Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

dla-dzieci · 47 min czytania

Amulet z Moynihaan

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

GOŚCIE

Zapadał zmierzch. Korndeile powoli kładło się do snu. W oknach domów to zapalały się, to gasły światła. Jesień w miasteczku była najpiękniejszą porą roku. Jesienne zachody słońca w obserwatorium na głównej Alei przychodziły oglądać całe rodziny. Była to ulubiona weekendowa rozrywka mieszkańców Korndeile. Dzisiejszy zmierzch był równie piękny i godny podziwiania. Yanik nie miał jednak czasu na zachwycanie się urokami przyrody. Myślał o amulecie i o Yonika. Dlaczego amulet tak go chronił? Co mają znaczyć tajemnicze słowa Yonika, co ma znaczyć ich ostatnia rozmowa? Yanik wiedział, że rozmowy z Yonika nie przyniosą odpowiedzi. Powiedziała przecież, że wszystkiego dowie się w odpowiednim czasie. W każdym razie ani jej obecność, ani amulet i zapewne te wszystkie dziwne wydarzenia nie są przypadkowe. Co jednak znaczą? Pojawienie się Yonika w życiu Yanika zburzyło jego dotychczasowy porządek. Słowa Yonika zasiały ziarno wątpliwości i wyostrzyły zmysły Yanika na wydarzenia, które dotąd wydawały mu się naturalną koleją rzeczy i przyjmował je bezkrytycznie. Chęć zostania deglerem nie była już tak silna jak wtedy, gdy przygotowywał się do ceremonii wieku moons. Szkoła Deglerów też nie bardzo mu się podobała. Co prawda polubił Biggsa, ale to za mało żeby o szkole powiedzieć coś dobrego? - Yanik, jutro spodziewamy się gości! - Usłyszał głos matki dobiegający z kuchni. - Postaraj się wrócić ze szkoły jak najszybciej. Przyjdą wujostwo Crabbelgowie z Mattim, który również chce zostać deglerem. Wszyscy są bardzo ciekawi, jak podoba ci się nowa szkoła. Proszę, więc, żebyś się nie spóźnił. Jestem taka dumna, że chcesz zostać deglerem. - Dodała. - Yanik, powinieneś zgasić światło, już późno. Byłoby nieładnie, gdybyś zaczął spóźniać się na zajęcia z powodu porannych problemów z budzeniem. "Goście to najgorsza plaga w naszym domu" - pomyślał Yanik. "Będą się mizdrzyć, wypytywać. Wuj Gordon na pewno zacznie chwalić się swoimi osiągnięciami i wspominać szkolne lata. A ten półgłówek Matti nie da mi spokoju, Jutrzejszy dzień to dzień stracony" - pomyślał z niesmakiem Yanik. Po czym naciągnął kołdrę na uszy i zasnął.

*****

HECA Z CZEMIERNIKOVEM NA LEKCJI TELEPATII Z KLARĄ HAFFLET

Lekcja telepatii z Klarą Hafflet okazała się prawdziwą męczarnią. Klara Hafflet była osobą nie znoszącą sprzeciwu, na dodatek, z racji swojej profesji doskonale wiedziała, co uczniowie o niej myślą. Jakakolwiek chwila, sekunda nawet, nieuwagi była na jej lekcji niemożliwa. Klara Hafflet czytała w umysłach swoich uczniów jak w otwartej księdze. Na pierwszy ogień poszedł ruchliwy i nie mogący usiedzieć w miejscu Czemiernikov. A rzecz miała się tak: Kiedy już wszyscy weszli do klasy i usadowili się na swoich miejscach, do sali szybkim krokiem weszła Klara Hafflet. Sala tym razem przybrała kształt piramidy, a biurko przy którym miała siedzieć Klara Hafflet, zajęło prawie połowę pomieszczenia i "wyrosło" na specjalnym podeście. Pani Hafflet dostojnie usiadła na olbrzymim fotelu, który niezauważalnie wynurzył się zza masywnego biurka. Rozłożyła na nim stos zwiniętych w trąbki papirusów z regulaminem szkoły. Zapowiadany już kilka razy egzamin z regulaminu zbliżał się nieuchronnie. Fama o jego arcytrudnym poziomie dotarła już do pierwszorocznych i zdążyła napędzić niezłego stracha. Podobno Klara Hafflet miała zwyczaj pastwić się nad uczniami i sprawiało jej to nieziemską wprost przyjemność. Toteż egzamin na długo zapadał w pamięci wszystkim, którym udało się go zdać. Być może równie dobrze pamiętali go ci, którzy oblali, ale niestety z nimi już nie spotkano się w tej szkole. Klara Hafflet bez mrugnięcia okiem wyrzucała ze szkoły wszystkich, którzy nie nauczyli się regulaminu śpiewająco. Wygląda na to, że ten piekielny egzamin ich nie ominie. Chłopcy czekali w takim napięciu, wpatrzeni jak zahipnotyzowani w kupkę papirusów leżących na biurku. Niektórzy zaczęli szeptać ze zdenerwowania. Szept narastał, narastał, kłębił się, coraz to nowe rzędy ławek dołączały do wspólnego szeptania. W sali zrobił się hałas! Klara Hafflet nie znosiła szeptania. Na jej lekcjach musiało być absolutnie cicho! "Ach, ci pierwszoroczni!" - pomyślała. "Trzeba ich nauczyć posłuchu!". Ciiiiiiiiiiiiiiiiisza! - dziwny, syczący dźwięk zawisł nad klasą złoworogo. Krążył tuż nad głowami uczniów i wąską strużką wciskał im się do ucha. Ciiiiiisza, ciiiiiiiisza, ciiiiiiiiiisza - odbijało się echem od ścian. Dziecięcy szept urwał się w jednej chwili. Chłopcy podnieśli głowy i spojrzeli w kierunku biurka nauczycielki. Klara Hafflet stała nieruchomo i palcem dziobała powietrze. "Ciiiiiiiiiiiiisza!" - powtórzyła. Absolutna i złowroga cisza dźwięczała w uszach. Nawet mucha nie ośmieliłaby się jej zmącić. Cisza gęstniała jak stygnący budyń. Kiedy było już naprawdę cicho, cicho aż nie do zniesienia, nagle... Nagle z końca sali zaczął dobiegać jakiś dźwięk. Było to tak nagłe i niespodziewane, że wszyscy odwrócili głowy w tym kierunku. Kto ośmielił się przeciwstawić Klarze Hafflet? Dźwięk najwidoczniej nie bał się Klary Hafflet, bo stawał się coraz głośniejszy. Początkowo był niski i szemrzący, trochę jak woda w strumieniu, potem zaczął przechodzić w tubalne buczenie, które wyraźnie stawało się coraz głośniejsze i coraz bardziej tubalne. Wyraźnie dobiegało gdzieś z tylnych rzędów ławek. Kto kpił z Klary Hafflet? Uczniowie siedzieli jak zahipnotyzowani i wpatrywali się w twarz dyrektorki, która najpierw zrobiła się czerwona z wściekłości, a zaraz potem zupełnie biała jak kreda. Klara Hafflet poderwała się zza swojego biurka i pognała w stronę źródła dźwięku - do ostatniej ławki, jak sądziła. Przez chwilę przysłuchiwała się uwaźnie, aby uniknąć pomyłki i obserwujący ją Yanik mógłby przysiąc, że na moment jej uszy wyciągnęły się o kilka centymetrów... Nagle ... Klara Hafflet wykonała błyskawiczny ruch ręki i wszyscy zobaczyli, że na końcu jej kościstej dłoni znajduje się nie kto inny, tylko wystaszony Czemiernikov. Klara Hafflet wyciagnęła go z ławki za ucho i teraz z triumfem wlokłą go za to ucho na srodek sali. - Mam cię! - wrzasnęła rozgniewana. - Co to za żarty?! Co to ma znaczyć? - ton jej głosu wskazywał, że było naprawdę źle. Czemiernikov miał duże kłopoty. - Żądam wyjaśnień ! - wrzasnęła jeszcze raz, ponieważ chłopiec milczał jak zaklęty. - Ja... Ja ... - wydukał. - Ja jestem głodny. I burczy mi w brzuchu...A kiedy się boję - dodał. - Bo przestraszyłem się, jak Panią zobaczyłem - to robię się jeszcze bardziej głodny, ze strachu. I wtedy w brzuchu burczy mi tak, jakbym tam miał orkiestrę wojskową!

*****

ODWIEDZINY YONIKI PRZED SZKOŁA, POZNANIE ELISZKI

Nie mógł uwierzyć! Przed bramą jego szkoły, Szkoły Deglerów stała Yonika we własnej osobie! Zauważył ją od razu, gdy tylko wyszedł z budynku. Stała z koleżanką zaraz naprzeciwko głównej bramy. Rozmawiały o czymś zapamiętale, Yonika jednak zerkała od czasu do czasu w stronę dziedzińca. Zatrzymywała wzrok na gromadkach uczniów, które raz po raz wysypywały się na szkolne podwórko. Nie zauważywszy (jak się domyślał) nikogo znajomego, wracała do rozmowy. Niemożliwe, czyżby czekała na niego? Yanik był trochę zaskoczony, a może także trochę zły. Nie mógł wybaczyć Yonika tej tajemniczości, tych sekretów, sądził, że drwi sobie z niego. Z drugiej strony lubił tę dziewczynę i tęsknił do kontaktów z nią. Szczerze się ucieszył widząc Yonika przed bramą szkoły. Jednak nie było to najlepsze miejsce na ich spotkanie. Nie byłoby mile widziane tak ostentacyjne spotykanie się z dziewczynami. Jak na złość było ich dwie - Yonika i jej towarzyszka, której Yanik nigdy wcześniej nie widział. Postanowił udawać, że ich nie widzi, a jeśli by go zaczepiły, będzie udawał, że ich nie zna. Nie chciał się narażać nikomu w nowej szkole, nie był przygotowany na nowe kłopoty. Starał się nie zwracać na siebie uwagi. Szedł powoli, dołączył do hałaśliwiej gromadki chłopców, która właśnie wysypała się ze szkoły. Kątem oka obserwował, co robi Yonika. Dobrze, zdaje się, że ukrył się skutecznie. Prześlizgnie się niezauważony. - Yaaanik! Yanik, choć do nas! - usłyszał nagle wołanie. - Niemożliwe, - pomyślał - Jednak mnie zauważyła! Nie udało się! Chłopiec ruszył niechętnie w stronę Yonika. "Czego ona może znowu chcieć?" - myślał ze złością. "I jeszcze ta jej koleżanka! Koledzy jutro nie dadzą mi spokoju". "Yanik, chodź! Nie bój się, nikt nas nie widzi" - powiedziała Yonika. "Naprawdę, nikt z twoich znajomych nie wie, że tu stoję. Tylko ty mnie widziałeś. Podejdź do mnie." "Co ona znowu plecie?" - zezłościł się Yanik. "Stoi na samym środku ulicy i twierdzi, ze nikt jej nie widzi! Znowu jakieś bzdury!" Yanik podszedł do dziewczynek. Kiedy był już bardzo blisko, na wyciągnięcie ręki, nagle koleżanka Yonika gdzieś znikła. Naprawdę nie zauważył, kiedy odeszła. "Yonika, gdzie twoja przyjaciółka? - zdziwił się. "Ach, nie przejmuj się. Ona po prostu znikła. Nie chciała nam przeszkadzać." "Co to znaczy - znikła? To niemożliwe, Yonika, znów ze mnie żartujesz!" "Och Yanik, Yanik, ciągle mi nie wierzysz. Eliszka - tak ma na imię moja przyjaciółka, no więc Eliszka znikła. Tak po prostu i zwyczajnie znikła. Eliszka to wytwór mojej wyobraźni. Wymyśliłam ją sobie, kiedy mi się nudziło. Jest najlepszą przyjaciółką, jaką miałam. Kiedy jest mi źle, zjawia się natychmiast, a kiedy potrzebuję chwili samotności, dyskretnie znika. To wszystko, Yanik." "Ale ja ją przecież widziałem!" Oczywiście, że ją widziałeś. Dla mnie i dla ciebie ona jest prawdziwa. To jedna z tajemnic, którą w sobie kryjesz, Yanik. Kiedyś dowiesz się ,co to znaczy, ale jeszcze nie dzisiaj." Yanik słuchał wszystkiego z niedowierzaniem. Nagle przypomniał sobie, że stoją przecież na wprost głównej bramy szkolnej i wszyscy, którzy przez nią wyszli, dokładnie ich sobie obejrzeli. "Yonika, schowajmy się! Proszę, nie stójmy tak na środku. Będę miał przez to same kłopoty!" "Nie bój się, naprawdę nikt nas nie widzi. Spójrz na przechodzących obok ludzi. Mijają nas, w ogóle nie patrząc w tą stronę. Popatrz, tam idzie Biggs. Zawołam go : Biggs, Biggs! Widzisz, nawet się nie odwrócił. Nikt nas nie widzi. To druga z naszych wspólnych tajemnic, Yanik - szepnęła Yonika. Yanik , chciałabym żebyś wyciągnął ręce prosto przed siebie. Mógłbyś to dla mnie zrobić?

LOT W KULI (PIERWSZY)

Yanik nie protestował. Czuł się zupełnie zagubiony. Posłusznie wyciągnął ręce przed siebie. Poczuł delikatne ciepło i jakby mrowienie. Tak, od czubków palców aż do ramion, a potem na całym ciele poczuł deszcz małych igiełek, stado małych mrówek maszerowało po nim! Było to uczucie bardzo dziwne, jednocześnie miłe i nieprzyjemne. Nie potrafił tego opisać, ale czuł się niesamowicie! Zamknął oczy. W pewnej chwili wydawało mu się, ze unosi się delikatnie nad ziemią. Tysiące mrówek zamieniły się stado motyli i unosiły go na swoich skrzydłach prosto do nieba! Czy to sen? Czy usnął tutaj naprawdę? Kim jest Yonika, ta dziwna, niesamowita czarodziejka? "Yanik, spójrz!" - głos Yonika wybudził go z letargu. "Spójrz na dół! Fruniemy!" Rzeczywiście! Yanik patrzył, jak ziemia, którą miał pod stopami jeszcze przed chwilą, oddala się, zmniejsza się, znika. Dziedziniec szkolny zmienił się w mały prostokąt, wyglądał z góry jak czekoladka. A wielkie szkolne gmaszysko przypominało teraz domek z klocków! Ulice zamieniły się we wstążki przecinające zielone kwadraty trawników. Z oddali było widać Wzgórze Czwartego Kamienia. Zamek Kleinhoff, który mieścił się na Wzgórzu ,nie był już tak dziki i tajemniczy. Widać było jednak wyraźnie, że jest to olbrzymia budowla. Nawet stąd, z góry, z chmur i obłoków czuć było jego potęgę. Tak, Korndeile było zdominowane przez zamek Kleinhoff. Wszyscy mieszkańcy wiedzieli, że tam, na zamku dzieją się dziwne rzeczy. Lepiej nie pytać, kto tam mieszka, najlepiej w ogóle nie wspominać o zamku. On żyje własnym życiem, a mieszkańcy Korndeile podporządkowują się jego żywiołom. Wszystko to Yanik zrozumiał w jednej chwili. Tak, Yonika zabrała go tu, żeby zobaczył zamek. To znak, znak na przyszłość. "Yonika, Yonika!" - zawołał - "Co chcesz mi powiedzieć?" "Musisz sam do tego dojść, Yaniku. To, co teraz widzisz, to twoja tajemnica i twoje przeznaczenie. Urodziłeś się po to, żeby rozwiązać zagadkę zamku Kleinhoff. To wszystko, co mogę ci teraz powiedzieć". Yanik nie pytał o nic więcej. Magia tej chwili była tak namacalna, prawdziwa, realna, że wszelkie pytania były niepotrzebne. "Czas wracać" - powiedziała Yonika. Rzeczywiście, zaczęli szybko zbliżać się do ziemi. Yanik dopiero teraz zauważył, że stoją we wnętrzu jakiejś przezroczystej kuli, która unosiła ich w powietrze. Ściany kuli nieustannie wirowały, jak gdyby znajdowali się wewnątrz mydlanej bańki. W środku było jednak bardzo spokojnie i bezpiecznie. Była to bardzo dziwna podróż. Ziemia zbliżała się. Korndeile rosło, rosło, domy stawały się coraz większe i większe. Zamek Kleinhoff majaczył za chmurą gęstej mgły. Dachy domów stawały się bardziej realne i można było już zobaczyć całe osiedla kolorowych dachówek. "O tam, tam jest mój dom!"- krzyknął Yanik. "Tak, Yaniku, lecimy do twojego domu" - powiedziała Yonika. "Do zobaczenia !".

POWRÓT DO DOMU, MOC AMULETU

Yanik otworzył oczy. "Do zobaczenia, do zobaczenia"- dźwięczało jeszcze w uszach pożegnanie Yonika. Chłopiec rozejrzał się. Leżał we własnym łóżku, przykryty pierzyną po samą brodę. Czy to wszystko mu się przyśniło? Kula, zamek Kleinhoff i ta niesamowita podróż? Poczuł, że jest okropnie zmęczony. Która godzina? - pomyślał gorączkowo. Może już czas do szkoły, a ja zaspałem? O rany, spóźnię się na lekcję telepatii z Klarą Hafflet! - panikował. Nagle stwierdził, że jest mu jakoś niewygodnie. Łóżko było jakieś wąskie, a pierzyna krępowała mu ruchy. Co jest, pomyślał. Gorąco, jest mi gorąco - szybko odrzucił kołdrę i ze zdziwieniem stwierdził, że jest ubrany! Miał na sobie buty, zimową puchową kurtkę w zielone renifery i czapkę uszatkę na głowie! Jak to możliwe? Dlaczego ubrałem się tak dziwacznie? Dlaczego zamiast piżamy ubrałem się tak, jakbym wybierał się na narty? - Yanik nie mógł się nadziwić. Ta podróż w kuli -bańce mydlanej i teraz ten dziwny strój. Co to znaczy? Yanik, Yanik ! - usłyszał głos matki. Stała tuż pod drzwiami! Zaraz wejdzie! Jak ja się wytłumaczę z tego idiotycznego stroju! Szybkim ruchem narzucił kołdrę na siebie, tak, że wystawała mu tylko głowa. "Czapka!" - przypomniał sobie. Błyskawicznie ściągnął czapkę z głowy i wrzucił pod kołdrę. Jak zahipnotyzowany patrzył na klamkę drzwi. Klamka poruszyła się, drzwi skrzypnęły, w progu stanęła mama. "Yanik, śpisz?" - zapytała teatralnym szeptem. Udawał, że właśnie się przebudził. "Taaak, mamo, chyba jeszcze śpię" - mruczał niewyraźnie. "Coś się stało?" "Ależ synku, wstawaj. Jest sobota, dzisiaj przychodzą w odwiedziny wujostwo Crabbelgowie z Mattim. Musisz mi pomóc przygotować się na wizytę. To mówiąc podeszła do łóżka i niespodziewanie ściągnęła kołdrę z łóżka. Yanik zamarł. "Ale będzie draka"- pomyślał. Gorączkowo szukał wymówki, którą mógłby usprawiedliwić swój strój. Mama jednak o nic nie pytała, jakby niczego nie zauważyła. Chłopiec czekał i czuł, jak kurtka w renifery rośnie na nim, a on pali się cały ze wstydu. Mama powiedziała nagle - Wstań i ubierz się. Nie możesz przecież przyjmować gości w piżamie! Widzę cię za pięć minut na dole! - i wyszła. "W piżamie?" - zdziwił się. "Nie widziała, w co jestem ubrany?" - Yanik nic nie rozumiał. Było mu gorąco, coraz goręcej. Ciepło wydostawało się ze środka ciała, a na piersiach czuł ogień. Szybko ściągnął kurtkę w renifery i rozpiął koszulę. Jego wzrok zatrzymał się na amulecie, który dostał od Yonika. Kamień świecił intensywnym blaskiem. - Yonika, Yonika, znów mnie uratowałaś!

MATTI CRABBELG

Państwo Crabbelgowie jednak przyszli. Niestety, nigdy nie zdarzyło się, żeby odwołali swoją wizytę. Fransst i Keyla Ryfkin, rodzice Yanika, przyjęli ich bardzo wylewnie. "Witamy, Witamy" - wołała rozanielona mama. Yanik trochę nie rozumiał ich reakcji. Kilka razy udało mu się podsłuchać, oczywiście niechcący, jak rodzice wymieniają uwagi na temat kuzynostwa Crabbelgów. Z tych uwag wynikało raczej, że ich nie lubią. A nawet, że się ich boją. Tak, kiedy mówili o Crabbelgach, w ich głosie pojawiała się nutka strachu. Dlaczego? Tego Yanik nie wiedział. "Oh, Matti, jak ty wyrosłeś!" - zachwycał się ojciec. Matti, ten wstrętny Matti. Yanik go nie znosił. Matti był rozpieszczonym, hałaśliwym i samolubnym chłopcem. Był też bardzo duży i gruby i sformułowanie "wyrosłeś" bardzo do niego pasowało. Matti po prostu rósł w oczach. Rzeczą, która Matti robił ciągle i bezustannie, było jedzenie. Jadł różne rzeczy. Właściwie było mu chyba wszystko jedno, co je. W każdym razie ciągle ruszał buzią, tak jakby coś przegryzał. Zawsze miał przy sobie jakąś porcyjkę jedzenia schowaną w kieszeni, a ręce lepiły mu się od dżemu. (bardzo lubił kanapki z masłem czekoladowym i truskawkowym dżemem). "Ugllha" - wymlaskał Matti. "Dzień dobry. Co będzie na deser?" - zapytał. "O, Matti!" - mama znów się rozanieliła. "Przyrządziłam mnóstwo smakołyków! Jest też, specjalnie dla ciebie, talerz twoich ulubionych kanapek. Z dżemem domowej roboty!" "Może być." - burknął Matti i poszedł do salonu, prosto do stołu z przekąskami. Mama i tata witali się jeszcze z Crabbelgami w przedpokoju, wymieniając grzeczności i uściski. Ojciec zajmował się Fioną Crabbelg, pomagając jej zdjąć płaszcz. Mama biegała wokół Pana Crabbelga i uśmiechała się promiennie. "Ah i oh" dobiegało z głębi korytarza. Potem było słychać sapanie - to Fiona Crabbelg podążała w kierunku salonu. Fiona była okrąglutką, tłuściutką kobietką o kocich oczach i fałszywym uśmieszku. Ciągle wszystkim się zachwycała i mówiła piskliwym głosem "ah, jaki wspaniały salon" albo "oh, piękne zasłony, Keylo, dlaczego tylko nie pasują do dywanu?" albo coś podobnego. W tym, co mówiła, nie było cienia prawdy, uwielbiała natomiast małe uszczypliwe złośliwości. I mama Yanika o tym wiedziała. Udawała jednak, że tego nie zauważa i odpowiadała równie wylewnie. Ojciec i Gordon Crabbelg zaczęli wizytę od małego kieliszeczka koniaku. Gordon Crabbelg uwielbiał dobre trunki i wyszukane jedzenie. Mama postarała się, żeby nie był zawiedziony. Na stole pyszniły się przekąski ze specjałów, których nazwy przyprawiały o zawrót głowy. Matti obżerał się swoimi kanapkami. Dzień był stracony, absolutnie i nieodwołanie. "Yanik, opowiedz nam o szkole" - zażądała słodkim głosem Pani Crabbelg. "Doradź mojemu synkowi, Mattiemu, jak ma się przygotować do ceremonii wieku moons. Oh, on też chce być deglerem! Matti! Choć tutaj i posłuchaj Yanika! Możesz wziąć ze sobą talerz z kanapkami, jeśli jesteś głodny! Yanikowi nie będzie to przeszkadzać, prawda? Oh, słodki Matti, musi jeść, żeby być silnym! "Dobra, Yanik, mów co tam wiesz" - mlasnął Matti. "Przede wszystkim powiedz, czy w Szkole Deglerów jest stołówka? W tej szkole, do której teraz chodzę jest całkiem niezłe żarcie. Najlepsze jest - mniam - spagetti" - mlasnął ponownie, rozbryzgując naokoło dżem z kanapki. Kropelki dżemu przylepiły się do twarzy stojącego tuż obok Yanika. Chłopiec starł je szybko z wyraźnym obrzydzeniem. - Nie lubisz dżemu? - zarechotał Matti. Yanik milczał. Nie miał najmniejszego zamiaru rozmawiać z Mattim. Brrrr, na samą myśl robiło mu się niedobrze. .................................... Państwo Crabbelgowie oznajmili, że niebawem wybierają się w daleką podróż. Postanowili wyjechać do Królestwa Moynihaan na parę miesięcy. Niestety, nie mogli zabrać ze sobą Mattiego i prosili rodziców, aby zaopiekowali się nim na czas podróży. Fransst i Keyla Attlee zbledli na dźwięk nazwy "królestwo Moynihaan". Yanik zauważył, na ich twarzach cień przerażenia. Nie wiedział, gdzie znajduje się "Królestwo Moynihaan" i dlaczego rodzice bali się na samo wspomnienie o nim. Postanowił zapytać Państwa Crabbelgów o szczegóły. "Królestwo Moynihaan? Nie znam tej krainy. Panie Gordon, czy mógłby mi Pan powiedzieć, jak to daleko?" - zapytał. W salonie zapadła złowroga cisza. Państwo Crabbelgowie przerwali rozmowę w pół słowa. Rodzice Yanika zastygli w milczeniu. Chłopiec czuł na sobie błagalny wzrok matki, ojciec spoglądał na niego ze zdziwieniem i niedowierzaniem. Słychać było tylko dobiegające znad stołu mlaśnięcia Mattiego, który pałaszował kanapki z dżemem. W końcu głos zabrał Pan Gordon - "Synu" - powiedział. - "Nie powinienieś interesować się sprawami dorosłych. Powiedziałbym nawet, że to niegrzecznie wtrącać się do rozmowy. Radziłbym ci, abyś nie zadawał więcej pytań". W tonie głosu Pana Gordona było coś przerażającego. Yanik zrozumiał, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Widział strach w oczach ojca i czuł błagalne spojrzenia matki. Wycofał się. "Przepraszam" - wyszeptał przez ściśnięte gardło.

YANIK ZASTANAWIA SIĘ, JAK POZNAĆ KRÓLESTWO MOYNIHAAN

Wizyta Crabbelgów była męcząca, ale jeszcze gorsze były jej efekty. Yanik postanowił na razie o tym nie myśleć. Przeprowadzka Mattiego do ich domu .... "Królestwo Moynihaan ..." - ta myśl nie dawała mu spokoju. Nie miał okazji zapytać rodziców o szczegóły zaraz po wyjściu Państwa Crabbelgów. Byli bardzo zdenerwowani, szeptali coś do siebie. Potem zamknęli się w sypialni. Yanik zauważył, że jeszcze długo paliło się tam światło. Nie mogli spać, ojciec krążył po pokoju, mama płakała. To było niepokojące, niezrozumiałe, straszne. Chłopiec nie mógł zasnąć. Postanowił sam dowiedzieć się czegoś na temat królestwa Moynihaan. Wyjął z szuflady wszystkie mapy i atlasy, jakie posiadał i zaczął je studiować. Oglądał dokładnie wszystkie kontynenty, Afrykę, Azję, Amerykę Południową i Północną, Australię, Europę. Przestudiował dokładnie wszystkie wyspy i wysepki, góry i pustynie, a nawet koło podbiegunowe. Nigdzie nie było ani śladu Królestwa Moynihaan. Ani jednej wzmianki. "Niesamowite" - pomyślał. "Może to jakiś zagubiony ląd, jak Atlantyda? Albo może to jakaś potoczna nazwa państwa, które wszyscy dobrze znają? Tylko dlaczego rodzice tak się bali?" Były to pytania, na które nie mógł znaleźć sam odpowiedzi. Postanowił, że porozmawia z rodzicami. Muszą mu wyjaśnić. Muszą...

LEKCJA PIERWSZA - MNEMOLOGII Z MAGIEM ASRONEMUSEM Lekcje mnemologii z Magiem Astronemusem okazały się piekielnie nudne. Natomiast sam nauczyciel -Mag Astronemus, miał w sobie coś nieodgadnionego i niepokojącego. Mag Astronemus był kiedyś strażnikiem Wzgórza Siedmiu Pieczęci. Jego kunszt w dziedzinie mnemologii uznał sam Najwyższy Zakon Siedmiu Pieczęci. Mag swoją postacią robił niesamowite wrażenie. Miał niecodzienny i trochę tajemniczy strój - jako były zakonnik nosił wielką czarna pelerynę z długimi rękawami i kapturem sięgającym podłogi. W pasie tego dziwnego peleryno-habitu był przepasany srebrnym sznurem. Na sznur z kolei nanizane były koraliki o najróżniejszych kształtach - trójkątne, kwadratowe, prostokątne, piramidki, kule, gwiazdy i cała masa o innych, trudnych do opisania kształtach. Ten sznur służył właśnie jako narzędzie do nauczania i posługiwania się nauką, jaka była mnemologia. Mnemologia to nic innego jak sztuka zapamiętywania. Chodziło o to, aby tak bardzo coś zapamiętać, żeby już nigdy, ale to nigdy nie zapomnieć. Anie jutro, ani pojutrze, ani za miesiąc, ani nawet za 50 i 100 lat. Nie było to takie łatwe jak się wydaje i te koraliki były bardzo pomocne. Chodziło też o to, aby różne rzeczy, które kolejno trzeba zapamiętywać, układać sobie w głowie według jakiejś z góry ustalonej kolejności. Zupełnie tak, jakbyśmy układali książki na półkach. Musiało to być w jakimś porządku, tak żeby szybko przypomnieć sobie to, co już…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Amulet z Moynihaan — czytnik · opowiadania