę . W drzwiach stała Yonika. -Doby wieczór, Pani Ryfkin. - Powiedziała. - Yanik mnie zaprosił - dodała, widząc zaskoczoną minę matki - Chyba się nie spóźniłam? - Spytała niepewnie, ponieważ Pani Ryfkin nadal nie odzywała się. Nie zaprosiła jej również do środka. - Oczywiście, droga Yoniko - odezwała się w końcu mama - Ależ nie, nie spóźniłaś się. To ty, domyślam się, jesteś specjalnym gościem Yanika? Przepraszam, nie zorientowałam się w pierwszej chwili, stąd moje zaskoczenie. Nie wiedziałam, że się znacie. - W głosie mamy słychać było nutę zdenerwowania, chociaż próbowała to ukryć. - Yanik, przyszła Yonika, twój specjalny gość. Przywitaj się z nią. Yanik rozejrzał się po sali. Goście wrócili już do swoich rozmów i w domu słychać było gwar przeplatających się dziesiątek rozmów. Chłopiec odetchnął. Gwar nie przeszkadzał mu - przeciwnie, można było, nie zwracając niczyjej uwagi, podejść do drzwi i przywitać się z Yoniką. Yanik bardzo się cieszył, że przyszła. Chociaż widział pytający wzrok mamy, i wiedział, że nie jest zadowolona z jego wyboru, nic go to nie obchodziło. Yonika przyszła i to było najważniejsze. - Witaj, Yoniko. - Witaj, Yaniku - Wspaniałe przyjęcie. - powiedziała. - Pozwól, Yoniko, że przedstawię ci moich rodziców. To moja mama, Keyla Ryfkin, a to mój tata, Frosst Ryfkin. Mamo, tato - zwrócił się do rodziców - to jest Yonika. Mój specjalny gość. - Witaj, Yoniko. - Powiedziała mama. - Chyba wiesz, co to znaczy być specjalnym gościem na ceremonii wieku moons? To naprawdę wielkie wyróżnienie. Będziesz mogła usiąść na ławeczce obok na i przyglądać się, jak Yanik staje się dorosły. Wiesz, co to znaczy? - Mama nie mogła ukryć żalu. W jej głosie słychać było zawód i gorycz. Tak, Yanik wiedział, że to zepsuje jej uroczysty nastrój. Zaproszenie dziewczynki na dwunaste urodziny chłopca w miasteczku Korndeile było naprawdę niezwykłe. Na dodatek jeszcze takiej dziewczynki jak Yonika! Rzeczywiście - chociaż Yonika czuła, że jej obecność tutaj trochę psuje nastrój rodzicom chłopca, wcale nie wyglądała na zmartwioną. Właściwie w ogóle nie przejęła się tym. - Ależ oczywiście, Pani Ryfkin, że wiem, co to znaczy być specjalnym gościem! Wspaniałe przyjęcie, naprawdę. Yaniku, masz niesamowity strój. Ten płaszcz jest fantastyczny! Popatrz, jest dokładnie w kolorze mojej sukni! - Dziewczynka tego wieczoru wyglądała inaczej niż zwykle. Piękne, długie rude włosy miała z tyłu spięte spinką, do której przyczepiła amarantową różę. Suknia, którą nosiła była zupełnie prosta, nie miała żadnych ozdób - wyróżniał ją tylko ten niesamowity, głęboki kolor czerwonego wina. Kiedy stanęła obok Yanika, wyglądali jak brat i siostra. Yonika miała na szyi rzemyk z dziwnym wisiorkiem. Wyglądał na niepozorny kamyk - od czasu do czasu jednak wydawało się, że świeci delikatnym, różowym światłem. - Pięknie wyglądasz, Yoniko. - Powiedział Yanik. - Yanik, Yanik! Czy mógłbyś mi pomóc? - Yanik usłyszał głos mamy. - Choć tu na chwilę! - Głos dobiegał od strony kuchni. Chłopiec wiedział, że teraz mama będzie go pytać, dlaczego właśnie Yonikę wybrał na swojego specjalnego gościa. Nie miał ochoty iść do kuchni i tłumaczyć tego matce, ale nie chciał zwracać na siebie uwagi. Byłoby dziwne, gdyby nie poszedł, gdy woła go mama. Nie wypadało. Szczególnie tutaj, w Korndeile. - Słucham, mamo. - Och, Yaniku, dlaczego? Dlaczego mi to zrobiłeś? - Zapytała z wyrzutem mama. - Dlaczego zaprosiłeś właśnie ją? Skąd wy się znacie? Wiesz przecież, że nie pochwalam takich znajomości. Wiesz, że nie jest mile widziana przyjaźń chłopców z dziewczynkami. Nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi. To spóźniony wuj Akerlof oznajmiał swoje przybycie. Mama pobiegła otworzyć. Wuj z łoskotem wpadł do przedpokoju, gdzie swą zamaszystą peleryną strącił z komody mały wazonik. - Brzdęk! - Wazonik rozbił się. Na podłodze zostało kilka skorup, kilka połamanych kwiatów i mokra plama po rozlanej wodzie. - U, ha! - wrzasnął wuj. - To na szczęście! Witaj, mój kochany bratanku! Gdzie się ukrywasz, choć no tutaj do mnie!? Mam dla ciebie coś specjalnego, mój chłopcze! - Wołał wuj, wcale nie speszony swoim niezgrabnym wejściem. - Yanik, powiedz no swojej kochanej mamie, żeby nie sprzątała tych skorup! - Zawołał na widok mamy zbliżającej się z miotłą i szufelką. - A Fe, droga Keylo, a Fe! Nie ruszaj tego! To na szczęście, jak powiedziałem! Zatem można będzie zacząć sprzątać dopiero jak wyjdą goście! A jak wiem, wyjdą wtedy, gdy skończy się ceremonia! A przecież ceremonia się jeszcze nie zaczęła! - Pokrzykiwał wuj. - A co to znaczy? To znaczy, że czas zaczynać! Yanik! Chodź, zanim zaczniemy, dostaniesz ode mnie pierwszy prezent! Spójrz! - Wuj z tajemniczą miną włożył rękę do kieszeni spodni, po czym, lekko wyszarpując rękę, wyjął z stamtąd małe zawiniątko. - Wiesz, chłopcze, co to może być, ha? To jest naprawdę rzecz niezwykła! - Wołał wuj, odwijając zawiniątko z papierka. - To jest, mój chłopcze, amulet! - Krzyknął, a w jego ręku pojawił się niewielki wisiorek, zawieszony na zwykłym, skórzanym rzemyku. - Ten amulet jest prawdziwym, czarodziejskim kamieniem, który zrobi z ciebie deglera! - Mówił, zakładając Yanikowi wisiorek na szyję - Pamiętaj, że nigdy nie wolno ci go zdejmować! Inaczej cała praca, którą włożysz w to, żeby zostać prawdziwym deglerem, pójdzie na marne! - No i jak, chłopcze? - spytał wuj Akerlof. - Dziękuję, wuju. - Odpowiedział Yanik. Spodziewał się, że dostanie amulet. Dostawali go wszyscy chłopcy na swoje dwunaste urodziny. Wszyscy, którzy chcieli zostać deglerami. A Yanik chciał. Amulet miał go chronić, ale jak, tego Yanik nie wiedział. Legenda mówiła, że moc amuletu ujawnia się dopiero w chwili prawdziwego niebezpieczeństwa. Wtedy każdy chłopiec, który ma szansę zostać deglerem, uniknie złych przygód dzięki mocy amuletu. Nikt jednak nie wiedział, kiedy to nastąpi. Yanik dotknął wisiorka - wyglądał ja zwykły, szary kamień z dziurką u góry, przez którą przewleczono rzemień. Od dziś ten kamień miał go chronić. - Czas zaczynać ceremonię - usłyszał głos ojca. Pan Frosst Ryfkin stał na środku salonu. - Drodzy goście, przyjaciele i kuzyni, którzy tu przybyliście! Witam was na największym święcie naszej rodziny. Witam was na dwunastych urodzinach mego syna, Yanika Ryfkina. Witam was na ceremonii wieku moons!
YONIKA DAJE AMULET YANIKOWI
Część 33 / 3
Yoniko, jak ci się podobało? - Zapytał Yanik. - Wiesz, że teraz wszedłem już do świata dorosłych? Wiesz, że będę mógł zostać prawdziwym deglerem? To wspaniała ceremonia, prawda, Yoniko? - Nie obraź się Yaniku, ale muszę ci to powiedzieć. Wiesz, że mieszkam w Korndeile od niedawna, prawda? Być może, dlatego nie rozumiem jeszcze w pełni waszych obyczajów, ale nie podoba mi się, że dwunastoletni chłopiec ma nagle stać się dorosłym. Jesteś jeszcze małym chłopcem, Yaniku i żadna ceremonia tego nie zmieni. Powinieneś bawić się, cieszyć i robić różne głupstwa. Jak dziecko. A ty nagle masz stać się dorosłym. To dziwne i smutne. Tak myślę. Ale, pomimo tego, Yaniku, ja również mam dla ciebie prezent. Chciałabym i go dać. Czy jesteś już gotów? - sięgnęła rękami do tyłu i włożyła je pod włosy na szyi. - Co robisz, Yoniko? - - Próbuję odpiąć mój amulet. To mój prezent dla ciebie. - Po co mi amulet? Mam już jeden, dostałem go dziś od wuja Akelrofa. - Wiem, ale to jest specjalny amulet. Proszę, pozwól mi go założyć na twoją szyję. - Yonika w końcu uporała się z zapinką i zdjęła z szyi mały kamyczek świecący różowym blaskiem. Przez chwilę trzymała go przed sobą i przyglądała mu się spod lekko zmrużonych powiek. - Zbliż się, żebym mogła ci go założyć - powiedziała. Yanik zbliżył się i schyli głowę. Zapięła łańcuszek na jego szyi. - Podnieś głowę, Yaniku. A teraz spójrz na kamień. Pochylił głowę i spojrzał na swoją pierś, tam gdzie znajdowały się dwa kamienie - amulet wuja Akerlofa i amulet Yoniki. Nagle stało się coś niesamowitego. Mały, różowy amulet Yoniki zaczął wtapiać się w szary kamień wuja Akerlofa. To było naprawdę niesamowite - amulety połączyły się, a właściwie wyglądało to tak, jakby amulet Yoniki został wchłonięty przez szary kamień wuja Akerlofa, jakby zniknął! - Co się stało, Yoniko! Twój wisiorek zniknął! - krzyknął zdziwiony. - Nie zniknął, Yaniku. Jest i zawsze będzie z tobą. Mój amulet jest w środku twojego kamienia. Zobaczysz go wtedy, kiedy będzie groziło ci coś złego. Wtedy będzie świecił różowym, bladym światłem. Takim, jak ten - Yonika pokazała palcem miejsce na swojej sukni, gdzie przed chwilą jeszcze wisiał różowy kamyk. Chłopiec spojrzał i nie wierzył....on tam ciągle był! - Yoniko! Przecież zdjęłaś go przed chwilą z szyi. To...niemożliwe! Przecież go zdjęłaś, widziałem! - wołał Yanik, niczego nie rozumiejąc. - Tak, zdjęłam go, to prawda. Ale taka jest właśnie moc tego amuletu. On nigdy nie znika. Zawsze jest przy tym, kto go potrzebuje. Mówiłam ci przecież. Ja też go potrzebuję. Dlatego jest ze mną. Teraz także zawsze będzie z tobą.
ROZDZIAŁ DRUGI.
SZKOŁA DEGLERÓW.
Dzień po ceremonii wieku moons miał być pierwszym z dni, które miały przygotować Yanika do zostania prawdziwym deglerem. Jednak on nie miał już na to takiej ochoty jak dawniej. Być może sprawiła to wczorajsza rozmowa z Yoniką, zaraz po zakończeniu ceremonii. Chociaż Yanika uraziły jej słowa, w duchu przyznawał jej rację. Nie wiedział, dlaczego tak myśli, nie chciał nawet się do tego przyznać sam przed sobą. Jednak nie mógł zaprzeczyć, że coś było nie tak. Nurtowały go wątpliwości, pytania bez odpowiedzi. Dawniej, kiedy czegoś nie wiedział, wystarczyło zapytać rodziców i zawsze znalazło się jakieś wytłumaczenie. Teraz było inaczej. Yanik nie mógł tym razem ich zapytać. Nie mógł zadać pytania - po co była ceremonia, po co ma zostać deglerem? Samo pytanie było nie na miejscu. Zostanie deglerem było jedną z najważniejszych rzeczy, jaka czekała go w życiu. Od dzieciństwa był do tego przygotowywany, od dzieciństwa czekał tylko na to, kiedy w końcu będzie mógł zostać deglerem. A teraz, kiedy pomyślnie przeszedł ceremonię, teraz, kiedy jest już na najlepszej drodze, ma takie wątpliwości? To nie wróżyło nic dobrego. Yoniko, dlaczego to powiedziałaś? Yoniko! Mimochodem spojrzał na amulet, który dostał od Yoniki.(a może od wuja Akerlofa ? - sam już nie wiedział). Amulet wyglądał tak samo, jak wczoraj wieczorem - zwykły kamień z dziurką, przewleczony rzemieniem. Yanik zaczął powątpiewać w jego niezwykłą moc. Niepokoiło go jednak wczorajsze zdarzenie, którego był świadkiem - moment połączenia w jedno dwóch amuletów widział zupełnie wyraźnie. Tak, to zdarzyło się naprawdę. Amulet od Yoniki. Kim jest Yonika? - Yanik! - usłyszał wołanie matki. Pozbierał się szybko. Dzisiaj pierwszy dzień w nowej szkole. Nie może się spóźnić. - Już idę, mamo ! - Zbiegł szybko schodami na dół, do kuchni, gdzie matka przygotowywała dla niego śniadanie. Ale dzisiaj śniadania nie było. - Yanik ? - Tak, mamo? - zapytał. - Musimy porozmawiać, synku. O tym, co się zdarzyło wczoraj. Powiedz mi, dlaczego przyjaźnisz się z tą dziewczynką? Ukrywałeś tę znajomość przed nami? Wierzyłam ci. Wczoraj zawiodłeś nas, mnie i ojca. Chcieliśmy dla ciebie jak najlepiej. Obiecaj mi, że już nigdy się z nią nie spotkasz. - Mamo, proszę. Niczego prze wami nie ukrywałem. Nawet jej nie znam, nie znałem jej wcale nawet przed tym, jak zaprosiłem ją na ceremonię wieku moons. Po prostu chciałem, żeby była moim specjalnym gościem. To wszystko. - Obiecaj, że nie będziesz się z nią spotykać! - Przecież nic się nie stało. Mamo, jestem dorosły, prawda? Od wczorajszego dnia powinniście mnie tak traktować, czy nie? Taka jest tradycja? Powinniście bardziej mi wierzyć. Yanik nie chciał ciągnąć tej rozmowy. Nie chciał zapytać matki, dlaczego właściwie nie może spotykać się z Yoniką. Czuł, że matka nie odpowiedziałaby mu. W drodze do nowej szkoły postanowił, że musi porozmawiać z Yoniką. Jedynym sposobem, aby ją spotkać, były odwiedziny w jej domu. Wiedział, gdzie mieszka i postanowił tam pójść zaraz po lekcjach. Postara się tylko, aby nikt go nie widział, ponieważ nie chciał narażać się na ciągłe pytania ze strony rodziców. - Wygląda na to - pomyślał Yanik - że będę musiał się ukrywać. *** Szkoła Deglerów mieściła się przy Alei Wiązów. Yanik był tutaj kiedyś może raz czy dwa. Oczywiście nie był nigdy w środku - tam mogli wchodzić tylko dwunastolatkowie i starsi chłopcy, a on przecież dopiero wczoraj skończył dwanaście lat. Yanik marzył o tym, aby wejść kiedyś do środka. Szkoła Deglerów była najbardziej tajemniczą szkołą w Korndeile. Tutaj działy się naprawdę niesamowite rzeczy. Sama szkoła była niesamowita. Budynek stał na niewielkim wzgórzu, u stóp którego wiła się aleja otoczona z dwóch stron stuletnimi wiązami. Szkołę widać było z daleka z każdego punktu małego Korndeile. Wielkie gmaszysko przypominało o tym, że Korndeile nie jest zwykłą mieściną. Budynek szkoły otoczony był murem, wysokim na co najmniej 5 metrów. Mur był bardzo stary i prawie cały porośnięty dzikim winem. Latem wyglądał jak wielka, zielona pierzyna, zawieszona na murze wokół szkoły. Gorzej było zimą, kiedy opadły liście i mur otaczała plątanina szarych badyli, powykręcanych w cztery strony świata. Wieczorem naprawdę można było się przestraszyć, szczególnie, gdy wiał wiatr i badyle chrzęściły złowrogo. W murze znajdowała się wielka, dwuskrzydłowa brama wejściowa, która prowadziła na główny dziedziniec szkoły. Brama była bardzo stara (niektórzy mówili, że miała 500 lat!). Kiedy ją otwierano, za każdym razem skrzypiała przeraźliwie. Brama zrobiona była z drzewa, a skrzydła drzwi były bogato rzeźbione. Były tam różne postacie, jakieś zwierzęta i inne stwory, o których podobno uczyli się uczniowie w starszych klasach. Kołatka i mosiężne klamki - były tak olbrzymie, że trzeba by nie lada siły, żeby móc je nacisnąć. Umiał to robić tylko Pan Dagemot - woźny i odźwierny w jednej osobie. Pan Dagemot chodził z równie wielkim, mosiężnym dzwonkiem i kiedy był czas na przerwę, dzwonił i krzyczał : "Przerwa, przerwa , deglerowie na podwórze, przerwa !" .Potem Pan Dagemot zamykał wielką bramę kluczem, który zawsze nosił przy sobie. Mówiono, że Pan Dagemot jest tak stary, jak ta brama (ma 500 lat, a może jeszcze więcej!). Ktoś, komu udało się wejść za główną bramę, ukazywał się gmach szkoły w całej swej okazałości. A było na co popatrzeć! Główny gmach miał 7 pięter, po których można było poruszać się windą na zewnątrz budynku. Z windy korzystali głównie nauczyciele - uczniom nie wolno było nią jeździć, chyba że któryś dostał się tam podstępem. Do budynku prowadziła druga brama, równie stara i ogromna jak ta pierwsza. Ją też umiał otwierać tylko Pan Dagemot. W środku był mały przedsionek, z którego wchodzi się wprost na ogromne schody, które liczyły 54 stopnie. Żeby dostać się na I piętro (a tam odbywały się wszystkie lekcje) trzeba było codziennie wdrapać się na te 54 stopnie. Schody wyłożono grubym, zielonym suknem, które nieco przetarło się na zgięciach. Podłogi w całej szkole wyłożono kamiennymi tablicami, na których wyryto jakieś dziwne litery. Niektórzy mówili, że płyty te pochodzą z rozebranych starych domów, które kiedyś stały w starej części Korndeile. Podobno mieszkali tam osadnicy z zachodu, plemię kantów. Osiedle rozebrano, a płyty wykorzystano do pokrycia szkolnej posadzki. W każdym razie posadzka była zimna i w całej szkole przez to wiało nieprzyjemnym chłodem. Gdzieniegdzie kamienne tablice porastała cienka warstwa szarozielonego mchu, co stwarzało jeszcze większe wrażenie panującego tutaj chłodu. Korytarze przy wejściu na piętra oddzielone były od schodów ciężkimi i grubymi kotarami. Każde piętro miało inny kolor kotary, dzięki temu można było orientować się, na którym jest się teraz piętrze. Na przykład na pierwszym wisiały ciemnogranatowe ze złotym szlaczkiem na dole, na drugim w kolorze butelkowej zieleni, na trzecim rdzawoczerwone, na czwartym ciemnożółte (to piętro najbardziej lubili uczniowie, bo był to jedyny korytarz, na którym nie było ciemno). Piąte piętro było purpurowe , szósteI - fioletowe .Siódme piętro było najdziwniejsze ze wszystkich. Kotara miała kolor czarny, ale zaraz za nią znajdowały się solidne, drewniane drzwi, które zawsze były zamknięte. Podobno była tam pracownia malarska Pana Skroot, dyrektora szkoły, ale wtajemniczeni mówili, że to nieprawda. Siódme piętro było tajemnicze, niedostępne, straszne. Może właśnie dlatego uczniowie zawsze chcieli się tam dostać. Drzwi nosiły ślady niezliczonych prób otwarcia zamka, niekoniecznie kluczem. Podobno byli tacy, którym udało się wejść do środka, ale nic więcej nie było wiadomo. Nikt nigdy nie powiedział ,co zobaczył tam naprawdę.
SAXENIAN
- Hej, mały! - krzyknął ktoś za plecami Yanika. - Nie stój tak na środku! Popatrz, stoisz na emblemacie szkoły! Złaź stąd! Nie wiesz, że nie wolno deptać szkolnych insygniów? Yanik spojrzał pod nogi. Rzeczywiście, stał na jakimś znaku. Przyjrzał się uważnie - widział jakąś złotą strzałę, liście - tak, to chyba były dębowe liście, skrzydło ptaka i jakieś dwie wijące się po bokach wstęgi... - A! - krzyknął nagle Yanik. Poczuł, jak coś owija się wokół jego nóg! Próbował się ruszyć, ale to coś trzymało go bardzo mocno! Czuł, jak coś śliskiego i mokrego wspina się po jego prawej nodze. Był przerażony, ale nie mógł nic zrobić! Rozejrzał się dookoła, chciał krzyknąć- " Na pomoc!". Kiedy podniósł głowę, zrozumiał ,że to nic nie da. Wokół niego stała spora gromadka uczniów, wszyscy zanosili się ze śmiechu. - Dosyć ! - usłyszał nagle surowy, nieco ochrypły głos. - Skończcie tę zabawę! - to była Pani Klara Hafflet. Pani Hafflet, o czym przekonał się Yanik dość szybko, była bardzo ważną osobistością w Szkole Deglerów. Pani Hafflet oficjalnie zastępowała dyrektora, Pana Skroot, ale wszyscy dobrze wiedzieli, że to ona naprawdę rządzi szkołą. Dyrektor był starym dziwakiem, który większość czasu spędzał na siódmym piętrze, a jego rola ograniczała się do składania podpisów na dokumentach, które dostarczała mu Pani Hafflet. - Dosyć, powtarzam! - krzyknęła stanowczo Pani Hafflet. Yanik poczuł, że uścisk na nogach zelżał i to coś wycofuje się. Spojrzał w dół i ... mógłby przysiąc, że widział dwa węże, które wypełzły z emblematu, na którym stał i oplotły jego nogi. Węże jednak wycofały się, wróciły na swoje miejsce na rysunku i znieruchomiały. - Chłopcze, zejdź ze znaku! - powiedziała Pani Hafflet. - Jeśli jeszcze nie wiesz, że nie wolno po nim deptać, to myślę, że ta lekcja nauczyła cię tego ! - pouczyła Yanika tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Ten, kto to zrobił, niech uważa ! - spojrzała w stronę gromadki, otaczającej stojącego w środku Yanika. - Takie zabawy mogą się źle dla niego skończyć ! - pogroziła palcem. Pani Hafflet nie była miłą osobą, ale tym razem wybawiła Yanika z opresji. Naprawdę był w niebezpieczeństwie. "Niebezpieczeństwo!"- przemknęło Yanikowi przez myśl. "Amulet, mam przecież amulet - to na pewno on mnie uratował! Yoniko, miałaś rację - on zawsze będzie przy mnie!" - Nagle Yanik przypomniał sobie słowa wuja Akerlofa - "Przecież to wuj mówił o tym, że amulet będzie mnie chronił. Może to był amulet wuja? Nie wiem, co za zamieszanie z tymi amuletami!" - Słuchaj, synku! - usłyszał z tyłu drwiący głos. Odwrócił się. Stał przed nim bardzo wysoki chłopak. Trochę dziwny - miał bardzo długie nogi i ręce i był chudy. Nawet bardzo chudy. Przy tym miał dziecięcą twarz - minkę prawie cherubina, niebieskie oczy i blond włosy z przyciętą równo grzywką. Dryblas powtórzył - Słuchaj, synku ! Widzę, że jesteś tu nowy. Jak większość pierwszoklasistów, od razu wlazłeś na emblemat na dziedzińcu. Ha, ha, ha - roześmiał się. - Napędziłem ci niezłego stracha tymi wężami, co? Na przyszłość będziesz wiedział - rysunek omijaj z daleka, ofermo! Miałeś szczęście, że przyszła ta jędza Hafflet. Ale poczekaj, nie jedną sztuczkę jeszcze ci pokażę, synku. Jestem Saxenian. Zapamiętaj to sobie. Saxenian to znaczy bardzo wiele. Dowiesz się w odpowiednim czasie, synku. - powtórzył. - A teraz zmykaj stąd, co tak stoisz? Już cię nie ma! - wrzasnął Saxenian. Yanik nie bardzo wiedział, co się dzieje, ale był pewien, że Saxenian oznacza nic innego, tylko kłopoty. Odwrócił się bez słowa i ruszył w stronę szkoły. " Ciekawe, co mnie jeszcze dzisiaj spotka" - pomyślał. PRZEMÓWIENIE KLARY HAFFLET
Wszedł do środka budynku, który dotąd znał tylko z opowieści. Wszystko, co o nim mówiono, było prawdą. Był olbrzymi i tajemniczy. Tak, to było właśnie to, czego Yanik się spodziewał. Olbrzymi korytarz, kamienna, zimna podłoga, kolorowe kotary. Zaczął się zastanawiać, co ma teraz począć. Powinien odnaleźć swoją klasę, nie bardzo jednak wiedział, jak. Nie był tu przecież nigdy przedtem, a zapytać się też nie bardzo miał kogo, bo nagle korytarze opustoszały i nie było nikogo, kto by mu pomógł. - Chłopcze, co tak stoisz? - usłyszał za plecami tubalny, męski głos. Odwrócił się szybko. To był Pan Dagemot, szkolny stróż. - Ja.. ja... Jestem tutaj pierwszy raz. - powiedział trochę lękliwie. - Nie wiem, dokąd mam pójść. - No tak, zawsze ci pierwszoklasiści! Zagubione, bezradne owieczki! Barany, nie owieczki! - mruknął niezbyt sympatycznie Pan Dagemot. - Rusz się, chłopcze! Wszystkie pierwszaki mają teraz spotkanie z Panią Hafflet i Panem Skroot w Sali Kolumnowej w Zachodnim Skrzydle, zwanym Purpurowym. Biegnij na prawo tym korytarzem, aż dobiegniesz do wielkich, dębowych drzwi na końcu korytarza! Za tymi drzwiami jest Sala Kolumnowa. Tylko uważaj - drzwi są bardzo ciężkie i potwornie skrzypią! Jeśli otworzysz je w chwili, gdy będzie przemawiać Pani Hafflet, zepsujesz jej występ! Ha, ha, ha, a wtedy na pewno będziesz miał kłopoty! -Pan Dagemot wycelował palcem wskazującym prawej ręki w ciemną czeluść korytarza. - Tam, biegnij, na co czekasz! Yanik niepewnie ruszył w stronę wskazaną przez Pana Dagemota. Czuł się trochę nieswojo, tym bardziej, że w korytarzu w ogóle nie było oświetlenia. Nic nie widział! Jak miał trafić do dębowych drzwi w tych ciemnościach! Odwrócił się - nie, nie pójdzie. Nie, żeby był tchórzem, ale... Ruszył przed siebie zdecydowanie, nagle... Coś go zatrzymało ... Ha , ha. - wiedziałem, że wrócisz! - to był Pan Dagemot. - Wy zawsze wracacie! Marsz przed siebie, ale już! Nie myśl sobie, że opuścisz przemówienie Pani Hafflet! Jestem tutaj d tego, żeby wszyscy wysłuchali, co ma do powiedzenia! Naprzód! Będę tutaj stał dotąd, aż nie usłyszę skrzypienia drzwi od Sali Kolumnowej. Yanik nie miał wyjścia. Ruszył ciemnym korytarzem w stronę, gdzie spodziewał się znaleźć jakieś drzwi. Powoli jego oczy przyzwyczajały się do ciemności. Zaczynał dostrzegać zarysy ścian korytarza - miękkie, zaokrąglone łuki ścian i sklepienie sufitu nad głową. Korytarz był bardzo wąski i niski. Zdawało się, że sufit wisiał tuż nad głową. Wystarczyło wyciągnąć rękę, by go dotknąć. Ale nie - kiedy podnosił rękę do góry, sufit nagle się oddalał, jakby płynął ku górze. Brr.. - pomyślał Yanik. Co za okropne miejsce. Zacisnął zęby i ruszył pewnie przed siebie. Postanowił nie rozglądać się, tylko iść prosto do celu, który gdzieś tu powinien być. Drzwi. Dębowe, skrzypiące drzwi. Drzwi do Sali Kolumnowej. Korytarz zwężał się coraz bardziej. Było coraz bardziej ciasno i coraz ciemniej. Gdzie te drzwi! Nagle chłopiec potknął się - bum... usłyszał jakiś głuchy łoskot. Złapał się za głowę. Tak, uderzył w coś głową. Aj, boli. Ten odgłos. Co to może być? To chyba drzwi. Uderzył w nie głową. Nareszcie, są. Yanik zupełnie zapomniał o bólu. Na czole będzie na pewno guz jak śliwka. To nic. Znalazł drzwi! Spojrzał przed siebie. W mroku dojrzał wielkie, dwuskrzydłowe, drewniane drzwi z metalowymi ozdobami. Otwierały się skrzydłami na dwie strony. Pośrodku tkwiła wielka, metalowa klamka o dziwnym kształcie. Przez szpary w drzwiach widać było sączące się światło z wnętrza sali. Yanik zajrzał przez jedną z większych szpar do środka. Zobaczył fragment wielkiej sali, pośrodku której stały masywne, marmurowe kolumny wspierające olbrzymie, łukowate sklepienie. Na obwodach sali widział gromadkę uczniów, ustawioną w okrąg. Pośrodku okręgu stał jakiś niski mężczyzna i gestykulując zamaszyście, mówił coś do zebranych. - To chyba Pan Skroot - pomyślał - Spóźniłem się. Powinienem wejść niepostrzeżenie. Ale woźny ostrzegał mnie, że te drzwi skrzypią. Może poczekam, aż będzie przerwa? Na pewno zrobią jakąś przerwę? - zastanowił się. Postanowił zaczekać. Zastygł cicho w bezruchu, z okiem przytkniętym do szpary w drzwiach. Ciiicho, cyt! Będzie stał tu spokojnie jak baranek. Tak cicho, jakby go tu wcale nie było! Stał tak przez chwilę, ale ta pozycja zaczęła go męczyć. Niewygodnie! - mruknął. O rany, długo mam tu jeszcze tak stać! Nie dam rady - a jeśli nie będę się patrzył przez szparę, przegapię, kiedy będzie przerwa. Jest mi koszmarnie niewygodnie! - Oparł jedną dłoń jak najciszej na drzwiach. Druga najpierw zwisała bezwładnie, a potem powoli, bezwiednie powędrowała w kierunku wiszącego u szyi chłopca amuletu. Lewa dłoń ścisnęła kamień odruchowo, tak jakby chciał zrównoważyć ciężar ciała. Nagle poczuł delikatne ciepło bijące od kamienia. Spojrzał na ściśnięty w pięści kamień - spomiędzy palców wymykały się promienie bladoróżowego światełka. Amulet dawał mu jakiś znak! Yanik zrozumiał w jednej chwili. Teraz! Otworzy teraz drzwi! Szarpnął za klamkę. Poddała się ruchowi jego dłoni. Bezszelestnie nacisnął klamkę i…