Fantasy · 44 min czytania
AMULET Z MOYNIHAAN część 6
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
POŚCIG WKRACZA DO DZIKIEGO LASU. CZARNE ĆMY ATAKUJĄ. Psy rwały się z łańcuchów, na których prowadzili je poganiacze. To znak, że uciekinierzy są tuż, tuż. Na wyciągnięcie ręki. Salomon Krett już zacierał ręce z zadowolenia. "Świetnie, doskonale! Jestem tak blisko!". Radość Salomona Kretta nie była tak zupełnie bezpodstawna. Oczyma wyobraźni widział już ogromny tytuł na pierwszej stronie "Nowin Wieczornych" - Wielkie zwycięstwo Inspektora Kretta! - koniecznie z wykrzyknikiem na końcu. Tak, to będzie dobry tytuł. Przekona Waliusza Brennisa, Który naturalnie opisze jego wspaniałe czyny w najnowszym numerze pisma, że właśnie tak powinien zatytułować swój tekst. No i oczywiście wielkie, olbrzymie zdjęcie samego Salomona Kretta. W galowym mundurze i z orderem Gordona Vampiriusa na dumnie wypiętej piersi. Korndeile pęknie z zachwytu! Salomon Krett pogrążył się w marzeniach. W chwili, w której powinien raczej dowodzić akcją - bądź co bądź sam ją zorganizował - wypadałoby okazać nieco zaangażowania. Ale Salomon Krett marzył i nic nie mogło go powstrzymać. Nie była to jednak odpowiednia chwila, wierzcie mi! Psy, które jeszcze przed chwilą rwały łańcuchy, nagle dziwnie spotulniały, skuliły ogony po sobie. Coś je przestraszyło? Poganiacze krzyczeli. Psy nie reagowały, stały jak skamieniałe. Inspektor Galeon, zwany Granatowym był zły. To dziwne zachowanie opóźni pościg! Dalej, Dalej! Zróbcie coś! Zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek zrobić, stało się. W jednej chwili Dziki Las ogarnął mrok. Jakby olbrzymia czarna chmura oberwała się i spadła z impetem na ziemię! Dziwny to był jednak upadek - nie było słychać żadnego uderzenia, żadnego huku. A sama chmura nie do końca spadła - zdaje się, nie dotknęła ziemi, ale unosiła się tuż nad nią, frunęła, brzęczała tysiącem skrzydeł. - Mortea negra! - zduszony lękiem krzyk wyrwał się z gardeł poganiaczy. - Czarna śmierć! Czarna Śmierć! Uciekajmy! - Nic ani nikt nie mógł powstrzymać ludzi przed bezładną ucieczką. Poganiacze puścili psie łańcuchy i rozpierzchli się na cztery strony świata. Dziki Las stał się teraz sceną niezwykłej walki. Nierównej walki. Chmura nocnych motyli atakowała nieustannie. Ćmy obsiadały ludzkie postacie tak gęsto, że po chwili wyglądały jak drgające na wietrze ruchome kopce termówek*. Ćmy wpadały do ust, zaklejały szeroko otwarte z przerażenia oczy, zatykały rozszerzone strachem nozdrza. Rozpostarte, czarne skrzydła wydzielały kleistą maź, która zastygała po chwili, tworząc twardą, pancerzowatą skorupę. Człowiek w jednej minucie zamieniał się w słup czarnej soli, w kamień, w posąg, w spiż. Nierówna walka ludzi z owadami powoli kończyła się sromotną klęską człowieka. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stała spora gromada ludzi, teraz widać było bezkształtne, skamieniałe posągi, od których falami odrywały się chmary nocnych motyli. Psy były w trochę lepszej sytuacji - na nie ćmy nie rzuciły się tak zajadle. Skowyczały teraz cicho, strzepując z siebie masę owadów w bezładnych konwulsjach. Salomon Krett też nie wyglądał najlepiej. Pomiędzy grupą zastygłych w posąg poganiaczy prezentował się jak całkiem niezła figura. Właściwie nie bardzo różnił się od innych skamielin, poza jednym - na czubku głowy ćmy uwiły mu całkiem przytulne gniazdo. No tak, to jednak był Salomon Krett! Zawsze musiał się jakoś wyróżniać. Nawet jako maziowaty posąg. - Ha, ha, ha!!! - Matti był wyraźnie zachwycony rezultatem swoich działań. - Wspaniale! Popatrz, Yanik, czy to nie wspaniały widok? Spójrz, jakie fajne zrobiliśmy z nich mumie! Ha, ha, ha! Salomon Krett - mumia pierwsza klasa! - Obrzydliwe, Matti! To jest po prostu obrzydliwe! - Na twarzy Yanika malowało się uczucie najwyższego wstrętu. - Naprawdę nie było innego sposobu?! - Błeeeeee, tfu! - splunął nagle ze wstrętem - Zabierz je stąd natychmiast! - Miał na myśli nocne motyle, które teraz w zwartym szeregu karnie wracały do słoja. Przeleciały tuż obok policzka Yanika, prawie otarły się o niego błonami swoich kruczoczarnych skrzydeł. Na koniuszkach skrzyły się jeszcze resztki kleistej mazi, która kapała tu i tam w szybko zastygających kropelkach. Obrzydlistwo! - Chodźcie, chodźcie kochaniutkie, wracajcie do tatusia! - Matti czule skamlał do swojej osobliwej owadziej trzódki. - Brawo, brawo! Zasłużyłyście na nagrodę! - mówiąc to potrząsał raz za razem słojem, do którego wpadał rój ciem - wydawało się, że tym sposobem dużo łatwiej upychać je w słoju. - Matti, a co z nimi ? - zapytał przytomnie Yanik, kiedy strząsnął z siebie ostatnie krople wstrętnej mazi. - Masz na myśli te mumie? - Przecież nie możemy ich tak zostawić! Nie zamierzasz chyba uśmiercić tych ludzi tylko dlatego, że jakiś Inspektor Krett wysłał ich w pogoń za nami. Nie mówiąc już o psach. - No, no, ja bym tych piesków tak nie żałował. To psy specjalnie szkolone przez Kretta - wierz mi, że nie są miłe. A co do mumii - Matti znajdował wyraźne zadowolenie w nazywaniu w ten sposób stojących przed nimi posągów. - No więc co do mumii - nic im nie będzie. Moje motylki postraszyły ich trochę. Postoją tak parę godzin, skorupa zacznie pękać i - ha, ha, ha - wyklują się ze swoich jajeczek. Potem przez kilka dni będą trochę połamani. W końcu kilka godzin bez ruchu w niewygodnej pozycji robi swoje. Ha! I jeszcze to gniazdo Salomona Kretta. Będzie musiał się go jakoś pozbyć! Ha, ha, ha, ha... Yanikowi wcale nie było wesoło. Nagle to wszystko przestało mu się podobać. Wyprawa z Mattim była najgorszym pomysłem, na jaki się zgodził. Matti mógł wszystko popsuć. Już popsuł!!! Nic, ale nic dobrego z tego nie wyniknie.
SPOTKANIE Z RENIFERIONEM
Sprawy nie wyglądały dobrze. To prawda, udało im się powstrzymać pościg i szalonego Salomona Kretta, ale poza tym było tylko gorzej. Matti, ten wstrętny Matti na pewno coś knuje. - Dokąd idziemy, Matti? - Szukamy Garlina, zapomniałeś? - zapytał zgryźliwie Matti. Yanik był zły. Matti wyraźnie z niego drwił. - Doskonale pamiętam! - Yanik czuł, że wyprawa wymyka mu się z rąk. To Matti przejął inicjatywę! Matti dowodzi, Matti decyduje! Ach tak, to o to chodziło! Matti chce wszystko zniszczyć! Yanik czuł, że jest sam. Te puste zapewnienia Astronemusa, te pyszne przechwałki Lancelota. Gdzie oni teraz są? A Eliszka? Przyjaciółka od siedmiu boleści. "Eliszka pojawi się, kiedy będziesz jej potrzebował..." - przypomniał sobie słowa Yoniki. No i gdzie ona teraz jest? Przecież potrzebuje jej cały czas, co najmniej od kilku dni! Od czasu, kiedy siedział w areszcie w Korndeile, i kiedy przesłuchiwał go Salomon Krett. Gdzie wtedy była? Wszyscy go zawiedli. Wszyscy. Został sam z Mattim, synem Crabbelgów. - Rusz się ,Yanik ! - Matti prawie krzyczał. - Co się z tobą dzieje? Ogłuchłeś? Nie stój ja słup soli. Idziemy. - to mówiąc złapał gwałtownym ruchem wypchaną walizkę za ucho i potoczył się w stronę leśnego duktu. - Ruszaj, mówię! Yanik chcąc nie chcąc, podążył za nim. Co za różnica, dokąd idą. Było mu wszystko jedno. Mogą nawet trafić do Soho. Nic, ale nic go to nie obchodzi. Zresztą, wcale by się nie zdziwił, gdyby tam właśnie szli. Matti wiedział bardzo wiele, dlaczego nie miałby znać najpilniej strzeżonej tajemnicy moynihańczyków? - Dokąd idziemy, Matti? - zapytał nagle, zupełnie niespodziewanie dla siebie. Przed chwilą wydawało mu się, że nic go to nie obchodzi. Widocznie jednak było inaczej, ale on jeszcze o tym nie wiedział. - A coś ty taki ciekawy? - Matti nie dawał za wygraną. - Idziemy i już. Jak dojdziemy, to się dowiesz. - Aha. - mruknął Yanik. - Znowu będziemy toczyć jakąś bitwę z udziałem twojego wojska? - zapytał zgryźliwie. - No, no. Dobrze wiesz, że moje maleństwa uratowały nas przed Salomonem Krettem. Uważaj - nie wyśmiewaj się z nich, bo mogą się obrazić. Zamiast się czepiać, mógłbyś pomóc mi dźwigać tę walizkę. - Wypchaj się. Nie mam zamiaru. Zamilkli. Szli owianym mgłą leśnym duktem. Yanik przyjrzał się uważniej miejscu, w którym się znajdowali. Dziki Las krył wiele tajemnic. To miejsce także było niesamowite. Strzeliste cedrysy rosnące po obu stronach duktu prawie dotykały nieba. Ich kruche wierzchołki tonęły w chmurach, słychać było tylko szum cedrysowych liści. Poniżej wąska ścieżka ginęła wśród kolczastych krzewów magnificji, których wężowato pnące gałązki chwytały ubrania chłopców w swoje macki. Trudno było się przedzierać przez gęstwinę tych zarośli. Droga stawała się coraz węższa i coraz trudniejsza. Magnificje zdawały się ożywać, kłuły kolcami w dłonie, plecy, nogi. Krwawiły zranione usta, policzki, palce. Nie było już widać ścieżki. Od czasu do czasu zdało się słyszeć szelest listowia, drobne tuptanie, szuranie między krzewami. To leśne ropuchy, zwane tojadkami, uciekały ze ścieżki, a także małe żyworodne wężowidła, które lubiły wylegiwać się na drodze. Trzeba było uważać - wężowidła uwielbiały zapach świeżej krwi, która kapała z ran po kolcach magnificji. Tojadki zostawiały na ścieżce mokre, oślizgłe plamy śluzu, na których nieuważny wędrowiec mógł złamać nogę. Kluczyli między kałużami śluzu, omijali błotniste rozlewiska, w których kąpały się leśne gerwile *, uciekali przed mackowatymi ramionami kolczastych magnificji. Mgła gęstniała, wiła się białym dymem pod nogami chłopców, wdzierała się w zarośla, omotała jedwabnym kokonem strzeliste pnie cedrysów. Już nic nie było widać. Yanik stracił z oczu Mattiego z jego wielką walizą, nie widział duktu, nie widział kolców, ani tego całego kramu. Był wściekły, potwornie wściekły. Jeśli zaraz nie dowie się, dokąd idą i dlaczego muszą przedzierać się przez ten okropny las, nie ręczy za siebie. Przez moment pomyślał, że mógłby spokojnie uciec. Skoro w tej mgle nie widać Mattiego, na pewno Matti również stracił go z pola widzenia! Świetny pomysł! Już miał zawrócić, kiedy nagle wyraźny i donośny głos Mattiego prawie wbił go w ziemię: - Ani mi się waż! Z mlecznej ściany mgły wysunęła się nagle wykrzywiona wściekłym grymasem, spocona twarz Mattiego. - Nigdzie nie pójdziesz. Beze mnie nigdzie nie pójdziesz. Znajdziemy Garlina razem. - Matti wysyczał te słowa przez zaciśnięte złością zęby. - Naprzód - warknął, a Yanik poczuł na swoich plecach ukłucie metalowego, zimnego ostrza. - Naprzód, idziemy - powtórzył Matti złowrogo.
RENIFERION
Z kokonu mgły zaczęły wyłaniać się majaczące kontury jakiś budynków. Po chwili z mroków lasu wyłoniło się coś na kształt ni to baszty, ni wieży. Budowla sypała się - dookoła podpierała ją niezliczona liczba nierówno przyciętych, nieokorowanych, drewanianych bali. Było pewne, że gdyby nie te pnie, wieża natychmiast by się zawaliła, zmieniła w pył. Mimo tego nie była opuszczona - tak, na pewno ktoś tu mieszkał. Z kupki gruzowiska, która była kiedyś kominem, wydobywał się dym. Widocznie na palenisku ktoś gotował posiłek, a może tylko chciał się ogrzać? W tej wilgotnej, bagnistej okolicy było wiecznie zimno. Obok wieży można było dostrzec coś na kształt ogródka. Ogrodzony byle jakim płotem, pachniał świeżo skopaną ziemią. Ktoś dbał o ten nędzny kawałek ziemi przytulony do gruzowiska, które kiedyś mogło być piękną, strzelistą wieżą. Poletko było dobrze utrzymane - równo skopane grządki, pracowicie wypielone z wszelakiego perzu i chwastu. Zza lichego płotu wypełzały korowody zielonych liści - czego tam nie było! Kolekcja różnorakich ziół, kępy jakiś dziwnych badyli, coś na kształt bulwiastych dyni, krzewy o baldachimowatych liściach. Naprawdę istna dżungla! - Kto tu mieszka? - zapytał wpatrzony z nieukrywanym zachwytem Yanik. - Naprawdę niesamowity ogród! Zupełnie nie pasuje do tej rudery! - Reniferion. Starzec Reniferion. Wie, gdzie można znaleźć Garlina. - Reniferion? - Yanik nigdy nie słyszał tego imienia. - Tak. Dziwny staruch, pustelnik. Mieszka w tej samotni już jakieś 200 lat. Rzadko kto go tu odwiedza. Zdziwaczał zupełnie. Nie dziw się więc, kiedy zacznie się trochę głupio zachowywać. - Nic mnie już nie zdziwi - powiedział Yanik , patrząc na Mattiego. Nie do wiary! Matii mówi o tym, że ktoś może dziwnie się zachowywać! Coś takiego! Mlaszczący, opychający się czym popadnie na każdym kroku Matti mówi o dziwnym zachowaniu! Też coś! Wtem za ścianą zieleni dobiegło do uszu chłopców jakieś szuranie i postękiwanie. Po chwili zza parasolowatych liści ukazała się postać dziwnie odzianego starca w całej okazałości. Trudno właściwie nazwać to ubraniem - ciało starca okrywały łachmany, warstwy podartych sukien, opończy i czego-tam-jeszcze. Tu i ówdzie można było zauważyć jakąś wiekową łatę w zupełnie nie pasującym do reszty kolorze. O ile w ogóle można było mówić o jakiś kolorach! Poza łachmanami starzec posiadał skołtunioną brodę, która ciągnęła się za nim po ziemi, równie skołtunione włosy trudnej do ustalenia długości, zmierzwione brwi, w których można było znaleźć kawałeczki uschniętych liści czy gałązek. W ręku trzymał kostropaty kostur, którym tłukł zapamiętale w ziemię. Jeden krok - jedno stuknięcie, jeden krok - jedno stuknięcie. Stuk, stuk, stuk. Było to, niestety, trochę denerwujące. - O ho, ho. Ktoś mnie odwiedził w mojej pustelni - powiedział świszczącym głosem staruch. - A co was tutaj sprowadza, hę? - Witaj Reniferionie. Przyszliśmy zapytać cię o Garlina. - O Garlina, powiadacie? O Garlina ... Wszyscy, którzy mnie tu kiedykolwiek odwiedzili, zawsze pytali o Garlina. I wszyscy ... ha, ha, ha ... musieli najpierw napić się mojej specjalnej herbatki. Zapraszam do mojej wieży... ha, ha,ha... - Do wieży? Masz na myśli tę ruderę? Jak można mieszkać w czymś takim? - nie mógł się powstrzymać Yanik. - Ruderę, powiadasz? No tak, trochę się posypała. A była kiedyś naprawdę piękna. To Wieża Zapomnienia. Kiedy przybyłem do mojej pustelni, a było to bardzo dawno temu, wieża była w całkiem niezłym stanie. Tak, tak. To znaczy tak mi się wydaje. Przybyłem tu, żeby być sam, żeby zapomnieć o całym świecie. W końcu to Wieża Zapomnienia, najlepsze miejsce na to, żeby zapomnieć, no nie? Nie mogłem lepiej trafić. - świszczał starzec. - Zapominałem tu sobie spokojnie o wszystkim. Niestety, zapomniałem także, że trzeba ją remontować, naprawić to i owo, zatkać cieknący dach. No i rozleciała się, ot co. - Nie wierz mu - szepnął do ucha Yanikowi Matti. - To sknera i chciwiec. Ta wieża zamieniła się w ruderę tylko dlatego, że nigdy nie włożył w nią nawet jednego silwerena. Dba tylko o swój ogródek. Ale też tylko dlatego, że udało mu się zbić na nim niezły majątek. Suszy te swoje badyle i sprzedaje słono różnej maści hipochondrykom. Z nas także zedrze skórę. Nie piśnie nawet słowa, dopóki nie usłyszy ulubionego brzęczenia garści silwerenów. Nawet za tę jego herbatkę będziemy musieli zapłacić. - Skąd weźmiemy silwereny? - spytał przytomnie Yanik. - Ja nie mam przy sobie ani miedziaka. Silwerena nawet nie widziałem na oczy! - Co tam tak szepczecie? Do licha, mówcie głośniej! Na ucho starucha, nie wiecie, że nie wolno szeptać w towarzystwie? Mówiliście coś o silwerenach? Że ich nie macie? Czy się nie przesłyszałem? - świszczący głos starucha zawisł na chwilę w powietrzu. W głosie można było wyczuć niepokój i gniew. - Widzisz, mówiłem - szepnął Matti do Yanika, po czym głośno zwrócił się do Reniferiona - Nic takiego nie mówiliśmy. - Słyszałem! - świszczał coraz bardziej Reniferion. - Ten chudy - tu wskazał palcem na Yanika - szeptał coś, że nie ma nawet ani jednego miedziaka! To po co tu przyszliście? Po co? - świszczał coraz bardziej. - Chciwy staruch! - syknął ze złością Matti. - Tylko to go może uspokoić - Sięgnął ręką do kieszeni. Energicznie zaczął potrząsać ręką. Po chwili dał się słyszeć brzęk monet. Musiał być ich spora garść, bo brzęk był donośny. - A jednak coś macie! Uwielbiam ten dźwięk! - Reniferion wyraźnie się ożywił. - W takim razie zapraszam na herbatkę! Idźcie do wieży, ja wstąpię do ogródka po świeże pędy mimozki. Herbatka z mimozki jest doskonała! A to co? - zapytał starzec ze nutą zdziwienia w świszczącym głosie. Ściana zielonych liści poruszała się, zaczęła drżeć i falować. - Co dzieje się z moim ogródkiem? - zaświszczał z niepokojem. Nagle zza poruszających się liści wyskoczył Hag, radośnie merdając ogonem rzucił się na Reniferiona. - Zabierzcie go, zabierzcie natychmiast tę bestię! - wrzeszczał. Świst zamieniał się w charkot, zmieniał tony, to wibrował , to buczał. - Ratuunkuuuu! - Hag, do nogi! - krzyknął na psa Yanik. Nie gniewał się na Haga - widać było, że pies doszedł do siebie po serii ostatnich wydarzeń. Był tak osowiały i smutny, że Yanik naprawdę zaczął bać się o niego. - Do nogi! - rzucił. Hag posłuchał polecenia i teraz spokojnie szedł przy nodze Yanika, jak gdyby nigdy nic. - W porządku, proszę Pana, Hag nic Panu nie zrobi. - Proszę Pana? A cóż to ma znaczyć? Mów do mnie "Wielki Pustelniku", albo jeszcze lepiej "Wielki Reniferionie" . Właściwie możesz mówić tak i tak. No już, jazda do wieży. A ten potwór niech się do mnie nie zbliża - wskazał kostrurem na Haga - Bo oberwie moim kijaszkiem. (Miał na myśli kostropatego kostura, którym robił swoje stuk,stuk). - Ja nazbieram mimozki i zaraz wracam. Chłopcy poszli w stronę wieży. Nie bardzo wiedzieli, jak się dostać do środka, pomimo, że obeszli wieżę kilka razy dookoła. Niestety, ż każdej strony była tak okropnie zrujnowana, że nie sposób było dostrzec, gdzie jest jakieś wejście. W końcu dostrzegli coś w rodzaju drzwi, czy raczej poluzowaną deskę zawieszoną na gwoździu. Odsunęli ją i weszli do środka, wprost na kupkę gruzu, która kiedyś mogła być kominkiem. Wnętrze było równie zaniedbane i zrujnowane. Jak ktoś mógł tutaj mieszkać?! Nie było ani jednej całej ściany, ani jednego nie uszkodzonego kawałka podłogi, nie mówiąc już o podziurawionych meblach, postrzępionych dywanach, poprutych zasłonach i innych tego rodzaju atrakcjach. Jednym słowem ruina do kwadratu! Usiedli przy czymś, co wydawało im się stołem, na jakiś nadgryzionych zębem czasu krzesłach, mając nadzieję, że nie odpadną nogi czy oparcia. Nie zdążyli zamienić ani słowa, kiedy usłyszeli miarowy stukot. "Stuk, stuk, stuk" - kostur Reniferiona odmierzał każdy krok. Po chwili skrzypienie deski na gwoździu oznajmiło, że starzec wszedł do środka. - Zerwałem kilka pędów ziela Syreniusza - świszczał od progu. - Dodam go trochę do herbatki z mimozki, to bardzo poprawia smak. Złagodzi też trochę ból z ran. Widzę, że kolce magnificji trochę was pokiereszowały. Rozgośćcie się, zaraz wrócę - zapraszał chłopców fałszywie. Po chwili ukazał się z trzema parującymi kubkami w starczych rękach. Trzęsły mu się trochę, toteż zanim doniósł do stołu, wychlapał część herbaty na podłogę. - Rozlało się , ale to nic. - powiedział stawiając kubki na tym, co kiedyś było stołem. - Pijcie, pijcie. Najlepsza jest gorąca. - mówiąc to, wyciągnął pomarszczoną dłoń w stronę Mattiego. Gest był jednoznaczny - Reniferion domagał się zapłaty. Matti położył na wyciągniętej ręce jednego silwerena. Renifeiron spojrzał tylko kątem oka i skrzywił się. Ręka nie zmieniła pozycji, domagając się więcej. Matti szybko dołożył jeszcze jedną monetę i zamknął dłoń starca w pięść. - Dosyć - powiedział Matti. - Herbata nie jest więcej warta. Resztę dostaniesz dopiero, jak powiesz nam, gdzie znajdziemy Garlina. Starzec skrzywił się i szybkim ruchem schował silwereny w łachmanach, które go okrywały. - Dwa tysiące silwerenów. - rzucił z krótkim świstem. Yanik sądził, że się przesłyszał. Dwa tysiące silwerenów? Za informację, która może się okazać nie warta funta kłaków? Ten staruch kompletnie zwariował!!! I skąd, do licha, wezmą dwa tysiące silwerenów? Wtem dobiegł go zupełnie spokojny głos Mattiego: - Pięćset. Reniferion prychnął tylko z wściekłością. Twarz mu się wykrzywiła w jakimś okropnym grymasie, a oczy zwęziły się w wąskie szparki. - Mogę dać pięćset i ani miedziaka więcej. To moje ostatnie słowo. I radzę ci, staruchu - tu zawiesił głos i spojrzał prosto w wodniste oczy Reniferiona - radzę, bierz. - Matti mówił stanowczym głosem. Yanikowi przemknęło przez myśl, że Matti jest może inny, niż sądził? Do tej pory uważał go za kompletnego idiotę, ale tutaj zobaczył go w nowym świetle. Matti zachowywał się jak mężczyzna, nie jak dzieciak. I nie jak Crabbelg - to było najdziwniejsze. Co chciał osiągnąć? Dlaczego tak bardzo zależało mu na Garlinie? Rozumiał pasję kolekcjonera, ale wszystko ma swoje granice. Yanik rozmyślał, a tymczasem Matti nieźle sobie radził z chciwym Reniferionem. Staruch przyjął w końcu propozycję i zgodził się pomóc chłopcom w dotarciu do Garlina. Wyrwał Mattiemu z rąk woreczek z brzęczącymi monetami z takim impetem, że rozwiązał się i silwereny potoczyły się na podłogę, między gruzowisko. Reniferion rzucił się jak oszalały na podłogę i trzęsącymi się paluchami zaczął wybierać monety spomiędzy kupek gruzu, szpar w podłogowych deskach, zakurzonych kątów, spod pokrzywionych szaf i stolików. Chciwie przeliczył kilkukrotnie pozbierane monety, dopóki nie upewnił się, że jest ich na pewno pięćset. Dopiero wtedy odetchnął z ulgą, wsypał silwereny z powrotem do woreczka i wepchnął w jakąś ukrytą w łachmanach kieszeń. Yanik i Matti przyglądali się temu z odrazą. Skołtuniony staruch na kolanach, zbierający trzęsącymi się, brudnymi paluchami coś z podłogi, czołgający się po niej i nie widzący świata poza garścią silwerenów był odrażający. Kiedy skończył, wydawał się jeszcze bardziej skołtuniony i brudny. - Mów - Matti miał już dość Reniferiona. Spieszno mu było także do Garlina, nie mógł się już doczekać. - A co się wam tak spieszy? Na waszym miejscu nie byłoby mi tak pilno. To niebezpieczna wyprawa. Z tego co wiem, jeszcze nikomu nie udało się znaleźć śnieżnego motyla. Wszystkie wyprawy kończyły się śmiercią. Droga do Garlina jest naznaczona śmiercią. Wszystko, co wiem o Garlinie, to wiedza teoretyczna. Wiedza z opowiadań, starych ksiąg magów, wiedza nie sprawdzona. Śnieżne motyle są niezwykle niebezpieczne, a Garlin jest najniebezpieczniejszy z nich. Czeka was pewna śmierć. Nigdy stamtąd nie wrócicie. Ha, ha, ha ... Moglibyście zostawić u mnie na przechowanie resztę silwerenów, która jeszcze wam została. Szkoda, żeby się marnowały w lodowych jaskiniach Moynihaan. - A więc można go znaleźć w lodowej jaskini? - przerwał Yanik. Przypomniał sobie…