Fantasy · 41 min czytania
AMULET Z MOYNIHAAN część 10
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
DOLINA KARŁÓW
Matti studiował mapę z nieukrywanym entuzjazmem. - Muszę kiedyś odwiedzić tę Panią Pilington. Niesamowite rzeczy walają się u niej na półkach. Może i ja znajdę coś fascynującego ... - zamyślił się, pochylając się głębiej nad mapą. Oczywiście cała mapa była niezmiernie ciekawa, o czym Yanik miał okazję się przekonać u Reniferiona. Nie zdążył jeszcze zaprezentować wszystkich możliwości niezwykłej mapy Mattiemu. - Może ta Pilington wyhodowała przy okazji jakieś tłuste robaczki? - zapytał z nadzieją w głosie. - Uspokój się Matti - Yanik nie znosił żadnych rozmów o robakach. A poza tym Matti był taki monotonny. Nie dało się z nim porozmawiać o czymś normalnym. Jedyne, co go naprawdę pasjonowało, to robaki, które z kolei ani trochę nie interesowały Yanika. - Dobra, Matti, jeśli już obejrzałeś tę mapę, włóż ją z powrotem do torby. Może się porwać i do niczego się nam już nie przyda - powiedział Yanik, patrząc z niepokojem na porywaną podmuchami wiatru mapę. - Coś ty! Żartujesz? Nigdy jeszcze nie widziałem czegoś takiego jak ta fruwająca mapa! - zachwycał się Matti. - Nie wypuszczę jej z rąk, dopóki całej dokładnie nie obejrzę. - mówiąc to, przysunął swój nos jak najbliżej fruwającego papirusu. - Auuuuuuuuuuuu! - wrzasnął nagle i szybkim ruchem odrzucił głowę do tyłu. Trzymał się za nos, którego czubek zaczął po chwili energicznie rozcierać. - Boli - jęknął trochę niewyraźnie - widocznie przez to pocieranie zatkał sobie obydwie dziurki i teraz mówił przez nos. Yanik przyjrzał się uważnie czubkowi jego nosa. Był cały czerwony, a od tego pocierania czerwieniał jeszcze bardziej. Yanik pojął, co się stało. Widocznie Matti wsadził nos w sam środek śnieżnej burzy na pustyni Kaloen! Ha, ha, ha, musiało mu być naprawdę zimno! - Och, Matti - westchnął Yanik trochę z politowaniem. - Odmroziłeś sobie nos. - Co ty gadasz! Przecież w tym lesie jest okropnie gorąco! Jak twoim zdaniem, miałbym go sobie odmrozić? - A tak - mówiąc to, wziął mapę z rąk Mattiego, który trochę się opierał. Nie bardzo chciał się z nią rozstać. - Daj - powiedział do niego Yanik. - Coś ci pokażę. Rozłożył płachtę mapy na kolanach, ujął ostrożnie za jeden z brzegów postrzępionego papirusu i potrząsnął. Nad mapą rozszalała się śnieżyca; płatki śniegu zataczały koła, wirowały, tworzyły leje, które rozbryzgiwały się na cztery strony świata. Powiało chłodem. Matti siedział obok z otwartymi ustami. - Aaaaaaaaaaaa - jęknął tylko - aaaaaaaaaaaa - chciał chyba coś powiedzieć, ale nie bardzo mu się udawało. W końcu wykrztusił: - A ...a ...co to jest? - Śnieżyca na Kaloen. Pustynna lodowa burza. Znów potrząsnął mapą. Zerwał się wicher tak silny, że przygniótł Yanika do ziemi. Chłopiec z trudem wyprostował się; krańce mapy trzymał kurczowo w zaciśniętych dłoniach; palce kostek zbielały mu z wysiłku. Huragan szarpał mapą we wszystkich kierunkach jednocześnie; wydawało się, że za chwilę odfrunie razem z arkuszem papirusu. - A to - zawołał Yanik, przekrzykując wyjący wiatr i próbując odgarnąć potargane włosy, które cisnęły mu się do ust - To jest Wiatr Północny! - Zrób coś z tym natychmiast! - wrzeszczał Matti jak opętany. - Wyłącz ten wiatr i zabierz tę głupią mapę! Gwiżdże mi w uszach! - Matti złapał się za głowę i zataczał nią koła, coraz to szybciej i szybciej. Małżowiny jego uszu wydłużyły się, zupełnie jak kiedyś, gdy nasłuchiwał czegoś z uwagą. Wyglądał trochę dziwnie, nie ma co! - Nie denerwuj się, Matti. - powiedział zupełnie spokojnie Yanik. Zwinął mapę, a teraz cierpliwie rozczesywał sobie zmierzwioną gęstwinę włosów. Prawie mu się udało, tylko grzywka trochę jeszcze nie pasowała do całości. - Chciałem ci pokazać, jakie ta mapa ma możliwości. Teraz już wiesz. - Możliwości? Chyba żartujesz?! Ta mapa to jakieś przekleństwo! Nieźle by nas urządziła, gdybyś tego w porę nie zwinął - narzekał Matti, ciągle trzymając się za uszy. Przestał potrząsać już dziwnie głową, ale chyba jeszcze całkowicie nie doszedł do siebie. Sztuczki z mapą uważał za wyjątkowo głupie. Zupełne marnotrawstwo czasu i energii! I tak mają zamiar znaleźć Garlina? Mrzonki! - Nie przesadzaj, Matti. Wszystkie te - jak je nazywasz - sztuczki - pokazał mi Reniferion. W czasie, kiedy ty stałeś ja zamurowany - dodał po chwili, wyraźnie miał ochotę dogryźć Mattiemu. Ten jednak zupełnie nie zareagował na zaczepkę, wciąż zajęty swoimi uszami i odmrożonym nosem. - No więc, jak mówiłem ... - ciągnął opowieść Yanik - Reniferion pokazał mi, jak posługiwać się tą mapą. I wierz mi, naprawdę się nam to przyda, jak już dotrzemy na pustynię Kaloen. - JAK już dotrzemy. Ciekawe jak tam trafimy. Taka świetna ta twoja mapa, ale nie ma tam żadnych wskazówek, jak trafić na tę pustynię. - BO TO JEST MAPA PUSTYNI , a nie mapa, jak do nie dotrzeć. - zezłościł się Yanik nie na żarty. - Ale... wydaje mi się, że mam sposób na to, jak trafić na pustynię Kaloen. - Jak ? - uszy Mattiego wydłużyły się o kilka milimetrów. - Biała Księga. - mówiąc to, klepnął dłonią w torbę, do której schował prezent od Astronemusa. - Chyba już wiem, jak jej używać. - Aha. To po co przywlokłeś tu ze sobą Ester Gaddis? Wydawało mi się, że to ona cię tu przyprowadziła, czy nie tak? - No... tak... trochę .... trochę mi pomogła, to prawda...- jąkał się Yanik - Ale... byłem zdenerwowany i dlatego miałem kłopoty. Ale to się zmieni. - grzmotnął pięścią w klatkę piersiową w geście przysięgi - Tym razem na pewno mi się uda. To mówiąc, wyjął z torby Białą Księgę i rozłożył ją na kolanach. Potem zaczął szukać jeszcze czegoś, ale najwidoczniej nie mógł tego znaleźć i trochę się zdenerwował. Posapywał ze złości, ale Matti najwyraźniej tego nie zauważył. - No i co, mamy problemy? - zapytał Yanika z przekąsem. - Przed chwilą mówiłeś, że potrafisz. - O rany, Matti, nie przynudzaj. Szukam czegoś ostrego, żeby upuścić sobie kroplę krwi. - Służę pijawką - Matti z werwą otworzył swoją walizkę i wyciągnął z niej słój pełen najbardziej krwiożerczych pijawek, jakie tylko można było sobie wyobrazić. - Proszę - odkręcił słój, zanim Yanik zdążył zaprotestować i wyciągnął z niego niezły okaz. Pijawka wiła się, trzymana za ogon i próbowała wbić gdzieś swoje głodne przyssawki. - Nie miałem pojęcia, że źle się czujesz - dodał. - Na upuszczanie krwi najlepsze są pijawki, wierz mi. I naprawdę szybko postawią cię na nogi. Gdzie przystawić? - to mówiąc, przybliżył pijawkę do twarzy Yanika. - Najlepiej, żeby wessały się w łydkę, albo w okolicach serca. Pijawka dyndała tuż przy twarzy Yanika, a Matti z uwagą studiował jego ciało centymetr po centymetrze. - Dość, Matti! Schowaj tę swoją głupią pijawkę! Nic mi nie jest i czuję się świetnie, wręcz znakomicie. Mogę nawet stwierdzić z całą pewnością, że nigdy nie czułem się lepiej. Nie chcę, żeby wypijała mi krew jakaś obrzydliwa pijawka. - Ale przecież przed chwilą mówiłeś, że musisz sobie upuścić krwi! - wrzasnął rozwścieczony Matti. - Wyraźnie słyszałem! - Ojejka, mówiłem o kropli krwi. O KROPLI. JEDNEJ KROPLI. To właśnie miałem na myśli. Jedną, jedyną kropelkę, a nie wiadro krwi wypite przez twoją pijawkę. - Ale po co ci jedna kropla krwi - Matti już nic nie rozumiał. - Po to, żebyśmy mogli - to znaczy ty i ja - dostać się na pustynię Kaloen. Wzrok Mattiego mówił wszystko. Chłopiec był pewien, że Yanik właśnie zwariował. Coś musiało mu zaszkodzić, ponieważ wyraźnie bredził. Yanik był zbyt skupiony, żeby zauważyć zbaraniałą minę Mattiego. Wciąż gorączkowo poszukiwał jakiegoś ostrego narzędzia. Nagle przypomniał sobie o amulecie. Przecież tam, na Szlaku Zbłąkanych, Eliszka użyła właśnie amuletu i skaleczyła go w palec. Sięgnął do zawieszonego na szyi rzemienia i ujął kamień w dłoń. Próbował znaleźć jakiś najostrzejszy koniec, ale cały kamień był raczej obły, nie miał ostrych krawędzi. Trochę zdziwiony zaczął jednak uderzać amuletem w dłoń. Bolało, ale niestety nie udało mu się wycisnąć ani jednej kropli krwi. - Co za głupi amulet! - krzyknął rozgniewany, kiedy nieopatrznie zbyt mocno uderzył się w palec. - Co ty robisz, Yanik? - nie wytrzymał Matti. Postanowił zareagować, kiedy zobaczył, jak Yanik tłucze kamieniem własne palce. - Może jednak ci pomogę? - zatroskał się nie na żarty. - Co robię? Mówiłem ci, że potrzebuję jednej kropli krwi, żeby biała księga mogła przenieść nas na pustynię Kaloen. Jeśli tylko uda mi się ją zdobyć, obiecuję, że zobaczysz, jak to działa. - Nic nie rozumiem, ale może jednak spróbował byś z pijawką? - zaproponował ponownie i rozłożył robaka na dłoni. - Jeśli przystawisz ją do ciała i dasz się wessać, a zaraz potem oderwiesz - zanim jeszcze opije się krwi - uzyskasz kilka kropel. - Dawaj tą pijawkę! Złapał wijące się stworzonko i przystawił sobie obok kolana, nieco z prawej strony. Pijawka wbiła się błyskawicznie. Yanik poczuł delikatne ukłucie, ale nie większe niż ugryzienie zwykłego komara. Po chwili złapał pijawkę za ogon i próbował oderwać od ciała, ale ona ani drgnęła. Pociągnął mocnej, ale nic się nie zmieniło. Pijawka spokojnie opijała się jego krwią i nie miała zamiaru przestać. - Ty oszuście! - wrzasnął Yanik, ale Matti zorientował się, że próbuje go uderzyć i uskoczył. Dość zwinnie jak na takiego grubasa. - Mogłem się spodziewać - mruknął pod nosem rozbawiony i podszedł do Yanika. Zdecydowanym ruchem sięgnął do miejsca, gdzie przyssała się pijawka i ujął ją w dwa palce tuż u nasady, blisko otworu gębowego robaka. Jednym pociągnięciem uwolnił nogę Yanika od głodnej pijawki. Z rany trysnęła krew i spadła na otwartą białą księgę. "Chodźcie do mnie, chodźcie do mnie" - zaśpiewała księga. I znów wpadli w wir, który unosił ich w nieznanym kierunku, otaczając feerią barw. Szaleńcze wirowanie powoli ustawało, by przerodzić się w błogą ciszę. Nagle wszystko zniknęło, a oni zorientowali się, że z jakiejś przyczyny spadają na ziemię! To znaczy, lecieli w jej kierunku z dość dużej wysokości! Jak to się stało! Być może pomyśleli by dłużej, i może nawet znaleźli by jakieś rozwiązanie, gdyby nie to, że właśnie spadli z hukiem na kupkę jakiś kamieni. - Auuuuuaaaaa! - krzyknęli jednocześnie, bo lądowanie było dość nieprzyjemne. Kamienie to w końcu nie puchowe kołdry, no nie? Nabili sobie kilka guzów i trochę się podrapali, ale ogólnie wyszli z tego bez szwanku. Kiedy już dokładnie obejrzeli swoje obrażenia, przyszedł czas, by rozejrzeć się po okolicy. - Nie widzę śniegu - powiedział z przekąsem Matti. - Mieliśmy trafić na śnieżną pustynię. Ale tu nie ma śniegu! - powtórzył. - Nie ma, nie ma! Może trafiliśmy na porę roku, kiedy śniegu akurat nie ma - rzekł Yanik z nadzieją. - Akurat. Chyba jednak nie trafiliśmy tam, gdzie zamierzaliśmy. Mogę się założyć, że nie jest to śnieżna pustynia. W takim razie - zastanowił się chwilę - gdzie teraz jesteśmy? - Nie mam pojęcia - przyznał Yanik z rezygnacją w głosie. - Znów musiałem coś pokręcić. Ciekawe co zrobiłem nie tak? - zaczął rozmyślać. - Pustynia nie pustynia, trzeba wstać i sprawdzić, gdzie jesteśmy. Naprzód - rzucił hasło Matti, nie wiadomo dlaczego cały czas rozbawiony, co okropnie irytowało Yanika. Rozejrzeli się wokoło. Okolica rzeczywiście nie przypominała pustyni. Wręcz przeciwnie. Poza tym, że nie było nawet grama śniegu - a można się spodziewać, że na śnieżnej pustyni powinien być śnieg - cała reszta też do pustyni nie była podobna. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, rosły strzeliste (i mniej strzeliste) drzewa, kwitły plątaniny krzewów, ziemię spowijały kobierce mchu. Zdaje się, że trafili w sam środek jakiegoś lasu, a raczej w sam środek polany, która w lesie się znajdowała. Nie muszę wspominać, że jedyna kupka kamieni w zasięgu wzroku to była ta, na której wylądowali i tak boleśnie się potłukli. - Yanik, nie mogłeś wylądować na tym mchu? - Matti wskazał palcem pobliski jar wyścielony tak grubo mchem, że przywodził na myśl puchate pierzyny w najlepszym, królewskim łożu. - Masz chyba problemy z celowaniem - docinał dalej, rozcierając dłonią bolący jeszcze pośladek. Yanik rozglądał się uważnie dookoła w nadziei, że znajdzie coś, co chociaż trochę będzie przypominało śnieg. Na próżno jednak. Gdziekolwiek udało im się trafić, na pewno nie byli w Kaloen. - A gdzie jest Hag? - przypomniał sobie Yanik. Chłopcy zerwali się na równe nogi. Psa nigdzie nie było. - Może za szybko wylądowaliśmy i on nie zdążył ...? - Z czym nie zdążył? - nie zrozumiał Yanik. - No... z lądowaniem... Rozumiesz, my wylądowaliśmy ,a on tam został... - GDZIE został!!! - No tam, gdzie my byliśmy przed chwilą... W tej wielkiej pralce czy czymś takim... - Nie chcesz chyba powiedzieć, że on ciągle tam gdzieś wisi..??? - To właśnie chcę powiedzieć. - zdenerwował się Matti. - I jeszcze to, że gdybyś umiał posługiwać się tą księgą, nic takiego by się nie stało. Ale ty nie masz o tym zielonego pojęcia!
- Może ty spróbujesz? - zapytał zaczepnie Mattiego, rzucając w jego stronę białą księgą, na której wciąż były jeszcze plamy z krwi. - To przez tą twoją przeklętą pijawkę! Mówiłem, że potrzebuję jednej kropli krwi, a nie całego strumienia! Spójrz, jak teraz wygląda moja księga! Cała poplamiona! A jeśli ją zniszczyliśmy? - biadolił Yanik. - Gdybyś wiedział, jak obchodzić się z pijawkami, nie upaprałbyś tak tej księgi. Co za dureń ciągnie pijawkę za ogon? Sam sobie jesteś winien - mruczał Matti z dezaprobatą, oglądając poplamione strony. Krew już zastygła i zmieniła kolor na brunatny. Matti poślinił palec i próbował zetrzeć plamę. Rozmazał ją tylko i plama wyglądała teraz jeszcze gorzej. - Coś ty zrobił? - Yanik wyrwał mu księgę z rąk z takim impetem, że urwał róg jednej ze stronic. Urwany fragment poszybował w górę, niesiony nagłym podmuchem wiatru, zakręcił w górze dwa młynki i zgrabnie wylądował na gałęzi pobliskiego drzewa. - I co zrobiłeś!!!!!!!! - wrzasnął Yanik i rzucił się z pięściami na Mattiego. - Teraz jest już zupełnie zniszczona! Porwałeś ją, porwałeś! - darł się jak opętany. Matti nie pozostawał mu dłużny. Oddawał kuksańce dość skutecznie, bo Yanik w końcu się uspokoił. - To ty ją porwałeś - spokojnie już odparł Matti, kiedy się rozdzielili - Musiałeś się ze mną szarpać? Może da się skleić i nie będzie problemu. - Może się da - przedrzeźniał Mattiego wciąż trochę zagniewany Yanik - Tylko trzeba zdjąć ten świstek z gałęzi. Ciekawe jak. Chłopcy podeszli do drzewa, na którym zawisł kawałek strony i zadarli głowy do góry. Gałąź była wysoko, więc z miejsc, w którym stali, widać było tylko małą, białą kropeczkę wśród zielonych liści. - Wysoko - jęknął Yanik. - Aha - potwierdził Matti. - Aha? Tyle masz do powiedzenia? - A co mam powiedzieć? Przecież to nic trudnego - to mówiąc, sięgnął do swojej przepastnej walizki. Wyjął kilka słoików i starannie obejrzał ich zawartość przez szklane ścianki. Pomrukiwał przy tym coś pod nosem. - O, to by się nadało - powiedział. Na wyciągniętej dłoni Mattiego rozpostarła czarne skrzydła ćma z trupią główką na grzbiecie. Mortea negra. - Matti, tylko nie to .... Znajdź jakiegoś innego robala. - Cicho bądź. Ona świetnie się do tego nadaje. Doleci tak wysoko bez żadnego problemu i nie zeżre tego świstka po drodze. Nie cierpi smaku papieru. Cała reszta moich pupilków zeżarła by go w mgnieniu oka. A chyba nie o to ci chodzi, co? Yanik musiał przyznać mu rację. Dobra, niech będzie ta mortea negra, byle szybko wróciła. Matti głaskał ćmę po grzbiecie z wielką czułością. Szeptał coś do niej, a ćma machała dostojnie skrzydłami. Po chwili ćma wzbiła się w górę i poleciała w kierunku świstka na gałęzi. Było to naprawdę wysoko i chłopcy widzieli już tylko czarny punkt zbliżający się do białej kropeczki. Czarny punkt przysiadł na gałęzi, po czym uniósł się do góry i biała kropeczka zniknęła. - Ma świstek! - wrzasnęli jednocześnie z radością. Tak byli zajęci obserwowaniem lotu ćmy, że nie zauważyli pewnych zmian, które zaszły w ich najbliższym otoczeniu ... Nie ma się co dziwić, trudno jest obserwować, co dzieje się wokół, gdy ma się głowę zadartą do góry... A wokół wiele się zmieniło... Nie wiedzieli, że teraz stoją na polanie, otoczonej przez zgraję uzbrojonych po zęby ludzików... Tak, ludzików, bo trudno byłoby nazwać ich ludźmi ze względu na nikły wzrost tych dziwnych stworków. Zdaje się, że to byli mężczyźni, ponieważ większość miała długachne brody, niektórym nawet trochę przeszkadzały w chodzeniu, ciągnąc się za nimi po ziemi. Wszyscy trzymali ostre dzidy skierowane w stronę przybyszów. Było ich może ze stu, albo więcej. Te dziwne istoty wlepiły swoje małe ślepka w stojących chłopców i zamarły w bezruchu. Nikt nie pisnął ani słówka, nie słychać było żadnego niepotrzebnego oddechu, żadnej skruszonej nieuważnym ruchem gałązki. Nic. Tylko włochate brody łopotały bezgłośnie na wietrze. Matti pierwszy opuścił głowę. Przez moment myślał, że to jakieś przewidzenie spowodowane zbyt długim patrzeniem w kierunku słońca. Za chwilę obraz rozmyje się i wszystko zniknie. Potarł oczy zaciśniętymi pięściami dłoni, ale obraz nie znikał. Odwrotnie, stał się wyraźniejszy i Matti dopiero teraz dostrzegł wymierzone w ich stronę dzidy. Trącił łokciem w bok gapiącego się w niebo Yanika. - Nie przeszkadzaj - syknął Yanik, zajęty obserwowaniem frunącej ćmy. - Zatrzymała się w powietrzu - szepnął do Mattiego - Chyba coś się stało! Matti, dlaczego ona nie leci? Ćma rzeczywiście zatrzymała się w miejscu. Pracowicie uderzała skrzydełkami kilka metrów nad głowami chłopców. Nie zamierzał chyba tam zostać? - Matti! - krzyknął Yanik. - Zrób coś. Dlaczego ona nie wraca? - Dlatego - Matti powiedział to takim głosem, że Yanik natychmiast opuścił głowę i spojrzał na Mattiego. Za jego plecami zobaczył morze malutkich głów w długimi, zmierzwionymi brodami. Obrócił się dookoła. Wszędzie stały gromadki karlich postaci, otaczając chłopców pierścieniem i wymierzając w nich ostre dzidy. Yanik ze strachu ścisnął Mattiego za rękę. - Matti, kim oni są??? - Nie mam pojęcia. - westchnął Matti. - A niby skąd ja mam wiedzieć? - Czego oni mogą od nas chcieć? - Nie wiem, ale możemy ich zapytać. - Tak myślisz? W końcu jedna z postaci poruszyła się i wyszła z szeregu, mierząc dzidą w kierunku chłopców. Był to niewielkiej postury mężczyzna na pałąkowatych nogach, jednak niezwykle barczysty. Wyróżniała go ciągnąca się po ziemi, płomiennoruda broda, tak zmierzwiona, że wszelkie próby jej rozczesania spełzłyby na niczym. Karzeł zbliżał się, trzymając dzidę na sztorc. Zmierzał w kierunku Yanika. Kiedy był już blisko, wycelował broń prosto w chłopca, a potem oparł ostrze dzidy o jego ciało tuż obok serca. Yanik wystraszył się. Cóż mogły chcieć od nich ci mali ludzie i dlaczego grożą im bronią? Ostrze dzidy kłuło między żebrami. Uczucie nie było przyjemne. Na dodatek Rudobrody wpatrywał się groźnie prosto w oczy Yanika i gulgotał coś do niego niewyraźnie. Dźwięki, jakie wydawał przypominały chłopcu gulgotanie. Rudobrody mówił w jakimś nieznanym dialekcie. Gulgotał i gulgotał coraz bardziej, po czym zaczął prychać, co - jak domyślił się Yanik, miało oznaczać, jak bardzo jest zagniewany. Prychanie wcale nie było przyjemniejsze od gulgotania. Karzeł w końcu przestał prychać. Widocznie nie miał nic więcej do powiedzenia. Yanik odetchnął, ale nie na długo. Karzeł odwrócił się do swoich towarzyszy i ruchem dłoni wezwał ich do siebie. Zgraja brodaczy natychmiast podbiegła, szczerząc swoje dzidy. Sto ostrzy skierowało się w stronę żeber chłopców; stali teraz pośrodku najeżonego ostrzami okręgu. Nie mogli zrobić nawet jednego kroku; gdyby ruszyli się choć o milimetr, natychmiast nadziali by się na którąś z dzid. Byli w rozpaczliwym położeniu. Nie mieli pojęcia, czego chcą od nich ci dziwni przybysze, a i tamci nie kwapili się, aby im wyjaśnić. Naraz wszyscy zaczęli gulgotać. Gulgotali jeden przez drugiego, coraz głośniej i głośniej; chyba się kłócili, bo niektórzy zaczęli prychać i gulgotać na przemian. Po chwili część karłów odrzuciła dzidy i rzuciła się z pięściami na stojących naprzeciwko towarzyszy. Yanik i Matti znaleźli się w samym środku tej dzikiej walki. Zupełnie zaskoczeni, próbowali wydostać się z tej gmatwaniny i uciec, dopóki się nie zorientują. Wydawało się, że walczący w swym zacietrzewieniu nie zwracają już na nich uwagi. Mattiemu udało się jakoś uwolnić i już miał brać nogi za pas, kiedy poczuł ukłucie pod lewą łopatką. Odwrócił się i ujrzał wykrzywioną w drwiącym uśmiechu gębę Rudobrodego, który kłuł go dzidą w plecy. Rudobrody uniósł rękę do góry i krzyknął jakąś krótką komendę;…