Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 39 min czytania

AMULET Z MOYNIHAAN częśc 2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

PORWANIE

Czarna dama, która przywiodła tu Yanika, odezwała się po raz pierwszy: Chłopcze, poznaj Helodorę, Królową Białych Nietoperzy. Witaj, Królowo Helodoro, zostawiam chłopca pod twoją opieką. Żegnaj, chłopcze - odwróciła się i znikła za śnieżnobiałymi drzwiami. Witaj! - głos staruszki był dźwięczny i mocny, jak u młodej dziewczyny. - Wszyscy już na ciebie czekają. Podejdź bliżej, niech ci się przyjrzę. - przyciągnęła chłopca za rękę do siebie, tak że jego twarz znalazła się dokładnie naprzeciwko jej węgielkowych oczu. - O tak, widzę w twoich oczach tę iskrę, na którą lud moynihańczyków czekał ponad cztery pokolenia. O tak, widzę w twojej twarzy ten spokój, na który czekamy już tak długo. Wiele się jeszcze musisz nauczyć, chłopcze, ale wiem, że kres władzy Vampiriusa już blisko. O tak, jakże się cieszymy, o tak! Alaho, Alaha, Alahe!

Po tym przywitaniu przeszli do dużej, równie białej i śnieżnej komnaty. Wewnątrz czekali jacyś ludzie. Dziwna, mroźnobiała grupa stała pośrodku sali, niczym skupisko zastygłych, lodowych sopli. Gdy Yanik przestąpił próg, gromadka ożywiła się i zaczęła wznosić chóralne okrzyki: Alaho, Alaha, Alahe! Alaho, Alaha, Alahe! Byli to, jak wyjaśniła staruszka, potomkowie dawnych mieszkańców Korndeile, plemię Kantów. Kantowie, wypędzeni z miasteczka przez Maga Vampiriusa, osiedlili się tutaj, w "Przedsionku Piekieł" - jak nazwała to miejsce. Dlaczego "Przedsionek Piekieł?" - zapytał Yanik. Jesteśmy w Kantonii, Yaniku, u stóp gór Jukaan. To przedmurze Moynihaan. Za pasmem tych gór znajduje się królestwo Maga Vampiriusa. My, plemię Kantów, ukryliśmy się tutaj, wypędzeni z Korndeile przez żołdaków Vampiriusa w czasie Wielkiej Wojny. Góry Jukaan są dla nas schronieniem. Dlaczego tutaj? Rozejrzyj się dookoła. Pasma gór Jukaan to niedosiężne, groźne szczyty. Mroźne, zastygłe, nieruchome od wieków. Nie spotkasz tu nikogo, żadnego zbłąkanego wędrowca. Nikt z własnej woli nie zapuszcza się w te niegościnne okolice. Tu jesteśmy w miarę bezpieczni. Oczywiście do czasu, kiedy Mag Vampirius zmieni zdanie. Bo nie mamy wątpliwości, że zna miejsce naszego schronienia. Nie grozi nam dopóty, dopóki uznaje, że my nie zagrażamy jemu. Po prostu jest mu wygodnie, że schroniliśmy się właśnie tutaj. W świecie Maga Vampiriusa nic nie dzieje się przypadkiem. On ma wszystko pod kontrolą i tylko od Jego woli zależy, co się z nami stanie. W takim razie popełniliście błąd, zapraszając mnie tutaj! Grozi wam niebezpieczeństwo! Vampirius na pewno dowie się o mojej wizycie i stan się przyczyną kolejnych waszych nieszczęść! Nie, nie, nic nam nie grozi. Mamy swoje sposoby na oszukanie Maga. Jak dotąd zawsze nam się udawało. Spójrz przez okno, Yaniku, a sam się przekonasz. - odezwał się jeden z kantończyków. Chłopiec podszedł do małego, okrągłego okienka, pokrytego grubą warstwą szronu i lodu. Przybliżył twarz do szyby i oddechem ocieplił szkło. Na szybie pojawiła się mała plamka ciepła, która rosła, rosła, rozszerzała się, połykając namalowane na szkle gwiazdy, kwiaty i liście paproci. Kiedy otworek był już wystarczająco duży, aby dostrzec to, co działo się na dworze, Yanik wyjrzał przez okno. Początkowo nie widział nic poza bielą, ale biel była wszędzie. Cóż poza nią miałby tam zobaczyć? A jednak... Kiedy przyjrzał się uważniej, dostrzegł, że biel za oknem drży, kotłuje się, trzepocze! Za oknem kłębiły się tysiące białych nietoperzy, osłaniając nieprzeniknionym, mlecznobiałym kożuchem miejsce, w którym się znajdowali. Kłębiąca się materia stwarzała niesamowite wrażenie.

To sprawka Helodory. Wyprowadziła swoje stadko na spacer! - rzekł z nieukrywanym podziwem kościsty kantończyk Ineke. - Widzisz, Yaniku, w taki sposób można oszukać Gorgona Vampiriusa. Nasza Helodora jest niezastąpiona. Przez tę chmarę nietoperzy nic się nie prześlizgnie. Jesteśmy bezpieczni. Yaniku - odezwała się Helodora. - Przejdźmy do rzeczy. Znalazłeś się przecież tutaj w jakimś celu, który zapewne chciałbyś poznać. Ja, Helodora, Królowa Białych Nietoperzy odkryję przed tobą tajemnicę księgi książeczki, którą otrzymałeś od Astronemusa. Pomogę ci ją odczytać, zgodnie z jego wolą. Tylko ja mogę to zrobić i tylko ja zdecyduję, kiedy prawdę odkryję do końca. Będziemy tę księgę czytali razem. Odkryję przed tobą jej sekret z każdą kolejną wizytą. Ile wizyt będziesz potrzebował, aby dowiedzieć się prawdy, zależy tylko od ciebie. Czy masz ją ze sobą? Tak - odpowiedział chłopiec. W takim razie otwórz ją na pierwszej stronie, Yaniku. - rozkazała Helodora. Chłopiec sięgnął do kieszeni, w której ukrył książeczkę. Już trzymał ją w dłoni, gdy nagle zgromadzone w sali białe postacie wydały z siebie chóralny okrzyk: Alaho, Alaha, Alahe! Alaho,Alaha, Alahe! Chłopiec nie rozumiał ich reakcji. Helodora uciszyła ruchem dłoni rozkrzyczane stadko: Uciszcie się, Kantowie! Do odczytania księgi potrzeba ciszy i skupienia!

Yanik rozłożył aksamitne okładki i jego oczom ukazała się lekko pożółkła, szeleszcząca materia papieru. Kartki nadal był dziewiczo puste, czyste, nie zapisane. Nie było żadnych liter, żadnych małych, czarnych, drobnych pociągnięć pióra. Trochę rozczarowany czekał, co będzie dalej. Helodora stała obok. Od czasu, gdy Yanik otworzył książkę na pierwszej stronie, nie poruszyła się. Zastygła w milczeniu. Oczy Helodory intensywnie wpatrywały się w zażółcone kartki. Trwało to długo, za długo. Chłopiec zaczął się niecierpliwić, jednak postanowił jeszcze poczekać. Nagle coś zaczęło się dziać. Kartki zaczęły drżeć, dygotać, trzepotać, jakby w podmuchu niewidzialnego wiatru. Wrażenie było niesamowite. Wszystko dookoła zastygłe w bezruchu, bez jednego, najmniejszego drżenia, tylko książka szarpana wiatrem, huraganem prawie! Kartki szeleściły, wydawało się, że zaraz porwą się, zamienią w białe, pomięte strzępy! Wiatr uniesie je hen, daleko, przez chwilę będą tańczyć w powietrzu, jak płatki śniegu, po czym rozbiegną się na cztery strony świata! Ale nic takiego się nie stało. Helodora zamknęła oczy, położyła dłoń na książce i lekko musnęła rozszalałe kartki. Wszystko ucichło. Na zżółkłych stronicach książki pojawił się jakiś znak, jakiś obrazek. Oczom Yanika ukazały się najpierw delikatne kontury, które powoli nabierały ostrości. Rysunek stawał się coraz wyraźniejszy, nabierał barw. To były wrota. Masywne, lekko uchylone skrzydła drzwi. Drzwi, które na pewno dokądś prowadzą. "Kolejna brama!" - pomyślał Yanik. - Yaniku - odezwała się Helodora - oto teraz otwiera się przed tobą jedna z tajemnic. Te drzwi prowadzą do Krainy Moynihaan. Tylko w ten sposób możesz się tam dostać. Tylko tak możesz dotrzeć do kraju, w którym rządzi okrutny Mag Gorgon Vampirius. To jest twoja brama do następnych tajemnic.

* ZNIKNIĘCIE YONIKI

Helodora była bardzo tajemnicza. "Oczywiście - tajemnice, tajemnice!" - Yanik nie był specjalnie zdziwiony. Spodziewał się tego - zdążył przywyknąć do wiecznych sekretów. Brama w książce? Może to jest niemożliwe. Na pewno to jest niemożliwe, ale co z tego? Była książka, była brama, którą Yanik widział na własne oczy i już. W jaki sposób przez nią przejść, żeby znaleźć się w Moynihaan, to już zupełnie inna sprawa. Trudno byłoby mu się przecisnąć przez bramę, która mieści się w kieszonkowym formacie białej Księgi, ale był pewien, że jest na to jakiś sposób. Sposób, który na pewno za chwilę poda mu Helodora i który będzie równie dziwny, jak cała reszta tego przedstawienia. Ale tu się rozczarował. - Yaniku, dostałeś od nas wielki dar, ale sposób, w jaki się tam dostać, musisz wymyślić sam. Powiem ci tylko, że pomogą ci w tym lekcje z Klarą Hafflet, Lekcje telepatii. Jeśli będziesz pilnym uczniem, wpadniesz na to szybko. A wiedz, że nie zostało ci zbyt wiele czasu. Niedługo będziesz musiał sprawdzić, czy udało ci się ten sposób znaleźć. Niedługo będziesz zmuszony odwiedzić Moynihaan. Odwiedzić Moynihaan? Po co? Yanik miał coraz mniejszą ochotę na odwiedziny w tej dziwnej krainie. Helodora i ci dziwni Kantowie nie wyjaśnili mu nic. Wszystko stało się jeszcze bardziej tajemnicze i niezrozumiałe. Helodoro - rzekł Yanik. - Jak dotąd nikt nie wyjaśnił mi, na czym ma polegać moja misja, nie rozumiem też, dlaczego to ja zostałem przez was wybrany. Wszystko, co dzieje się ze mną od czasu, gdy poznałem Yonikę, jest ciągle nieodgadnioną tajemnicą. Jestem już tym zmęczony. Nie wiem również, bdlaczego tu jestem i w jaki sposób będę wam pomocny. Mag Astronemus, ani nikt inny nie wyjaśnił mi tego. Sądziłem, że tutaj dowiem się czegoś, tymczasem przede mną kolejna zagadka. Czemu ma służyć moja obecność tutaj, do czego mi ta czerwona księga? Dlaczego mam odwiedzić Moynihhan? Powiem ci, dlaczego. Yonika została porwana.

PANI PILINGTON Pani Pilington mieszkała w Korndeile od zawsze. Wszyscy mieszkańcy miasteczka, zapytani, kto mieszka najdłużej w Korndeile, bez wahania wskazywali na Panią Pilington. Korndeile było jej domem do tego stopnia, że Pani Pilington nigdy, ale to nigdy nie opuściła miasta nawet na jeden dzień. Nigdy i nigdzie nie wyjeżdżała. Mówiła, że tutaj jest jej najlepiej i nie ma czego szukać gdzie indziej. To była prawda. Mieszkańcy Korndeile doskonale znali Panią Pilington, ale to nie znaczy, ze wszyscy ją lubili. Najbardziej nie lubiły jej dzieci. A to dlatego, że dostanie się w ręce Pani Pilington oznaczało dla nich tylko kłopoty. Dom Pani Pilington znajdował się trochę na uboczu, właściwie na skraju miasteczka. W najbliższej okolicy nie było prawie żadnych zabudowań, a te, które widać było z okien domu Pani Pilington, były ruinami opuszczonych przed laty domostw. Ruiny prezentowały się, rzec można by - strasznie i Pani Pilington wykorzystywała ten fakt, kiedy trzeba było uciszyć jakieś przekorne dziecko. Pani Pilington "uwielbiała" dzieci. O tak, wychowała przecież kilka pokoleń Korndeilczyków! Niestety, nie można było tego samego powiedzieć o dzieciach. To znaczy tego, że uwielbiały Panią Pilington. O nie! Dzieci w większości nie cierpiały Pani Pilington i żadne z nich nie miało miłych wspomnień z pobytu w jej domu. A właściwie ci, którzy mieli wątpliwą przyjemność przebywać w tym miejscu, wspominała to jako koszmar. Koszmar! Rzeczywiście, dom Pani Pilington prezentował się koszmarnie. Gdy tylko przekroczyło się próg, oczom gościa ukazywał się niesamowity wprost bałagan. W domu Pani Pilington zgromadziła taką ilość różnego rodzaju rupieci, śmieci, dziwnych przedmiotów, bibelotów, że miało się wrażenie, iż za chwilę utonie się w tych szpargałach. Na ścianach, już od samego progu, wisiała wprost niesamowita ilość różnorakich obrazów, makatek, wyblakłych pocztówek, zakurzonych fotografii. Jedne w ramach, inne bez, jedne prosto, inne krzywo. Pokrywały ściany tak gęsto, że nie sposób było wcisnąć nawet szpilki. Pani Pilington nie przejmowała się jednak tym i nowe obrazki zaczęła wieszać na suficie. Gdzieniegdzie w tej powodzi ściennych rupieci udawało się dostrzec zawieszone półki. Na półkach znajdowała się równie przypadkowa zbieranina wszystkiego - jakieś pordzewiałe świeczniki, figurki różnego rodzaju i wielkości, z gliny, porcelany, bursztynu, malachitu, soli, szkła, metalu i każdego innego materiału, z jakiego tylko może powstać figurka. Przy tym nie stanowiły one w żadnym razie jednorodnej kolekcji, ale osobliwy zbiór wszystkiego - słonie sąsiadowały z tygrysami, żołnierzykami, łabędziami, baletnicami, misiami, zajączkami, i innymi pokracznymi dziwolągami. Obok tej masy figurek stały, leżały, wisiały albo turlały się wazony, wazoniki, słoje, słoiki, miski, miseczki, ozdobne talerzyki, lusterka, papierowe lampiony, pudła, puzderka, a także książki, albumy, masa starych i pożółkłych gazet z powyginanymi ze starości okładkami. Podłoga domu Pani Pilington nie przedstawiała się wcale lepiej - leżało na niej więcej dywanów, dywaników, chodniczków, kawałków wykładziny, futrzaków i mat niż we wszystkich domach w Korndeile. Każdy, najmniejszy nawet skrawek podłogi został po stokroć pokryty czymś na kształt dywanika. Warstw tych podłogowych okryć było tak wiele, że sprawiały trudność w poruszaniu się po domu Pani Pilington. Nie trzeba dodawać, że wszystkich tych dywanów nigdy nie trzepano, więc przy każdym nieostrożnym stąpnięciu unosiły się nad podłogą tumany kurzu. To wszystko zobaczył Yanik, gdy przybył do domu Pani Pilington. Zobaczył też oczywiście samą Panią Pilington. Nie ma dwóch zdań, pasowała do tego wnętrza jak ulał! Pani Pilington składała się z całej masy gałganków, bluzek, spódnic, różnorakich chust, serdaków, kamizelek i sweterków nałożonych jeden na drugi w przypadkowej kolejności na jej obfite ciało. Tak, Pani Pilington była bez wątpienia obfitą kobietą. Kiedy sapiąc otworzyła Yanikowi drzwi, oczom chłopca ukazała się rozlana postać o pulchnych jak dwa bochny chleba dłoniach i zniekształconej przez nadmiar ciała twarzy, na której rysowało się coś na kształt uśmiechu. To znaczy usta Pani Pilington wykonywały grymas podobny do uśmiechu, kąciki wąskich warg unosiły się leciutko do góry. Oczy Pani Pilington mówiły jednak zupełnie coś innego - Yanik dostrzegł w nich badawczą ciekawość i wyraźną niechęć. Kształt ust i wyraz oczu nijak nie komponował się na twarzy Pani Pilington w wyraz aprobaty. Efekt końcowy nie był zachęcający - można powiedzieć, gęba Pani Pilington wyglądała wstrętnie. Taką właśnie postać zobaczył Yanik, gdy tylko otworzyły się drzwi. Cóż - nie było wyjścia. Pani Pilington była tą, która mogła mu pomóc w odnalezieniu Yoniki i chłopiec postanowił znieść widok jej wstrętnej gęby. Postanowił też nie dać się zbyć. Wszyscy wiedzieli, że wyciagnięcie informacji od Pani Pilington to nie lada sztuka. Uwielbiała gierki, zawsze zwodziła rozmówcę. Była złą i fałszywą kobietą. Można się dziwić, ale jej charakter doskonale nadawał się do wychowywania dzieci w duchu, w jakim życzyliby sobie tego mieszkańcy Korndeile. Wszystkie zbyt grzeczne i prawdomówne dzieci były odsyłane na "lekcje" do Pani Pilington. Była tak skuteczna, że niektórym wystarczył miesiąc, żeby przestali być tacy mili i prawdomówni. Nauka kłamstwa szła Pani Pilington doskonale. Lubiła też, kiedy jej podopieczni stawali się chytrzy i cyniczni, kiedy podjudzali jedni drugich, kiedy skarżyli na siebie i robili sobie na złość. Najlepszym "uczniem" i wychowankiem Pani Pilington był Saxenian. Stawiała go za wzór wszystkim nowo przychodzącym. Jego fotografia wisiała na ścianie na wprost wejścia i nawet w tej gmatwaninie obrazów udało się ją zauważyć. Spod skrzydeł Pani Pilington wyszło zresztą kilka pokoleń Kordeilczyków - były wśród nich dzieci rodziny Crabbelgów, Redfernów, Biggsów - same słynne nazwiska w miasteczku. Każdy zamożny i średnio zamożny rodzic zadbał, aby jego dzieci zostały wychowane w duchu nauki Maga Gorgona Vampiriusa. Pani Pilington spełniała ich oczekiwania. Yonika również była wychowanką Pani Pilington, jednak tutaj mistrzyni zawiodła się na całej linii. Pomimo wielu prób Yonika za nic nie chciała stać się podłą i cyniczną. Może dlatego, że została tu przysłana wbrew woli rodziców - ci wcale nie chcieli mieć złej córki. Zgodzili się w końcu, kiedy zagrożono im wysiedleniem z miasteczka. Gdyby powiedzieli nie, musieliby się wyprowadzić. To nie wchodziło w grę z różnych przyczyn, o których nie pora tutaj mówić. W każdym razie Yonika spędziła tu trochę czasu i pomimo całej wstrętnej fizjonomii Pani Pilington, polubiła ją. I to właśnie Pani Pilington uważała za swoja największą porażkę. Ktoś, kto polubił ją pomimo wszystko, był stracony. Yanik wiedział o tym wszystkim od Maga Astronemusa. To właśnie Astronemus wysłał go do Pani Pilington. Przypuszczał, że kobieta może wiedzieć, kto maczał palce w porwaniu Yoniki. Być może wie również, gdzie dziewczynka się znajduje. To wcale nie było wykluczone. Problem polegał na tym, w jaki sposób zmusić Panią Pilington do ujawnienia znanych jej informacji. To zadanie należało do Yanika. Astronemus dał mu kilka wskazówek. Tutaj Yanik miał wykazać się umiejętnościami, które już nabył w Szkole Deglerów. Pomocna szczególnie powinna być telepatia i mnemologia. Lekcje hipnozy, których udzieliła mu wróżka Meteora, również powinny się przydać. Gdyby jednak nie udawało się z Panią Pilington, Astronemus miał w zanadrzu jeszcze jedną niespodziankę, która zdradził Yanikowi. Otóż Pani Pilington, ta groźna, wstrętna i złośliwa Pani Pilington miała swoją tajemnicę, która mogła zagrozić jej wątpliwej reputacji, z której była bardzo dumna... Ale o tym później... Pani Pilington przyjęła Yanika, jak to miała w zwyczaju: - A ty tu czego? - zapytała burkliwie i niby uśmieszek na twarzy szybko przeobraził się w grymas gniewu. - Czego tu chcesz? Nie widzisz, że jestem zajęta? Nie mam ochoty na wizyty! - atakowała dalej. - Dzień dobry, Pani Pilington - Yanik nie dawał się zbić z tropu. - Nazywam się Yanik i przyszedłem do Pani w sprawie Yoniki. Mogę wejść do środka? - Patrzcie no państwo, do środka? Jeszcze czego! A stój w progu, ty obrzydliwy chłopaku! I co za dzień dobry! Ten dzień jest wyjątkowo parszywy, brrr... I co za obrzydliwie miłych słów używasz, chłopcze. Widzę, że musisz pomieszkać trochę ze mną, ha, ha. Przydałoby ci się. Natychmiast zapomniałbyś te wszystkie idiotyczne zwroty. Już ja bym cię nauczyła! - Pani Pilington, przyszedłem tu w sprawie Yoniki - Yanik ignorował nieuprzejmości Pani Pilington. - Yonika została porwana. Pani może wiedzieć, gdzie mogę ja odnaleźć. Proszę mi pomóc. - Ach, pomóc! Cóż za okropne słowo! A niby dlaczego miałabym ci pomóc, brr! - skrzywiła się strasznie w momencie, gdy wypowiadała wyraz "pomóc". - Nigdy nikomu jeszcze w niczym nie pomogłam, w każdym razie nie za darmo, jeśli już kiedykolwiek mi się to zdarzyło. I niech tak zostanie, ha, ha ,ha! - Zapłacę - zadeklarował od razu Yanik. - O tak, chłopcze, zapłacisz, pewnie, że zapłacisz! Ale nie pieniędzmi, o nie! Co to, to nie! Za łatwo by ci było, moja "pomoc" jest więcej warta niż zapłata marnych kilku groszy! Ha - może ci coś powiem, jeśli spełnisz moje życzenie! Ha,ha,ha,ha... - Zgoda, Pani Pilington, ale ja też mam jeden warunek. - Mam w nosie twoje warunki. - wrzasnęła wyraźnie rozzłoszczona. - Mam jeden warunek - najpierw zdradzisz mi, co wiesz na temat zniknięcia Yoniki. Powiesz mi wszystko, co wiesz, a potem ja spełnię twoje życzenie. Nie ma mowy! Nie dam się oszukać, Pani Pilington. Nie dam się nigdy nikomu oszukać. Wypowiadając te słowa, Yanik intensywnie myślał o tym, że podoła, że mu się uda. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że brak wiary w powodzenie zniweczy jego starania i nie wygra tej bitwy na słowa z Panią Pilington. Pamiętał nauki wyniesione z lekcji telepatii Klary Hafflet. Klara zawsze powtarzała, że myślenie o zwycięstwie to połowa sukcesu. Najważniejsze, to tak wpłynąć na myśli przeciwnika, by przekonać go o naszych racjach. Nie bez znaczenia były również rady Astronemusa i Meteory. Yanik cały czas patrzył prosto w oczy Pani Pilington i ani na chwilę nie spuścił wzroku. Nie da się oszukać! - prychnęła Pani Pilington. - Nie mam zamiaru dłużej z tobą rozmawiać! I wynocha mi stąd! Nic nie pomogą twoje sztuczki ze szkoły Deglerów. Znam je na wylot. Wychowałam niejednego ucznia z tej szkoły i żaden nigdy nie zmusił mnie do niczego. A ta Yonika - kto to w ogóle jest! Nie znam nikogo takiego i nic o niej nie wiem! Jazda stąd! Nie ruszę się stąd, dopóki nie powiesz mi, gdzie jest Yonika! Nic ci nie powiem, ot co! Nie mam zamiaru! W takim razie pożałujesz tego! - powiedział…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%