Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 37 min czytania

AMULET Z MOYNIHAAN częśc 5

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ODWIEDZINY LANCELOTA To był Lancelot! Szczur Lancelot! Nie jest już sam. Astronemus pamiętał o nim. Yanik ucieszył się, ale nie mógł przecież okazać swojego zadowolenia. Nie było by dobrze, gdyby odkryto tu obecność Lancelota. Jakby nie patrzeć, Lancelot był szczurem i ktoś gotów by go nakarmić trutką! „Musisz być ostrożny, Lancelocie!”. Mogą cię zobaczyć, a to byłoby niebezpieczne” – wyszeptał Yanik bardzo cicho, prawie nie poruszając ustami. Starał się, aby nawet drgnięcie powieki nie zdradziło tego, że z kimś rozmawia. „Lancelocie, słyszysz mnie?” „Oczywiście, ze cię słyszę, nie musisz tak krzyczeć! My, szczury Magów mamy wyostrzony słuch. Słyszymy naprawdę doskonale nawet wtedy, gdy dla was, ludzi jest to ledwo słyszalny szept. Nie wrzeszcz tak. Nie masz pojęcia, jak wrzeszczysz. Można ogłuchnąć!” „Ah, co za zarozumiałe, okropne szczurzysko!” – pomyślał w duchu Yanik. „Niestety, jestem skazany na jego towarzystwo, i co gorsza, na jego pomoc. A mam tak wielką ochotę powiedzieć mu coś nieprzyjemnego!” - Doprawdy, Yaniku, co za brak rozwagi! My, szczury Magów, potrafimy świetnie czytać w myślach! Nie na darmo przecież spędziłem w Szkole Deglerów najpiękniejsze swoje lata – westchnął Lancelot. – Ale przy okazji nauczyłem się czegoś. Uwielbiałem lekcje z Klarą Hafflet. Wysuwałem wtedy pyszczek ze swojej norki, a gdy nadarzyła się okazja, stawałem słupka w kątku i słuchałem, słuchałem! Ach, wiesz, starałem się nie opuścić ani jednej lekcji – Lancelot rozmarzył się. – Cóż za kobieta! Co za energia! – Lancelot rozmarzał się coraz bardziej. – W każdym razie – dodał po chwili – wiem, co o mnie myślisz, więc uważaj, bo mogę się pogniewać, a wtedy nie licz na moją pomoc. Zrozumiano! – dodał trochę obrażonym tonem, z wyraźną nutką pogardy. - Aha. Przepraszam, Lancelocie. – Yanik postanowił nie drażnić szczura, który był wyraźnie w nienajlepszym humorze. – Nie kłóćmy się, tylko pomyślmy, jak mnie stąd wydostać! - „Pomyślmy?” – żachnął się Lancelot. – Wszystko już dawno jest wymyślone! Naprawdę nie musisz wysilać swoich szarych komórek. Nie sądzisz chyba, że przyszedłem tu na pogawędkę. A już na pewno nie po to, żeby cos z tobą wymyślać. Phi! Sądzisz, że Astronemus przysłałby mnie tutaj, gdyby nie było planu wydostania cię stąd? Radzę ci więc – milcz i słuchaj. Yanik miał już coś strasznego, obrzydliwie niemiłego na końcu języka, a właściwie to mało brakowało, a pomyślałby coś okropnego, ale z całych sił powstrzymał się, co było naprawdę trudne. Spróbujcie tak powstrzymać się od pomyślenia jakiejś okropnej rzeczy o kimś, kto wam nadepnął na odcisk. Nie da rady! Myśli same wpadają do głowy i czasami harcują tam jak oszalałe! Co za szczęście, że inni ( to znaczy ci, których nie lubimy, i o których myślimy takie okropności) nie mogą zajrzeć do naszej głowy... Lancelot jednak potrafił i w tym cały problem. Yanik zamknął na chwilę oczy, zacisnął usta z całej siły, okropnie się przy tym spocił, ale ... ufff nic , ale to nic nie pomyślał. Ani dobrego, ani złego i to już było coś. - Tak więc, Yaniku, kiedy przyjdzie tu Salomon Krett, (a masz to pewne jak w banku, że przyjdzie, ponieważ uwielbia pastwić się nad takimi małymi chłopcami jak ty).Więc gdy przyjdzie, masz mu głęboko patrzeć w oczy, tak głęboko, żeby mu się zakręciło w głowie. Być może nie na wiele się to przyda, w każdym razie nieco zyskamy na czasie. A czas jest nam bardzo, ale to bardzo potrzebny! Niedługo Astronemus zjawi się tu osobiście, a wtedy Salomon Krett, razem z Panem Granatowym mogą się naprawdę bardzo zdziwić! Astronemus już im przemówi do rozsądku! - A co się stanie? – zapytał Yanik. Prosiłem cię, żebyś milczał, chłopcze. Nie zadawaj głupich pytań. Yanik starał się wykazać największą cierpliwość, na jaką tylko go było stać, ale stawało się to coraz trudniejsze. Lancelot był po prostu wstrętnym, niesympatycznym szczurzyskiem i koniec! Wtem otworzyły się drzwi z głośnym hukiem i do pokoju wszedł Salomon Krett we własnej osobie. Drobny człowieczek o chytrym, fałszywym uśmieszku, podszedł szybkim krokiem do Yanika i spojrzał mu prosto w oczy. Było to tak niespodziewane, że Yanik nie zdążył zareagować. Patrzył teraz prosto w bystre, świdrujące oczka Inspektora Kretta, które trochę przypominały mu spojrzenie Klary Hafflet. Lancelot gdzieś zniknął i Yanik poczuł, że został sam. Jak to mówił Lancelot? Żeby patrzeć prosto w oczy Kretta? I że powinno mu się od tego zakręcić w głowie? Jak dotąd, to Yanikowi kręciło się w głowie. Nie mógł wytrzymać wzroku Inspektora Kretta. Spuścił głowę i wbił wzrok w ziemię. Czuł się jak przestępca, a przecież nic nie zrobił! Inspektor Krett jakby tylko na to czekał. Spokojnie usiadł na stojącym przy stoliku krześle, strzepnął niewidzialny pyłek z blatu, po czym zapytał: ? - No to powiedz mi teraz wszystko, co wiesz. - Ale ... ee... ja...nic .... - Znam tę śpiewkę. Nic nie zrobiłeś, to chciałeś powiedzieć, prawda? Nie zaskoczyłeś mnie. Słyszałem to w tym pokoju tysiące razy. Wszyscy przestępcy tak mówią – tu zawiesił głos. Po chwili dodał :- Byłoby lepiej dla ciebie, gdybyś zaczął mówić. Całą prawdę. ? Lancelot był już po drugiej stronie lustra weneckiego. Widział, co się święci. Yanik zupełnie nie radził sobie z Inspektorem Krettem. Potrzeba jest natychmiastowa pomoc Astronemusa. Yanik nie może zostać tutaj dłużej, niż to konieczne. To znaczy do czasu nadejścia odsieczy. Lancelot był pewien, że to się tak skończy. Przekonywał nawet o tym Astronemusa, który na wieść o aresztowaniu Yanika nie ruszył od razu na pomoc, ale postanowił, że spotkanie z Krettem będzie pierwszą próbą dla Yanika. „Miałem rację” – myślał Lancelot z dziką satysfakcją. „Astronemusie, miałem rację!!!” ? YANIK MYSZKUJE W POKOJU MATTIEGO

Matti mieszkał u Ryfkinów już dobre dwa tygodnie. Yanik przyzwyczaił się już do obecności nie lubianego kuzyna- nie miał przecież i tak innego wyjścia. Zdawało się, że Matti puścił w niepamięć incydent z zaśnięciem, o który obwiniał Yanika. Oczywiście Yanik udawał, że nie miał z tym nic wspólnego, ale obydwaj wiedzieli, że było inaczej. Matti jakimś siódmym zmysłem wyczuwał, że to sprawka Yanika, niemniej jednak zaprzestał zaczepek i oskarżeń na jakiś czas. Obydwu chłopcom to odpowiadało. Przez ostatnie kilka dnia mijali się w domu, nie zamieniwszy nawet jednego słowa. Co prawda Pani Ryfkin zauważyła niechęć chłopców do siebie i próbowała interweniować, ale nie przyniosło to żadnego pozytywnego efektu. Yanik wprost poprosił ją, żeby się nie wtrącała. Powiedział też, że wyjaśnią sobie pewne sprawy sami, gdy nadejdzie odpowiednia pora. Tymczasem nie chciałby być zmuszany do udawania, że lubi Mattiego – wystarczy, że oddał mu swój pokój. Matti był intruzem, ot co. Może i tak, ale teraz mógł się przydać. A właściwie mogła przydać się jego wiedza i pasja. Matti kochał motyle i wiedział o nich wszystko. Miał chyba największą kolekcję tych owadów, jaką kiedykolwiek widział Yanik. Co prawda była to jedyna kolekcja motyli, z jaką miał okazję się zapoznać, ale wydawała mu się naprawdę ogromna. Wyglądało na to, że Matti, ten znienawidzony Matti, może pomóc w odnalezieniu Yoniki. Tylko w jaki sposób zmusić go, by podzielił się z Yanikiem swoją wiedzą? Chłopiec był pewien, że odmówi, gdyby go zapytać wprost. Matti był za sprytny i na pewno zaraz zaczął by coś podejrzewać. Opowiedzenie mu całej historii było wykluczone. Należało użyć podstępu i to właśnie było najtrudniejsze. Na początek Yanik postanowił przeszukać pokój pod nieobecność Mattiego. Przejrzy wszystkie książki, albumy, encyklopedie i co tam jeszcze znajdzie. Matti wybierał się właśnie do szkoły. Siedział w kuchni i pałaszował stos kanapek z dżemem. Wszystko dookoła lepiło się od dżemu wyciekającego z kanapek, połykanych w wielkim pośpiechu. Matti jadł okropnie. Każdemu, kto widział jedzącego Mattiego, natychmiast przechodził apetyt. Zazwyczaj Yanik starał się unikać tego widoku, dzisiaj jednak przysiadł się do stolika. Matti nie omieszkał go zaczepić, jak to miał w zwyczaju: - Patrzcie, kto przyszedł! Jaśnie Pan Yanik! Nie myśl sobie, że podzielę się z tobą moim śniadaniem! Yanik ani myślał jeść cokolwiek w jego obecności. Miał zamiar tylko sprytnie wypytać Mattiego, o której wróci ze szkoły. Musiał wiedzieć, ile czasu będzie miał na myszkowanie w jego pokoju. - Oh, Matti, dziękuję za zaproszenie! – powiedział nieco zgryźliwie. Nie mógł być zbyt przyjacielski, bo natychmiast wzbudziłby podejrzenia, a tego chciał za wszelką cenę uniknąć. - Chyba nie zdążę zjeść śniadania. Wypiję tylko trochę soku pomarańczowego. – blefował dalej. – Nie mogę się spóźnić. Wiesz, w Szkole Deglerów spóźnienie to najgorsza rzecz na świecie. Spóźnialscy zwykle muszą zostawać po lekcjach za karę. - Rozmowny jesteś jak nigdy. – rzekł Matti. – Nie musisz mi się zwierzać – dodał uszczypliwie. – W nosie mam ciebie i twoich Deglerów, wiesz? A teraz bądź tak miły i milcz, bo mi przeszkadzasz. Twoje gadanie źle wpływa na trawienie. - Dobra, Matti, już nic nie powiem – Yanik był zły. Nie udało mu się podejść Mattiego i chyba już nie dowie się, o której godzinie Matti wróci ze szkoły. To fatalnie! Nie wie, ile ma czasu na myszkowanie w pokoju. Nie lubił takich sytuacji, na pewno będą mu się trzęsły ręce ze zdenerwowania. Trudno! Musi zaryzykować, nawet gdyby miał zostać przyłapany. Yonika jest ważniejsza! Matti kończył swoje kanapki i powoli zbierał się do wyjścia. Na koniec wepchnął sobie do buzi prawie całego pączka, które zostały z poprzedniego dnia. Obydwa policzki wypchały się mu tak bardzo, że wygladał jak wielki chomik. - „Bybodze” – co miało znaczyć „wychodzę” - wyseplenił niezrozumiale, parskając na około okruchami. Trzasnął drzwiami, jak to miał w zwyczaju, tak mocno, że zatrzęsły się szyby w oknach na dole. „Cały Matti” – pomyślał Yanik. Wiedział, że chłopiec zrobił mu na złość, ale tym razem miał to w nosie. Najważniejsze, ze już sobie poszedł. Kiedy tylko sylwetka Mattiego znikła za zakrętem ścieżki, Yanik rzucił się w pośpiechu na górę. Zdyszany wpadł do pokoju, w którym teraz urzędował Matti. Rozejrzał się dookoła, zastanawiając się, od czego zacząć poszukiwania. Zdecydował się najpierw zajrzeć do szafy.

YANIK ZNAJDUJE ŚLAD GARLINA W KSIĄŻKACH MATTIEGO „No tak! Mówiłem temu wstrętnemu Mattiemu, żeby nie hodował w mojej szafie żadnych robali” – Yanikowi zrobiło się niedobrze na widok tego, co znalazł w swojej własnej szafie, w której kiedy trzymał ubrania. Na wszystkich półkach, od góry do dołu, poustawiane były rzędy słojów i słoików, w których pełzały, fruwały, dreptały, brzęczały najróżniejsze robale. I na pewno nie były to jedwabniki, chociaż Yanik nie był pewien, czy wie, jak wygląda jedwabnik. Cała ta menażeria na dodatek niesamowicie śmierdziała. Chłopiec musiał zatkać nos, jeśli ma tu wytrzymać, „Co za obrzydlistwa! Brrr! Jak można lubić coś takiego? I dlaczego to siedzi w mojej szafie?! Już nigdy nie będę mógł w niej trzymać ubrań. Nie po tym, jak mieszkały tutaj te ohydne stwory!” – mruczał pod nosem Yanik, próbując jednak przyjrzeć się zawartości słojów. A było na co popatrzeć! Zza grubego szkła spoglądały na chłopca najdziwaczniejsze stwory, jakie widział w życiu! Na najniższej półce stały rzędy jakiś nocnych motyli – tak mu się przynajmniej wydawało. Wszystkie miały bardzo grube, masywne odwłoki, olbrzymie czarne skrzydła i straszny, przerażający rysunek trupiej główki na grzbiecie. Na półce powyżej mieszkały w słojach granatowe niby–ważki z wielkimi, wyłupiastymi oczami, z czterema parami bibułkowatych, przezroczystych, ogromnych skrzydeł. Niby-ważki przybliżały swoje łepki do ścianek słojów tak, że ich oczy wydawały się jeszcze większe i bardziej przerażające. Górne półki zajęte były przez całą kolekcję najróżniejszych pełzających, oślizgłych i włochatych gąsienic. Robactwo pełzało, wiło się niczym gorąca, wulkaniczna lawa. Widok tych stworzeń przyprawiał o mdłości. „Matti musi być wariatem, jeśli trzyma cos takiego we własnym pokoju!” Chociaż cale to robactwo było naprawdę okropne, chłopiec nie mógł oderwać od niego oczu. Targały nim sprzeczne uczucia- to obrzydzenia, to strachu, ale i niezwykłej wprost ciekawości. Stał jak zahipnotyzowany i wpatrywał się w rzędy słojów zgromadzonych na półkach. „Powinienem zająć się przeszukiwaniem encyklopedii!” – przypomniał sobie chłopiec. Zamknął drzwi szafy i z uwagą rozejrzał się po pokoju. Podszedł do półek wypełnionych po sufit najróżniejszymi książkami. Czego tutaj nie było! Matti posiadał chyba wszystkie książki o motylach, jakie kiedykolwiek wydrukowano. Kolorowe grzbiety wabiły niezwykłymi rysunkami i niezrozumiałymi, łacińskimi nazwami. „Cyjanopius nocerus” – przeczytał. „Purpuris literis, Rodzina Dorminidae, Clavinia minora, Papilinius papireus” – sylabizował z trudem. „Jak mam tutaj znaleźć cokolwiek o śnieżnym motylu? Nigdy nie uda mi się przeczytać tych wszystkich książek! To beznadziejne!” Chłopiec był zrezygnowany. Wyglądało na to, że niczego nie dowie się o Garlinie. Nie sposób było przejrzeć wszystkie książki przed powrotem Mattiego. Ale Yonika! Musi ją uwolnić i nic go nie powstrzyma. Trudno, spędzi tutaj miesiąc, a znajdzie tę piekielną książkę o polarnym motylu. Wyciągnął pierwszy z brzegu tom i zaczął kartkować. Było to opasłe tomisko, wypełnione po brzegi setkami rycin najróżniejszych motyli. Wydawało się, że za chwilę wszystkie wyfruną i utworzą w powietrzu kolorowe stadko. Przeglądał przez chwilę spis treści, ale wszystkie nazwy były po łacinie i nawet gdyby właśnie w tym albumie było coś o Garlinie, chłopiec nie dowiedział by się tego. Nie znał łaciny. Nie miał pojęcia, jaką łacińską nazwę może mieć polarny motyl. „Motylus gorylus”- mruczał wściekły pod nosem. „A może – Garlinus polarinus rex. Albo – Ene due rabe motyle ple ple” – złościł się coraz bardziej. Sprawa była beznadziejna. Pozostawało wtajemniczyć we wszystko Mattiego, ale był to bardzo ryzykowny pomysł. Yanik wił się w bezsilnej złości, kiedy nagle przypadkiem spojrzał na amulet. Kamień błyszczał różowym światłem! Po raz pierwszy od zaginięcia Yoniki amulet dawał mu jakiś znak! Spojrzał jeszcze raz uważnie na półkę z książkami. Grzbiet jednej z nich otulała delikatna, różowa poświata. Chłopiec sięgnął po nią z wyraźną ulgą. „Na dzisiaj dosyć zagadek” – pomyślał. „Mam nadzieję, że znajdę tu jakąś wskazówkę i będę mógł rozpocząć poszukiwania Yoniki. Jestem już tym wszystkim zmęczony, a przecież szukanie tak naprawdę jeszcze się nie zaczęło”. Otworzył książkę z zainteresowaniem. Bardzo był ciekaw, jak wygląda ten tajemniczy Garlin, od którego być może zależy życie Yoniki. Niestety, nie było łatwo. Książka zawierała mnóstwo informacji o przeróżnych gatunkach motyli. Była bogato ilustrowana - na każdej stronie znajdowały się przepiękne, kolorowe motyle, całe dywany, kobierce barwnych owadów. A było tego ponad pięćset stron. Czyżby miał to wszystko przeczytać? Liczył, że amulet da jeszcze jedną wskazówkę, ale niestety kamień milczał jak zaklęty. Nic z tego! Czas zabrać się do przeglądania księgi. Cierpliwości! Potrzeba mu tylko cierpliwości! I może trochę wyobraźni i detektywistycznej dedukcji. „Zastanówmy się – polarny motyl powinien być biały. Tak więc nie będę przeglądał tych szaleńczo barwnych stronic, poszukam raczej owadów o białym ubarwieniu. Będzie łatwiej.” Przerzucił kilka kartek. Jest! Znalazł cały rozdział o mniej kolorowych motylach. Przeglądał uważnie książkę, strona po stronie. Ryciny przedstawiały motyle szare, srebrne, srebrzysto-szare, mleczno-szare , wszelakie odcienie szarości i bieli zmieszane razem. Ale żadnego białego, śnieżnobiałego motyla, który chociaż trochę pasowałby na motyla polarnego. Łacińskie napisy pod spodem tylko gmatwały sprawę. „Garlin, Garlin, Garlin” – Yanik postanowił zastosować w poszukiwaniach metodę telepatyczną Klary Hafflet. Będzie tak intensywnie myślał o Garlinie, że na pewno go znajdzie. Wystarczy bardzo chcieć i troszkę go sobie wyobrazić. Przerzucał w skupieniu strony i nagle... jest! To musi być Garlin! Na karcie książki pysznił się śnieżnobiały motyl o delikatnym i kruchym rysunku skrzydeł, jak lodowa tafla. Strzeliste skrzydła, niczym okryte puchem katedry, wzbudzały zachwyt i strach zarazem. Owad był piękny, dostojny i groźny. Jedno spojrzenie na to niezwykłe zjawisko i chłopiec nabrał pewności, że to musi być Garlin. Odczytał napis pod rysunkiem : Garlin albix, Śnieżny motyl. Nareszcie! Wystarczy teraz zapoznać się z opisem zwyczajów tego motyla i gotowe. Pierwszą przeszkodę ma już za sobą! Chłopiec przerzucił stronę i zamierzał zagłębić się w lekturze, kiedy nagle usłyszał skrzypienie drzwi. Zaraz potem Hag zaczął strasznie ujadać. Wył i szczekał na przemian, jak nigdy dotąd. Wrzask był nie do opisania. Ktoś wszedł do domu! Matti! Matti wrócił. Jak to? To niemożliwe! Mógłby przysiąc, że spędził w pokoju Mattiego nie więcej niż pół godziny. A przecież Matti dopiero co wyszedł. Co robić? Na schowanie się gdziekolwiek było już za późno. Matti na pewno usłyszy hałas na górze i domyśli się, że coś jest nie tak. Cóż, zawsze może powiedzieć, że zapomniał czegoś zabrać, kiedy opróżniał pokój dla Mattiego ze swoich rzeczy. No i właśnie jest mu to coś bardzo potrzebne i musi to znaleźć. Tylko co to może być? Nic mądrego nie przychodziło Yanikowi do głowy. Pustka, zupełna pustka! Kroki stawały się coraz wyraźniejsze. Zaskrzypiały schody, trzasnęły drzwi. Ktoś – na pewno Matti – był blisko. Strach zamienił Yanika w słup soli. Nogi stały się ciężkie, ołowiane i za nic nie chciały zrobić ani jednego kroku. Coś dziwnego działo się również z rękami. Ani drgnęły! Trzymały kurczowo książkę i nie miały zamiaru odstawić jej na półkę. Za chwilę wszystko się wyda! To koniec! - Ha! Wiedziałem! – usłyszał głos Mattiego. – Byłem pewien, że będziesz myszkował po moim pokoju! Proszę , proszę, czytamy książki o motylkach? – zadrwił na widok albumu w dłoniach Yanika. – Co my tu mamy... O, interesujesz się śnieżnymi motylami, tak? Mogę ci zrobić o nich wykład, jeśli chcesz. Wiesz, że o motylach wiem wszystko! – Matti nie dawał za wygraną. Tak więc przyłapałem cię. Świetnie. To moja słodka zemsta za tamto, pamiętasz? Wystawiłeś mnie na pośmiewisko przed twoją matką. Za karę wszystko mi teraz opowiesz, od początku do końca. I nie próbuj kłamać! Żadnych wykrętów! Słucham! – Matti usadowił się wygodnie w fotelu.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
AMULET Z MOYNIHAAN częśc 5 — czytnik · opowiadania