Fantasy · 23 min czytania
AMULET Z MOYNIHAAN część 9
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
WIEŚCI Z KORNDEILE Mgła zapomnienia to bardzo przydatna rzecz. W Korndeile nikt już nie pamiętał o bzdurach wypisywanych o Yaniku w "Nowinach Wieczornych". Teraz wszyscy oblizywali palce ; nawet dorośli nawijali kłębki mgły na palce, niczym watę cukrową i z łakomstwem zajadali się waniliową mgiełką. A trzeba przyznać, tym razem mgła udała się Astronemusowi znakomicie. Wszyscy najedli się jej wystarczająco dużo, żeby zapomnieć wszystko, co było do zapomnienia. Teraz korndeilczycy mieli inny temat do plotek. Na murach budynków, słupach ogłoszeniowych, szybach sklepików i kiosków powiewały resztki zdjęć Salomona Kretta z gniazdem na głowie. Uśmiechnięta twarz inspektora - a obok ,na murze wypisane hasło - "PRECZ Z KŁAMLIWĄ POLICJĄ!", albo "ODWIEDŹ GNIAZDKO SALOMONA KRETTA!" . To była naprawdę wielka odwaga, wypisać coś takiego! Wszyscy mówili tylko o inspektorze Krettcie. Za nic nie dało się zatuszować sprawy. Całe Korndeile huczało od plotek. Stare plotki powodowały lawinę nowych i po kilku dniach historia klęski Salomona Kretta obrosła taką ilością zmyślonych opowiastek, że nie sposób już było dojść prawdy. Tymczasem Salomon Krett leczył skołatane nerwy u Braci Quelshów. Naszpikowano go taką masą pigułek, że przez pierwszych kilka dni w ogóle nie zorientował się, gdzie jest. Doktor Ferdynand Quelsh leczył inspektora Kretta osobiście. Wróżyło to pewny powrót do zdrowia, ponieważ Ferdynand Quelsh był jednym z najlepszych lekarzy w okolicy. Podobno dostał polecenie od samego Maga Vampiriusa, aby przywrócić Salomona Kretta jak najszybciej do zdrowia. Mówiło się o pilnym powrocie Crabbelgów z Moynihaan. Podobno mieli opiekować się Salomonem Krettem. Jak dotąd nic nie potwierdzało tych plotek, ale można było się spodziewać, że Mag Vampirius tak nie zostawi tej sprawy. Ośmieszenie Salomona Kretta było klęską dla powagi urzędu inspektora. Poplecznicy Vampirusa nie mogli do tego dopuścić, aby śmiano się im za plecami. Tyrania Maga Vampiriusa opierała się na strachu, kłamstwie i zbrodni. Ośmieszenie nie wchodziło w grę! Cóż to za tyran, z którego się śmieją! Cóż to za inspektor, któremu ktoś uwija gniazdo na głowie! To nie mogło ujść płazem. Wszystko jest do naprawienia, ale dziś jeszcze jest za wcześnie. Plotki w końcu ustaną, a wtedy... Właśnie, co WTEDY będzie się działo? Tego nikt nie wiedział i nikt się nawet nie domyślał. Mieszkańcy Kordeile rzadko mieli okazję śmiać się z tyranii; teraz używali sobie ile wlezie. Rozkoszne to były chwile, nikt nie myślał o konsekwencjach. Myślę, że była to też trochę wina waniliowej mgły Maga Astronemusa. Miała jeszcze tę właściwość, że wprowadzała "zjadaczy" w stan miłej euforii i lekkiego ogłupienia. Wszyscy, którzy spróbowali mgiełki, dostawali "śmiechawki" - nawet na widok kiwającego się palca śmiali się do rozpuku. Ci, którzy troszkę przesadzili z wanilią (po prostu, co tu kryć, za dużo się obżarli) pozostawali w tym stanie znacznie dłużej. Na dłuższą metę było to bardzo niebezpieczne, ale kto by się tam przejmował! Otrzeźwienie przychodziło później, dla niektórych za późno. To oni najczęściej wypełniali pustynne więzienia w Moynihaan. Mag Vampirius uwielbiał ich tam dręczyć. Przygotował tam niezłą kolekcję różnorakich przyrządów . Najbardziej lubił Łamacza Kości; kiedy włożyć doń takiego delikwenta i mocno pociągnąć za dźwignię, słychać, jakże miły dla ucha, trzask miażdżonych kości. Do tego można usłyszeć rozdzierający gardło krzyk "operowanego". Cóż za muzyka! Prawdziwa symfonia! Nie do pogardzenia jest także próba w "Kolczastym Jeżu" ; kładziemy ofiarę na gęsto nabitej gwoździami kuli i turlamy po zboczu góry! Poezja! Inne przyrządy też mają swój urok: Jednonogi Skoczek (kilka dni skaczemy na jednej nodze, do której przywiązana jest sprężyna - noga puchnie i... czasami trzeba ją usunąć, bo okazuje się nieprzydatna), Przyciasny Kapelusik (wkładają na głowę cos w rodzaju żelaznego garnca, który ściskają potem wielkim imadłem), Garbaty Wojaczek (wkładają na plecy wielką, armatnią kulę i każą z nią chodzić przez tydzień; czasami razem z tą kulą wkładają do armatniej lufy i wystrzeliwują w niewiadomym kierunku...). Była jeszcze cała masa innych, ale nie czas je tu wymieniać. W każdym razie było pewne, że po dniach euforii nastąpią tygodnie grozy. Aresztowania, nagłe znikanie znajomych i nieznajomych mieszkańców Korndeile, przesłuchania i tym podobne przyjemności. Zawsze tak było i nie ma powodu, żeby tym razem było inaczej. Mimo wszystko tym razem nie będzie jak zwykle, ponieważ zabraknie Inspektora Salomona Kretta. Głównej postaci w morzu aresztowań i przesłuchań. Uwielbiał to! Ha, mamy jednak wszyscy nadzieję, że inspektor Galeon, zwany Granatowym, poradzi sobie z tym niezgorzej. Widzieliśmy przecież, z jaką rozkoszą zastąpił obłąkanego Salomona Kretta. Te wszystkie wątpliwie przyjemności czekały na mieszkańców Korndeile. Tymczasem zabawa trwała w najlepsze. Wszyscy chodzili uśmiechnięci od ucha do ucha. Nastrój radości dało się także wyczuć w Szkole Deglerów, chociaż może w mniejszym natężeniu. Ponure mury szkolnego gmaszyska trochę poweselały, nawet olbrzymi płot otaczający szkołę zakwitł zielonym winoroślem. Pan Dagemot rzadziej pobrzękiwał swoimi ogromnymi kluczami i mniej wydzierał się na wiecznie błądzących pierwszoroczniaków. Nie złościł się nawet tak bardzo jak zwykle, kiedy kilku uczniów wdarło się do windy i urządziło sobie godzinną przejażdżkę WTEM I Z POWROTEM, W GÓRĘ I W DÓŁ, HOOOOOPA! - tak właśnie krzyczeli, kiedy jeździli windą dla nauczycieli. Pan Dagemot wytargał tylko wszystkich pracowicie za ucho, ale , o dziwo , nikomu go nie oberwał (co miał w zwyczaju) i nie poleciał potem z ozorem do Pani Klary Hafflet (co było najgorszą karą). Nie, wystarczyło mu zwykłe tarmoszenie ucha! Naprawdę, dziwy działy się w Szkole Deglerów! Pewnego dnia na podwórzu przed szkołą, na którejś z dużych przerw (chyba w okolicach obiadu) jakiś dowcipniś dobrał się do szkolnego emblematu. Co się działo! Obydwa węże zaczęły tańczyć jakiś dziki taniec, wiły się w konwulsyjnych podrygach, zbliżały się do siebie i oddalały, oplatały jeden drugiego, aż w końcu tak się zapętliły, że zawiązały się w węzeł i za nic nie mogły się rozplątać. Klara Hafflet musiała się napocić, żeby przywrócić je do pierwotnego stanu. Ale nawet ona nie wpadła w złość! Pogroziła tylko palcem dowcipnisiowi i poleciła Panu Dagemotowi wytargać go za ucho. Przewodniczka Klasy Zielonych Deglerów właśnie wybierała się na lekcję, kiedy nagle stanął przed nią jakiś chłopiec. Wydawało się jej, że zna go z widzenia, ale był tak brudny i rozczochrany, że trudno go było rozpoznać. Chłopiec złapał ja kurczowo za rękę i mocno ścisnął. - Auuu ! - krzyknęła zdezorientowana Ester Gaddis. - Co robisz? - Pani Gaddis, Pani Gaddis! - szeptał zdenerwowanym głosem chłopiec, który również wydawał się jej znajomy. Chłopiec zachowywał się dziwnie, szczególnie teraz, kiedy wszyscy chodzili ciągle roześmiani. Jemu w żadnym razie nie było do śmiechu. Był wystraszony i zdenerwowany. - Czego chcesz, chłopcze? - zapytała Ester Gaddis, wciąż usiłując sobie przypomnieć, skąd go zna. - Pani Gaddis, muszę Panią o coś zapytać! Musi mi Pani pomóc!.......... - Yanik! - Ester Gaddis w końcu udało się rozpoznać znajomą twarz pod warstwą brudu. - Co ty tu robisz? Dlaczego tak wyglądasz? Co się stało? - Książka, książka.... - powtarzał nieprzytomnie Yanik. - Książka... Pani coś wie o książce, pamiętam... książka - powtarzał nieustannie te same słowa. Ester Gaddis przyjrzała mu się uważnie. W jego wzroku widać było jakiś dziki blask, coś w rodzaju obłędu. Tak jej się przynajmniej zdawało. Postanowiła być ostrożna. Nigdy nic nie wiadomo! Różne rzeczy mogą się zdarzyć. Słyszała coś niecoś o Yaniku. Zdarzyła się jedna czy druga rozmowa z Astronemusem. Wiele ryzykowali, ale nie było innego wyjścia. Rozumiała, że trzeba podjąć ryzyko. Tak dłużej nie mogło być! Ale w sprawie Yanika podzielała raczej zdanie Eliszki. Nie była przekonana co do jego intencji. Nie wydał jej się odpowiednim kandydatem na tego, kto pokona Vampiriusa. Tak, tak ... Jego dzisiejsze zachowanie tylko utwierdziło ją w tym przekonaniu... Yanik, umorusany chłopiec z rozwianym włosem i dzikim blaskiem w oku... - Pani Gaddis! - wrzask Yanika przywrócił Ester Gaddis do rzeczywistości. - Co Pani wie o książce? - gorączkowo zadawał pytania. - O białej księdze, którą dostałem od Astronemusa! Matti zaginął, a ja nie mogę go odnaleźć! Musi mi Pani pomóc wrócić w to samo miejsce! Książka.........! - Yanik plótł coś trzy po trzy, ale dla Ester bezładne zdania zaczęły nabierać jakiegoś sensu. Pomyślała, że chyba jednak nie zwariował. - Uspokój się i opowiedz wszystko od początku - rozkazała tonem nie znoszącym sprzeciwu. Przez chwilę wyglądała bardzo stanowczo, prawie jak Klara Hafflet. Ostudziło to na moment gorączkę Yanika, który spojrzał na Ester uważniej. - Mów wszystko co wiesz, po kolei. - powtórzyła. - Najlepiej zacznij od początku - zaproponowała. - A więc, Pani Gaddis... Zgubiłem Mattiego... Byliśmy w lesie, a potem przeniosłem się na pustynię Kaloen, kiedy kropla krwi spadła przypadkiem na stronę białej księgi... Tam spotkałem Eliszkę... a potem amulet nas ostrzegł... to znaczy... błyszczał tak mocno jak nigdy... i potem chcieliśmy uciec... i ten znak...Eliszka... amulet zranił jej rękę... wypalił znamię na dłoni... A potem księga przeniosła nas do... - Yanik ugryzł się w język. Już miał powiedzieć coś o jeziorze i Mieście Wygnańców! Co za nieostrożność! Nie może nikomu zdradzić tej tajemnicy! - ...w inne miejsce, niż chcieliśmy, to znaczy ja chciałem wrócić tam, gdzie zostawiłem Mattiego... ale nie udało mi się... Muszę go odnaleźć! Zostawiłem tam mapę... i ... Ester spojrzała na niego bardzo uważnie. Znamię... Znamię... tylko jedno pytanie kołatało jej w głowie. Znamię... A więc zaczęło się... - Co to było za znamię? - zapytała, patrząc chłopcu prosto w oczy. - Co to było? Yanik milczał. - Czy to była smocza głowa? - Tak. - potwierdził wbrew sobie. Wypowiedział to "tak" bezwiednie, jakby bez swojego udziału. Czuł to wyraźnie - "coś" zmusiło go, żeby powiedział "tak". Usta same ułożyły się w odpowiedni kształt, a gardło samo wypowiedziało to słowo. Nic nie mógł poradzić. Yanik powoli dochodził do siebie. Co tu robi? Dlaczego opowiada to wszystko Ester Gaddis? Dlaczego właśnie jej? Co go tu przywiodło? - Spójrz, Yaniku. - Ester Gaddis wyciągnęła otwartą dłoń w jego stronę. W zagłębieniu prawej dłoni dostrzegł zarysy smoczej głowy! Ten sam znak! Przybladły, słabo widoczny, ale tak samo przerażający! - Głowa Vampirii... - wymknęło mu się. - A więc już wiesz, z czym mamy do czynienia. - powiedziała Ester Gaddis. - Domyślam się, że Meteora zaczęła już działać. Miejmy nadzieję... -dodała z troską w głosie. - Skąd... skąd Pani ma ten znak? - To długa historia. Nie mamy czasu teraz się nią zajmować. Musimy działać. - rzuciła krótko. - Daj mi księgę. Yanik bez słowa podał jej białą księgę. Ester Gaddis wzięła ją w dłoń, na której znajdowało się znamię. W tym samym momencie, kiedy palce Ester musnęły strony księgi, zaczęło się dziać coś dziwnego. Księga błyskawicznie otworzyła się, przewracając strony w jakimś szaleńczym tempie. Wyglądało to tak, jakby jakaś wielka wichura, huragan