Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Mitologia · 6 min czytania

Anansi

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mwetsi maszerował powoli przez pustynię.Odziany w żebracze łachmany, podpierający się lekko wygiętą laską. Jego czarna skóra pokryta była głębokimi zmarszczkami. Zmęczone oczy utraciły swój dawny, młodzieńczy blask. -Wszystko umiera wraz ze mną-Pomyślał. Kiedy ostatnio tu przechodził widział dookoła pierwotną dżunglę. Wszędzie rozbrzmiewały krzyki małp, ptaków. Roje owadów sprawiało, że całe powietrze aż buczało od uderzeń ich drobnych, przezroczystych skrzydeł. Teraz tylko władający wiatrami Edszu bawi się złocistym piaskiem pustyni, która rozpościera się, aż po horyzont. Wszystko umarło, wszystko usycha tak jak Mwetsi, po tym jak został zakażony jadem Anansiego. Oszukany, jak każdy kto wchodził w jakiekolwiek kontakty z tym bogiem. Był tylko kolejnym głupcem, który dał mu się zwieść. Jego porażka jednak jest czymś co trzeba przemilczeć i rzucić w niepamięć. Teraz musi iść do niego i prosić go o odtrutkę, mając nadzieję, że nie zostanie oszukany po raz drugi. On, bóg tego lądu musi paść na kolana przed Anansi... Stracić swoja dumę i honor... Chociaż, to nie wcale taka wysoka cena za życie jego i tej ziemi, z której się zrodził.

Nieprzenikniona czerń wypełniała jaskinię. Ciemność była tak gęsta, że wręcz można było jej dotknąć. Mwesti czuł ją w palcach. Widział w niej tylko majaczące, złudne cienie. Potężne skalne sople wisiały ze sklepienia niczym kły w paszczy Mokola czy Simby, lub może innej bestii kryjącej się w mroku. Bóg wędrował wewnątrz tych trzewi ziemi jak ślepiec. Potykając się o kamienie lub skalne progi. Kilka razy przewracał się po tym jak odskakiwał gdy jakiś cień przebiegał obok niego, by potem skryć się wśród łat gęstego mroku. Może to były majaki jego zatrutego umysłu, a może prawdziwa bestia żyjąca w tym labiryncie skalnych korytarzy. Bez przerwy czuł jak wokół nóg wije się ciężki obłok. Wydzielał słodką woń i był ciepły jak powietrze na zewnątrz. Chmura ta wypływała ze szczeliny w skale, niczym krew z rany zadanej przez mężnego wojownika przy pomocy doskonałej włóczni lub oszczepu. Mwesti wędrował poprzez te korytarze kilka dni i nocy. Z każdym dniem marniał. Jego ciało słabło i starzało się, stawał się niedołężnym starcem. Umierał, a jego kraina, która pozostawił na zewnątrz wraz z nim.

Dni i godziny mijały w sposób niezauważalny gdy Mwesti błądził w ciemnościach. Jego łachmany ciągnęły sie powoli po ziemi. Na ślepo przemierzał niekończący się labirynt wnętrzności ziemi, gdy poczuł na swojej twarzy włókno pajęczyny. Gładkie, mocne niczym najlepsza tkanina, jednocześnie zimne i lepkie, wręcz odpychające. Był już blisko kryjówki Anansiego Szedł dalej, w końcu zobaczył krąg światła wpadającego przez otwór w sklepieniu. Zaczął się do niego zbliżać. Wszędzie były porozwieszane gigantyczne pajęczyny. Czasami całe pasma, a czasami samotne nici, zawieszone między sklepieniem a ziemią, a także tworzące chaotycznie, splatające się ze sobą struktury. Gruba warstwa wyścielała ściany i ziemię w tej grocie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%