Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

dla-dzieci · 1 godz. 4 min czytania

AMULET Z MOYNIHAAN 3

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

OPOWIESC PANA SKROOT O KLARZE HAFFLET I O SWOJEJ RODZINIE Pan Skroot pochylił się i zapalił stojącą na pobliskim stoliku niewielką lampkę. Światło zalało spowitą w półmroku pracownię. Niewyraźne kontury obrazów nabrały soczystej pełni, blask rozświetlił kontury malowideł. Yanik osłupiał. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, na wszystkich obrazach - tych wiszących na ścianach, stojących na podłodze, na parapetach okna, na stołach i stolikach, puszących się na sztalugach widniała jedna tylko postać. Postać Klary Hafflet. Jej sroga i nieprzenikniona twarz spozierała z każdego płótna, z każdego kąta tej dziwnej pracowni. Wzrok Klary Hafflet przenikał, zda się, każdy centymetr tego pokoju. Klara Hafflet w różnych strojach, w różnych pozach - na mównicy w Sali Kolumnowej, z uniesionym do góry palcem dziobiącym niewidoczną przestrzeń, Klara na dziedzińcu szkoły, Klara na korytarzu, Klara w klasie za jej przepastnym biurkiem. Klara, Klara, Klara. - Panie Skroot! - wyszeptał Yanik przez ściśnięte strachem gardło. - Panie Skroot! - Tak, Yaniku wszędzie Klara. Nic innego nie maluję. Tematem moich obrazów jest Klara Hafflet. Nie bój się, zaraz ci wszystko wytłumaczę. To wybieg, to tylko wybieg, abym mógł być przez chwilę sam. Bez wiecznie badawczego, świdrującego wzroku Klary Hafflet. Bez jej nieustającej obecności. Klara nigdy nie zostawiała mnie samego, zawsze była przy mnie. Do czasu, aż wpadłem na pomysł tej pracowni. Kiedy powstały pierwsze obrazy z Klarą w roli głównej, uwierzyła, że jestem jej całkowicie oddany. I tutaj, w tej pracowni, malując kolejny obraz, mogę być sam. Tutaj, jak sądzi, potrzebuję skupienia i samotności, aby malować coraz doskonalsze dzieła. Klara jest niezwykle przebiegła, ale jest również próżna. I tę próżność udało mi się wykorzystać. Tutaj będziemy bezpieczni, Yaniku. Tu będziemy mogli się spotykać. Astronemus miał rację. Lata spędzone w tej pracowni opłaciły się. Udało nam się stworzyć miejsce, gdzie nie sięga wszechwładza Klary Hafflet. Ona nigdy nie wpada tu bez zapowiedzi. Udało mi się ją przekonać, że zniszczy to moje twórcze natchnienie. A ona za nic na świecie nie chciałaby, aby jej portrety były nieudane. Dlatego ty i ja jesteśmy tu bezpieczni. A teraz powiem ci, kim jestem. Pan Skroot, czyli ja, jestem dyrektorem tej szkoły, chociaż wszyscy wiedzą, że rządzi tu Klara. Przybyłem tu, jak większość mieszkańców Korndeile, z Moynihaan. Z Moynihaan opanowanego przez Maga Gorgona Ryecrrofta. Miałem prowadzić Szkołę Deglerów. Chłopcy, którzy tu terminują, mają stanowić jego przyszłą armię. Armię niezwyciężonych. Tylko w ten sposób, wychowując przyszłe pokolenia, Mag Gorgon zapewni sobie bezpieczeństwo i władzę. Deglerowie to najbardziej oddani i niebezpieczni wojowie Gorgona. Ślepo posłuszni jego rozkazom. Miałem zostać jednym z tych, którzy wychowają następne pokolenia popleczników Gorgona. Byłem dumny, że powierzył to zadanie właśnie mnie. Byłem, tak i ja byłem ślepo oddany sprawie. Ale moja lojalność i wiara w niezwykłą moc Maga - to wszystko było za mało dla Gorgona. Postanowił poddać mnie próbie. Chciał się przekonać, jak mocna jest moja wiara w jego nieomylność. Mag Gorgon porwał moją córkę. Zabrał ją z mojego domu. Pewnego dnia przybyli do Korndeile jego wysłannicy z rozkazem, abym oddał moją ukochaną Nurię. Miałem jej już nigdy nie zobaczyć. Nie mogłem się przeciwstawić. To by oznaczało śmierć. Śmierć moją i Nurii. Oddałem Nurię, wiedząc, że tylko tak mogę ocalić jej życie. Miała wtedy 5 lat. Nie widziałem jej już z górą 10 lat, nie wiem, co się z nią dzieje. Ale wtedy coś we mnie pękło. Mag Gorgon ma we mnie największego wroga. Nigdy mu tego nie zapomnę. Przystałem do spisku, który ma pozbawić go władzy. Jest nas wielu, choć jesteśmy niewidzialni. Ty również do nas należysz, Yaniku. Nuria, moja Nuria ... - załkał cicho. - Miałem tylko ją, od czasu, jak w niewyjaśnionych okolicznościach znikła jej matka, a moja najukochańsza żona, Mildred. Przez wiele lat sądziłem, że nas po prostu opuściła, że przestała nas kochać. Myślałem tak do czasu, aż zabrano mi Nurię. Nie wiem, co się stało z moją żoną, ale podejrzewam również Maga Gorgona. Mildred nigdy by nas tak nie zostawiła. Widzisz, straciłem dwie najukochańsze, najdroższe osoby - żonę i córkę. Yaniku, już czas skończyć wszechwładzę Maga Gorgona. Czas skończyć z okrutnymi rządami jego szpiegów i popleczników. To oni zniszczyli łagodność i dobroć ludu Moynihaan. Tacy ludzie jak Klara Hafflet, Crabbelgowie, Redfernowie, Gaddisowie i inni ich pokroju. Spójrz - Pan Skroot wskazał na wiszący na jego szyi amulet - Zauważyłeś, że każdy z nas nosi na szyi amulet. Dostają go wszyscy chłopcy na 12 urodziny, dziewczynki otrzymują podobny tuż przy narodzinach. Wszyscy dorośli mieszkańcy Korndeile i innych kolonii Krainy Moynihaan mają takie amulety. Wiesz, dlaczego? W ten sposób Mag Gorgon może kontrolować nas wszystkich. To jeden z jego szatańskich pomysłów. Za pomocą tego amuletu Mag Gorgon może w każdej chwili sprawdzić, co robimy, gdzie jesteśmy, z kim się spotykamy, o czym rozmawiamy. Nikt nie jest pozostawiony sam sobie. Fabryka amuletów Redferna codziennie wypuszcza nowe partie amuletów, którymi obdarowane zostaną nowe pokolenia moynihańczyków. To smycz, na której trzyma nas Mag Gorgon. To jego trzecie oko w każdym z nas. Mag Gorgon codziennie, za pomocą specjalnej magicznej kuli sprawdza, co też myślą o nim jego poddani. W kuli tej .... - Panie Skroot, w takim razie nie jesteśmy tu bezpieczni! - zawołał zaniepokojony Yanik. - Przecież w każdej chwili ktoś może nas podejrzeć! - Nie, Yaniku, tutaj jesteśmy całkowicie bezpieczni. My, mieszkańcy Soho, Miasta Wygnańców znaleźliśmy sposób na to, aby zneutralizować działanie amuletu. Mag Astronemus wymyślił formułę, która pozwala zafałszować obraz, widziany w kuli Gorgona. Wszyscy, którzy mogą być śledzeni przez Gorgona, otrzymali drugi amulet, zupełnie podobny do tego z fabryki Redferna, który po założeniu stapia się w jedno z kamieniem noszonym przez wszystkich moynihańczyków. Ty również otrzymałeś taki amulet. Podarowała ci go Yonika na ceremonii wieku moons, pamiętasz? - Tak, pamiętam! Ten amulet kilka razy wyratował mnie z opresji! - Oczywiście, ponieważ każdy, kto nosi Magiczny Kamień Astronemusa, jest pod naszą opieką. Cały czas jednak musimy pamiętać, że .......

CO WIE ESTER GADDIS O BAIŁEJ KSIĘDZE? Yanik rozglądał się po klasie. A więc oni wszyscy, oni wszyscy mają zostać deglerami? Mają stać się okrutni i źli? Nawet Biggs, ten przemiły chłopak Biggs, nawet Czemiernikov, a także Arnikov, Amon, Balkovich, Byrns, Duffin, Darklan, Domsky, Edmont, Emilian, Fragnis, Hewwit, Igorsky, Imielin, Wardes, Vaclan? Oni wszyscy? Mógł sobie wyobrazić kuzyna Mattiego jako podłego bałwochwalcę Gorgona, wyobrażał sobie Saxeniana w tej roli, ale nie tych sympatycznych, trochę zagubionych, wesołych chłopaczków. A Ester Gaddis? Ona również należy do pochlebców Gorgona Vampiriusa. Nawet ta miła Ester jest jedną z nich. Yanik czuł się osaczony. Nie wyobrażał sobie, jak podoła tym wszystkim zadaniom, które go czekały. Dorośli chyba pokładali w nim zbyt duże nadzieje. Taki mały chłopiec nie może sobie poradzić z tym wszystkim w pojedynkę! Yanik myślał o tym wszystkim, czego dowiedział się w ciągu kilku ostatnich dni. Raz wydawało mu się, że to tylko sen, za chwilę jednak docierał do niego przeraźliwy realizm sytuacji. To straszne. W takim razie Korndeile, szkoła deglerów, jego przyjaciele, rodzina - oni wszyscy byli zakłamani. Wszystko, całe jego dzieciństwo, całe jego dotychczasowe życie było jednym wielkim kłamstwem! Czy jest ktoś, komu jeszcze może ufać? A Yonika? Może to Yonika, Astronemus, Pan Skroot go oszukują? Przecież dorastał w Korndeile otoczony miłością. Nigdy by nie podejrzewał, że ktokolwiek z jego bliskich jest złym człowiekiem. No, oczywiście oprócz Crabbelgów i tego okropnego Mattiego, ale nikt poza nimi. Na pewno nie można było zaliczyć do złych wuja Akerlofa, kuzynki Bertsi, doktora Quelsha. O nie, doktora Quelsha stanowczo nie! Yanik pamiętał ciepłe i kojące słowa doktora, kiedy chorował na ospę i wszystko go swędziało. Albo, kiedy strasznie gorączkował i mama prawie odchodziła od zmysłów ze zmartwienia. Nie, doktor Quelsh był niezwykle dobrym i ciepłym człowiekiem i nie sposób było uwierzyć, że mógł być kimś w rodzaju potwora. A jego rodzice? Fransst i Keyla Ryfkin? Rzeczowy i dobrotliwy ojciec i wiecznie niespokojna i strapiona mama? Wychowali go w wielkiej miłości. Nie, o nie na pewno nie są źli. Może się boją, może są przestraszeni, ale nie mogą myć złymi ludźmi. Przypomniał sobie strach, który widać było w ich oczach, gdy wspomniał o Moynihaan podczas wizyty Crabbelgów. Ojciec opowiedział mu o Moynihaan. O tym, że musieli opuścić swoją ojczyznę, bo tak chciał Mag Gorgon. A może oni też należą do spisku?

- A teraz Yanik przeczyta nam od wersetu sto siedemdziesiątego piątego na trzysta trzydziestej trzeciej stronie. Słowa Ester Gaddis, wypowiedziane tuż nad jego głową, wyrwały Yanika z zamyślenia. Spojrzał nieprzytomnie w kierunku, z którego dobiegał głos. Ester Gaddis stała tuż obok i bacznie mu się przyglądała. - Słucham, Yaniku. - A... Eeee.... Ale... Ja chyba nie dosłyszałem pytania? Czy mogłaby Pani powtórzyć? - chłopiec ratował się jak mógł. - Oczywiście, że mogłabym, ale to by niewiele dało, bo i tak nie wiedziałbyś, o co chodzi. W ogóle nie uważasz na lekcji! Prosiłam, aby wszyscy otworzyli księgę Przepowiedni gingrich na 333 stronie. Gdzie masz księgę? - Księgę? - Yanik nadal był nieprzytomny. - Jaką Księgę? A! Księgę przepowiedni! - odetchnął, słysząc za sobą szept Biggsa, który próbował mu podpowiadać. - Mam ze sobą, o tu! - wskazał na przewieszoną przez ramię krzesła torbę. - No właśnie! O tu! A powinna być - o tu! - donośnym głosem powtórzyła za Yanikiem Ester Gaddis, wskazując palcem na pusty blat biurka. - Od 15 minut czytamy wersety księgi gingrich, ale widzę, że ciebie to nie interesuje. Wyjmij swoją księgę Przepowiedni i zacznij czytać.

Yanik sięgnął do torby i po omacku wymacał grzbiet książki. Powoli wyciągał książkę z torby, kiedy zorientował się, że zamiast grubej i nieporęcznej Księgi Przepowiedni, trzyma w dłoni małą, obitą w biały aksamit książeczkę, którą dostał od Astronemusa. Powinien ją szybko schować z powrotem, ale nie wiedzieć czemu stał i gapił się na trzymaną w ręku książkę. Wtem dobiegł go cichy szept : - Schowaj! Szybko schowaj tę książkę! Dopóki nikt nie zauważy! - to Ester Gaddis uśmiechała się porozumiewawczo.

Ester Gaddis również...? O co tu chodzi? Nic nie rozumiem. - Yanik był niezwykle zaskoczony zachowaniem nauczycielki. Ona też należy do spisku? To wszystko wydaje się coraz mniej prawdopodobne.

DRUGIE SPOTKANIE W SOHO - TYLKO Z ELISZKĄ, WRÓŻKA POLIFONIA

Obracał w dłoniach aksamitnobiałą Ksiegę. Raz po raz otwierał ją i przyglądał się przyżółkłym, szeleszczącym, pustym stronom. Przyglądał się uważnie, studiował każdą kartkę z najwyższą starannością w nadziei, że jednak coś tam znajdzie. Ale poza kilkoma tłustymi plamkami na rogach stronic nic w niej nie było. Dziwne! Wyglądała trochę tak, jakby czytano ją co najmniej kilka razy. Grzbiet miała nieco wytarty, pomięty i wyrobiony od częstego otwierania, kartki nosiły ślady nieco zatłuszczonych palców, rogi stron były pozaginane. Na pewno ktoś do niej często zaglądał, tylko po co? Była przecież zupełnie pusta. Z początku podejrzewał, że została napisana atramentem sympatycznym albo sokiem z cytryny, ale trzymanie papieru nad świecą nic nie dało. Okopcił tylko kilka stron, nie pojawiły się jednak na nich żadne litery. Tym bardziej nie mógł zrozumieć, po co Astronemus wręczył mu tę książkę. I co ma z nią wspólnego Ester Gaddis? Zauważyła przecież tę książkę w jego dłoni, gdy pomyłkowo wyciągnął ją z torby na lekcji języka gingrich. Kazała mu ją schować, ostrzegając, aby nikt jej nie zobaczył. Co Ester Gaddis wiedziała na temat Księgi? Nie miał okazji jej zapytać o to w szkole. Zaraz po dzwonku na koniec lekcji Pani Gaddis spiesznym krokiem opuściła klasę i znikła w mroku korytarza. Yanik nie zdołał jej dogonić. Następna tajemnica pozostawała nierozwiązana. Tych sekretów i tajemnic było już stanowczo zbyt wiele. - Cześć Yaniku! O czym myślisz? - usłyszał znajomy głos. Spojrzał przed siebie. Przed nim stała Eliszka i uśmiechała się promiennie. Rozejrzał się dookoła pewien, że w pobliżu jest Yonika. Ale nigdzie nie widział dziewczynki. - Cześć Eliszko! Powiedz Yonice, żeby się nie chowała, nie mam dzisiaj ochoty na żarty! - powiedział trochę obrażonym głosem. Nie lubił, kiedy dziewczyny żartowały sobie z niego. W każdym razie dzisiaj nie życzył by sobie tego. - Yoniki tu nie ma. Jestem dzisiaj sama. Nasza przyjaciółka nie mogła tu ze mną przyjść. Jest bardzo zajęta, ale poprosiła mnie, abym przyszła tutaj sama. Jestem więc i mam dal ciebie zadanie. Choć ze mną Yaniku, musimy wpaść do kogoś z wizytą. - Eliszko, nie żartuj sobie ze mnie. To niemożliwe, ciebie tutaj nie ma. Na pewno coś mi się przywidziało. - Yanik był pewien, że to jakaś pomyłka. - Przecież ty nie jesteś prawdziwa, Yonika mówiła, że jesteś wytworem jej wyobraźni. A skoro tak, to ja nie mogę cię widzieć, nie widząc jednocześnie Yoniki, nieprawdaż? - Och, Yaniku, to wszystko jest prostsze, niż ci się wydaje. Ależ jestem tu i widzisz mnie, to nie ulega wątpliwości. To prawda, co mówisz, ale jednocześnie powinieneś wiedzieć, że jestem również twoją przyjaciółką. Potrzebowałeś mnie, więc się zjawiłam. - Nie potrzebowałem cię! Anie przez chwilę o tobie nie pomyślałem! - Oh, Yaniku! Telepatia polega między innymi na tym, że ja i ty wyczuwamy, kiedy nasza obecność jest niezbędna. Teraz moja obecność jest niezbędna, żeby pomóc ci rozwiązać pewną zagadkę, prawda? Myślałeś o mnie, choć być może do końca nie zdajesz sobie z tego sprawy. Choć, musimy się pospieszyć, ktoś na nas czeka. Yanik zauważył w dłoni Eliszki małą, niebieską paczuszkę, przewiązaną srebrną wstążką. Wyglądała zupełnie tak samo, jak paczuszka pełna marcepanowych ciasteczek, którą wręczyli Meteorze przy pierwszej wizycie w Mieście Wygnańców. O nie, wygląda na to, że znów mają odwiedzić Soho i moczyć się w tym przebrzydłym, czarnym i zimnym jeziorze! Yanik wcale nie miał na to ochoty. Wstrętna, zimna woda! Nigdzie nie pójdzie i już! - postanowił oznajmić to Eliszce. - Yaniku, nie złość się. Jezioro nie jest wcale takie zimne, jak ci się wydaje. A poza tym to, czego dowiesz się w Soho, jest warte przemoczenia nawet do suchej nitki. Cóż znaczy parę mokrych ubrań i trochę zimna wobec czekających cię wydarzeń? Yanik już nie protestował. Właściwie nawet trochę się zaciekawił. Postanowił nie okazywać Eliszce swojego podniecenia, bo jeszcze by pomyślała, że mu zależy na tej wycieczce. O nie, to nie tak! - przekonywał sam siebie. - Po prostu pójdzie i zobaczy, co takiego znów ciekawego go czeka. No dobrze, chodźmy, Eliszko - powiedział do dziewczynki - A gdzie latająca kula? - zapytał zaniepokojony. Kula należy do Yoniki. Mnie nie wolno w niej latać bez towarzystwa Yoniki. Musimy sobie poradzić inaczej. - odrzekła ze śmiechem. "O nie!" - pomyślał chłopiec. "Jeśli będę musiał iść na piechotę, to rezygnuję. To strasznie daleko!" - Nie bój się, nie będziemy musieli dreptać taki kawał drogi. Poza tym nie mamy czasu, musimy wrócić przed zmrokiem. Choć, pokażę ci, jak się tam dostaniemy. Przy okazji zobaczę, czego nauczyłeś się w tej twojej szkole deglerów. Kilka lekcji, które być może już miałeś, będzie bardzo przydatnych. Proszę, stań obok mnie i złap za rękę. - Yanik zrobił tak, jak prosiła. - O tak, świetnie! A teraz zamknij oczy i wyobraź sobie ten las i jezioro, w którym ukryte jest Miasto Wygnańców. A teraz powtórz za mną: Alaho , Alaha , Alahe ! Alaho, Alaha, Alahe! Yanik wołał ile sił w płucach. Właściwe darł się na całe gardło. Spodobało mu się to zawołanie: Alaho, Alaha, Alahe! - brzmiało dźwięcznie i trochę groźnie. Świetna zabawa! Wtem poczuł, że dzieje się coś dziwnego. Próbował otworzyć oczy, ale nie mógł. Pod zamkniętymi powiekami zaczęły pojawiać się jakieś dziwne obrazy. Najpierw powoli, potem coraz szybciej i szybciej, aż zakręciło mu się w głowie. Obrazy były bardzo kolorowe, nasycone tak wyrazistymi barwami, że niektórych z kolorów Yanik nawet nie umiałby nazwać. Wszystkie te kolory wirowały, tańczyły, podskakiwały i - miał wrażenie, że prawie wylewały się spod powiek. Potem wydawało mu się, że zaczyna wirować i podskakiwać w środku tych barw, razem z nimi, coraz szybciej i szybciej, coraz wyżej i wyżej! Było tak, jakby wpadł do jakiejś olbrzymiej pralki napełnionej po brzegi gęstą farbą, wiadrami gęstej i niezwykle kolorowej farby! Barwy go oblepiły, otoczyły, migotały i drżały na wietrze. Ach, co za uczucie! Ach, żeby tak otworzyć oczy, mógłby zobaczyć więcej, więcej! Ale oczy za nic nie dały się otworzyć. Za to robiło się coraz ciemniej i ciemniej, barwy powoli blakły, szarzały, aż stały się całkiem czarne i nieprzejrzyste. Potem poczuł przeraźliwe zimno. Zrozumiał, że teraz znajduje się w jeziorze. Woda zaczęła wlewać się strużką, strumieniem, rzeką do wszystkich zakamarków ciała. Wirowanie zaczęło trochę słabnąć, chłopiec poczuł nagle, że wciąga go jakiś olbrzymi lej. Coś go wsysało, wciągało z impetem do środka, jakby do wnętrza ziemi. Raptem wszystko ustało. Chłopiec ocknął się. Musiał na chwilę stracić przytomność. Leżał teraz tuż przed wejściem do Soho, tuż przy bramie strzeżonej przez Meteorę. Eliszka stała obok i strzepywała z ubrania niewidoczny pyłek. Yanik uniósł głowę do góry. Ujrzał ciężką, czarną kopułę wody. Masy wody przelewały się to w tę, to w tamtą stronę, wirowały jak oszalałe. Byli na miejscu. - Wstawaj, Yaniku - wrzasnęła Eliszka - Już po wszystkim - zachichotała - Jak ci się podobało? Chyba ciężko to przeżyłeś? Ech, za pierwszym razem wszyscy tracą przytomność, nie przejmuj się. Z czasem się przyzwyczaisz.

Yanik już miał coś powiedzieć, kiedy zauważył nadbiegającą Meteorę. Biegła w ich kierunku naprawdę szybko i potrząsała jakąś trzymaną w dłoni laską. Wyglądała groźnie, nie ma co! W pewnym momencie zwolniła trochę i wyciągnęła w ich stronę głowę, pochylając lekko w bok - chyba uważniej im się przyglądała. Zaraz potem podskoczyła z radości i z okrzykiem "Marcepanki!" znów zaczęła biec w ich kierunku. Poznała ich, a właściwie poznała małe, niebieskie pudełko, które trzymała w ręku Eliszka. Eliszko, jak ona ma strzec tej bramy, kiedy na widok zwykłego pudełka marcepanowych ciasteczek zupełnie traci głowę? Tylko ci się tak wydaje, Yaniku. Wróżka Meteora jest bardziej przebiegła, niż myślisz. Jest łakomczuchą, to prawda, ale takie pałaszowanie ciasteczek zupełnie nie przeszkadza jej w bacznym obserwowaniu otoczenia. Zdziwiłbyś się, jaka potrafi być czujna! Akurat! To zwykła wariatka, ot co! Yaniku, nigdy tak nie mów o Meteorze! Zaraz zrobię coś, co przekona cię, że jest inaczej!

Eliszka była zła na Yanika. Nie podobało się jej, że drwi sobie z Meteory, a również i trochę z niej, Eliszki. To zresztą źle świadczyło o samym Yaniku. Przecież Yonika przekonywała ją, że to naprawdę rozsądny chłopak. Obserwowała go długo, zanim zdecydowała się oznajmić Astronemusowi, że to właśnie on jest tym, który pomoże moynihańczykom. Eliszka nie była już tego taka pewna i nie dała się przekonać. Miała wątpliwości, ale cóż - ona nie ma tu nic do gadania. Starszyzna, Yonika i sam Astronemus postanowili zaryzykować i powierzyć Yanikowi misję pokonania Maga Gorgona. "Jeśli to ma być on, to musi się jeszcze wiele nauczyć!" - pomyślała. Teraz ma inne zadanie. Musi pokazać Yanikowi, że Meteora jest naprawdę groźna. Musi to zrobić również dla jego bezpieczeństwa. Być może kiedyś znajdzie się z nią sam na sam, a wtedy takie lekceważenie i żarty mogą się skończyć bardzo źle. Źle dla niego. Eliszka podeszła do znajdującej się nieopodal góry usypanej z kamieni. Przyjrzała się uważnie i z wielkim wysiłkiem wyciągnęła największy, jaki udało się jej znaleźć. Kamień był naprawdę spory, prawie tak duży jak końska głowa. Teraz należało go unieść i rzucić w stronę Meteory tak, żeby się tego nie spodziewała. Oczywiście Eliszka nie zamierzała dźwigać kamienia. Potrafiła dosyć dobrze posługiwać się sztuką unoszenia przedmiotów za pomocą skupienia myśli. A więc podniesienie w górę takiego kamienia nie powinno być trudne. Czekała chwilę, aż Meteora skryje się za drzewem, które rosło nieopodal i gdy wróżka się stamtąd wychyliła, zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że kamień unosi się do góry i z impetem leci w stronę Meteory. W powietrzu zaświszczało. W jednej chwili stało się coś nieoczekiwanego - Meteora, ta niezdarna Mateora wyprostowała się, odwróciła błyskawicznie, w ułamku sekundy, w stronę nadlatującego kamienia, wyciągnęła dłoń i .... Coś się stało, tylko co? Yanik nie widział nic przez moment, ponieważ Meteorę przysłoniła chmura pyłu. Chmura powoli opadała i chłopiec w jednej chwili zrozumiał, że Meteora złapała kamień w locie i jednym żelaznym uściskiem starła go w pył. Było to tak nieoczekiwane, niespodziewane i zupełnie nie pasujące do postaci Meteory, że Yanik stał jak wryty z otwartymi ustami i jeszcze nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Meteora otrzepała ręce jedna o drugą zamaszystym ruchem, podeszła do dzieci i zwróciła się do Eliszki: - Jeszcze jeden niedowiarek, co? Niedługo zabraknie nam kamieni. Chyba muszę usypać nową górkę, jak myślisz, Eliszko? Bądź tak miła i daj mi teraz to niebieskie pudełko. Czas na moje marcepanowe ciasteczka. Chyba zasłużyłam, czyż nie? Eliszka podała Meteorze niebieskie pudełko. Wróżka natychmiast zajęła się chrupaniem marcepanek i nie zwracała już uwagi na dzieci. Eliszka podeszła do ciągle jeszcze osłupiałego Yanika, trąciła go lekko w ramię i powiedziała: Idziemy! Minęli główną bramę Soho, jak zwykle ubraną w rój migających światełek. Po kilku krokach znaleźli się na brukowanej ulicy, którą Yanik znał z poprzedniej wizyty w Mieście Wygnańców. Eliszka przystanęła na środku i nasłuchiwała dźwięku dzwonów. Obok przechodziły bez słowa postacie spowite w długie peleryny z kapturem. Wynurzały się i znikały w mroku. Nikt nie zwrócił uwagi na stojące na środku dzieci. Było cicho i mroczno. Gdzieniegdzie tylko przebłyskiwały pełgające światełka, delikatną poświatą rozświetlając mrok miasta. Z oddali słychać było bicie dzwonów: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć - w tym momencie Eliszka zastukała obcasem buta o bruk. Znów ukazały się kamienne drzwi. Otworzyły się bezszelestnie i za chwilę Eliszka i Yanik znaleźli się w znajomej komnacie. Tym razem jednak nie czekał na nich Astronemus. Obok masywnego, kamiennego stołu stała jakaś kobieta. Yanik nie mógł dostrzec w mroku jej twarzy, domyślił się tylko, gdyż spod obszernego kaptura wymykały się długie, sięgające ziemi pasma kruczoczarnych włosów. Kobieta trzymała w ręku małą latarenkę. W środku pełgał płomyk, zupełnie podobny do tych rozświetlających bramę Meteory. Właściwie nie był to jeden płomyk, ale armia małych, wirujących i niezwykle ruchliwych iskierek, które w gromadzie tworzyły migotliwe światełko. W latarence buzowało, wrzało, coś kotłowało się jak oszalałe. Niesamowity był to widok, hipnotyzujący. Eliszka przywitała się z kobietą, wykonując w powietrzu jakiś dziwny znak. Kobieta odpowiedziała tym samym, po czym skinęła ręką w stronę Yanika wskazując gestem, aby podążył za nią. Zaraz potem odwróciła się i znikła w mroku komnaty. Yanik poszedł za tą dziwną, niemą postacią. Szli krętym i ciasnym korytarzem. Droga dłużyła się, robiło się coraz ciaśniej i ciemniej, czuć było lodowaty chłód. Yanikowi zaczęły marznąć palce, w migotliwym światełku dostrzegł, że oddech paruje w powietrzu. Musiało być naprawdę zimno! Chłopiec wzdrygnął się, przeszedł go dreszcz. Postać zatrzymała się, odwróciła i bez jednego słowa rzuciła w kierunku chłopca ciepłą, wełnianą opończę. Zaraz potem kobieta ruszyła przed siebie. Yanik szybko założył ciepły strój i pobiegł za oddalającą się postacią. Za nic nie chciałby się tu zgubić. Było to naprawdę nieprzyjemne miejsce. Poza tym wydawało mu się, że korytarz tuż za nimi zasklepia się, ginie, zamykając drogę odwrotu. Nie był tego całkowicie pewien, ale kiedy odwrócił się kilka razy za siebie, widział tuż za plecami tylko kamienną, litą ścianę. Oddech coraz bardziej parował. Chłopiec miał wrażenie, że para osiada mu na twarzy i tam zamarza w srebrne kropelki lodu. Potarł ręką twarz i zgarnął kilka ziarenek, które rozpuściły się powoli w cieple zaciśniętej dłoni. Dokąd idą? Zastanowił się. Jak długo jeszcze? Próbował krzyknąć, ale nie wydał żadnego głosu. Kobieta zatrzymała się na chwilę i uspokajającym gestem wskazała, że to już niedaleko. Musi jeszcze tylko chwilę wytrzymać. Opończa przydała się, otulała go teraz wełnianą, ciepłą mgiełką. Schował ręce w przepastne rękawy ubioru. Przyspieszył kroku w nadziei, że tam, u kresu drogi czeka ciepły posiłek i ogień w kominku. Niczego bardziej nie pragnął, tylko odrobiny ciepła. W oddali widać było, zdaje się, niewyraźne kontury jakiś budynków. Majaczyły na horyzoncie, niczym statek ratunkowy na otwartym morzu. Budowle zbliżały się, stawały się coraz większe i większe, wynurzały się z mroku powoli i majestatycznie. Ale to był dziwny mrok. Nie była to nieprzejednana, nieprzenikniona ciemność, ale raczej ciemność w szaroróżowej poświacie. Ciemność, nałożona na przejrzystą biel. Yanik zrozumiał, gdy dotarli do pierwszego domu. To był śnieg. Wszystko wokół było pokryte białym, zimnym śniegiem. Domy po sam czubek pokrywały lodowe czapy, podwórza zasypane były równą warstwą białego puchu. Biel tak biała, że przebijała swym blaskiem mrok. Weszli w środek polarnej zimy, do wnętrza lodowej krainy. Gdzie byli? Milcząca postać zatrzymała się przy pierwszym, białym domu. Ujęła w dłoń wiszącą na drzwiach kołatkę i zastukała. " Puk, Puk" - w tej ciszy dźwięk kołatki brzmiał jak stukot kopyt o uliczny bruk, jak miarowy łoskot kół pociągu o szyny. "Puk, Puk" - uderzyła kołatką czarnowłosa kobieta. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypieniem. W głębi izby coś załopotało, zaszeleściło, zakotłowało się. Yanik usłyszał ciche popiskiwanie, za chwilę łopot skrzydeł wypełnił mały przedsionek, do którego weszli. Gołębie? Przedsionek wypełniała chmara krążących w powietrzu białych żyjątek. Coraz to jedno po drugim odrywało się od latającej gromady i podlatywało z groźnym piskiem do stojącej w przedsionku kobiety i chłopca. Nie, to nie były gołębie! To było stadko białych, tak białych, szczerzących białe zęby nietoperzy! Złowrogie popiskiwania miały odstraszyć intruza. Yanik pierwszy raz widział coś takiego. Białe nietoperze z oczami jak czarne, żarzące węgielki. Kobieta spoglądała na zwierzątka ze spokojem. Zsunęła kaptur - długie, czarne włosy rozsypały się, rozścieliły okrywając ją miękkim płaszczem. Wyglądała osobliwie na tle wszechotaczającej bieli. Jak mały, czarny przecinek na czystej kartce papieru. Gestem wskazała Yanikowi, aby zrobił to samo. Chłopiec zdjął kaptur wełnianej opończy. Teraz mógł śmielej rozejrzeć się po izbie, w której się znajdowali. Niewiele, poza bielą, można było dostrzec. Nietoperze krążyły jeszcze nad nimi, od czasu do czasu wydając złowrogie dźwięki. W końcu do przedsionka weszła staruszka o drżących dłoniach. Jej postać stanowiła kontrast dla milczącej kobiety. Staruszka była biała. Tak biała, że aż nieprawdziwa. Nieco zmierzwione, długie włosy miały barwę mleka; strój był mleczno - perłowy, skóra jak pergamin - wiotka i przezroczysta. Jedynym mocnym punktem w twarzy były oczy - gorejące węgielki, zupełnie jak ślepka nietoperzy. Staruszka machnęła ręką w stronę fruwającej gromadki - nietoperze natychmiast uspokoiły się i przysiadły głowami w dół na żerdce pod sklepieniem izby.

PORWANIE

Czarna dama, która przywiodła tu Yanika, odezwała się po raz pierwszy: Chłopcze, poznaj Helodorę, Królową Białych Nietoperzy. Witaj, Królowo Helodoro, zostawiam chłopca pod twoją opieką. Żegnaj, chłopcze - odwróciła się i znikła za śnieżnobiałymi drzwiami. Witaj! - głos staruszki był dźwięczny i mocny, jak u młodej dziewczyny. - Wszyscy już na ciebie czekają. Podejdź bliżej, niech ci się przyjrzę. - przyciągnęła chłopca za rękę do siebie, tak że jego twarz znalazła się dokładnie naprzeciwko jej węgielkowych oczu. - O tak, widzę w twoich oczach tę iskrę, na którą lud moynihańczyków czekał ponad cztery pokolenia. O tak, widzę w twojej twarzy ten spokój, na który czekamy już tak długo. Wiele się jeszcze musisz nauczyć, chłopcze, ale wiem, że kres władzy Vampiriusa już blisko. O tak, jakże się cieszymy, o tak! Alaho, Alaha, Alahe!

Po tym przywitaniu przeszli do dużej, równie białej i śnieżnej komnaty. Wewnątrz czekali jacyś ludzie. Dziwna, mroźnobiała grupa stała pośrodku sali, niczym skupisko zastygłych, lodowych sopli. Gdy Yanik przestąpił próg, gromadka ożywiła się i zaczęła wznosić chóralne okrzyki: Alaho, Alaha, Alahe! Alaho, Alaha, Alahe! Byli to, jak wyjaśniła staruszka, potomkowie dawnych mieszkańców Korndeile, plemię Kantów. Kantowie, wypędzeni z miasteczka przez Maga Vampiriusa, osiedlili się tutaj, w "Przedsionku Piekieł" - jak nazwała to miejsce. Dlaczego "Przedsionek Piekieł?" - zapytał Yanik. Jesteśmy w Kantonii, Yaniku, u stóp gór Jukaan. To przedmurze Moynihaan. Za pasmem tych gór znajduje się królestwo Maga Vampiriusa. My, plemię Kantów, ukryliśmy się tutaj, wypędzeni z Korndeile przez żołdaków Vampiriusa w czasie Wielkiej Wojny. Góry Jukaan są dla nas schronieniem. Dlaczego tutaj? Rozejrzyj się dookoła. Pasma gór Jukaan to niedosiężne, groźne szczyty. Mroźne, zastygłe, nieruchome od wieków. Nie spotkasz tu nikogo, żadnego zbłąkanego wędrowca. Nikt z własnej woli nie zapuszcza się w te niegościnne okolice. Tu jesteśmy w miarę bezpieczni. Oczywiście do czasu, kiedy Mag Vampirius zmieni zdanie. Bo nie mamy wątpliwości, że zna miejsce naszego schronienia. Nie grozi nam dopóty, dopóki uznaje, że my nie zagrażamy jemu. Po prostu jest mu wygodnie, że schroniliśmy się właśnie tutaj. W świecie Maga Vampiriusa nic nie dzieje się przypadkiem. On ma wszystko pod kontrolą i tylko od Jego woli zależy, co się z nami stanie. W takim razie popełniliście błąd, zapraszając mnie tutaj! Grozi wam niebezpieczeństwo! Vampirius na pewno dowie się o mojej wizycie i stan się przyczyną kolejnych waszych nieszczęść! Nie, nie, nic nam nie grozi. Mamy swoje sposoby na oszukanie Maga. Jak dotąd zawsze nam się udawało. Spójrz przez okno, Yaniku, a sam się przekonasz. - odezwał się jeden z kantończyków. Chłopiec podszedł do małego, okrągłego okienka, pokrytego grubą warstwą szronu i lodu. Przybliżył twarz do szyby i oddechem ocieplił szkło. Na szybie pojawiła się mała plamka ciepła, która rosła, rosła, rozszerzała się, połykając namalowane na szkle gwiazdy, kwiaty i liście paproci. Kiedy otworek był już wystarczająco duży, aby dostrzec to, co działo się na dworze, Yanik wyjrzał przez okno. Początkowo nie widział nic poza bielą, ale biel była wszędzie. Cóż poza nią miałby tam zobaczyć? A jednak... Kiedy przyjrzał się uważniej, dostrzegł, że biel za oknem drży, kotłuje się, trzepocze! Za oknem kłębiły się tysiące białych nietoperzy, osłaniając nieprzeniknionym, mlecznobiałym kożuchem miejsce, w którym się znajdowali. Kłębiąca się materia stwarzała niesamowite wrażenie.

To sprawka Helodory. Wyprowadziła swoje stadko na spacer! - rzekł z nieukrywanym podziwem kościsty kantończyk Ineke. - Widzisz, Yaniku, w taki sposób można oszukać Gorgona Vampiriusa. Nasza Helodora jest niezastąpiona. Przez tę chmarę nietoperzy nic się nie prześlizgnie. Jesteśmy bezpieczni. Yaniku - odezwała się Helodora. - Przejdźmy do rzeczy. Znalazłeś się przecież tutaj w jakimś celu, który zapewne chciałbyś poznać. Ja, Helodora, Królowa Białych Nietoperzy odkryję przed tobą tajemnicę księgi książeczki, którą otrzymałeś od Astronemusa. Pomogę ci ją odczytać, zgodnie z jego wolą. Tylko ja mogę to zrobić i tylko ja zdecyduję, kiedy prawdę odkryję do końca. Będziemy tę księgę czytali razem. Odkryję przed tobą jej sekret z

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
AMULET Z MOYNIHAAN 3 — czytnik · opowiadania