Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 36 min czytania

Anas platyrhynchos

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Anas platyrhynchos

Spływały wtedy pasma czarnego strumienia. A spływem swym mijały, by zacząć od końca: zatoki kości miednicy wydatnie narzucające przestrzeni strefę ciała, wąski przesmyk powiedzmy-talii - a właściwie kręgosłupa symbolicznie owiniętego mięsno-skórną powłoką, szerokie połacie zryte polodowcowymi ozami, zawierającymi obwisłe, spiczaście zakończone ledwowzniesienia pseudopiersi. Nim strumienie wrócą ostatecznie do źródła, obmyją też słup szyi, jak fala obmywa starą, mającą zaraz paść morską latarnię. Tu, gdzie rodzą się smutne, czarne pasma, osadzono również wielkie, wyłupiaste oczy, wpatrzone tego dnia, tej godziny, tej minuty i tej samej sekundy - w siebie. Dookoła zaś skóra, chyba za mała, musi uciskać w czaszkę, na którą ją siłą naciągnięto. Stawy były ambitne. Zapewne tej właśnie nieposkromionej ambicji pokłady wykorzystały, by tak daleko wysunąć się poza kończyny, co to je niegdyś zrodziły. Przesunęła. Patykami wyrastającymi z nadgarstków przesunęła po wspominanych ozach, po jej własnych, polodowcowych żebrach. - Jestem za gruba. - wycedziła, wpatrując się w przylepione do lustra wąskie usta, jakby zdziwiona ich niespodziewanym się poruszeniem. Kilka niepewnych zgrzytów, kilka stuknięć kością o kość, jednym wzgórzem o inną bruzdę, i jej twarz znalazła się w bliskim nieopodalu urozmaicającego ścianę okna. I to właśnie okno, wraz z tamtymi właśnie lustrem, pomiędzy napomknąwszy o drzwiach w jednej sztuce, były jedynym, co przerwało monotonię pokoju, którego ściana była tak bliska podłogi, którego podłoga była tak bliska sufitu, że pająk nie wiedziałby, czy spaceruje po podłodze, czy spaceruje po suficie, czy spaceruje po ścianie. A jeśli po ścianie - po której spaceruje? Ściany są wszakże cztery. Jedna ściana jest taka sama, druga ściana jest taka sama, trzecia ściana jest taka sama, czwarta ściana jest taka sama, sufit jest taki sam, podłoga jest taka sama. Drzwi, lustro, okno. Lubiła stać nago w oknie. Dzień był tego dnia nienasycony. Deszcz wypłukał z niego barwy, co następnie wsiąkły w glebę - może radując ślepe oczy kretów - wessały je studzienki, dławiąc się i plując, najczęściej się jednak zapychając. Ale ten obraz przed oczyma wypiętymi z czaszki, a tak niebieskimi, że właściwie to kolor niebieski winno się zwać imieniem jej oczu (gdyby oczy nosiły imiona), nie był już deszczowy, tylko deszczem z lekka nasiąknięty, może też deszcz z lekka zwiastujący. Weszła. Delikatnym krokiem weszła w tę szarą lukę między padaniami, przybrana szarą, długą suknią. Szarą nie - szarodniową. Bo zwykła też nosić złotodniowe, brązodniowe czarnodniowe (inaczej - nocne) i czerwodniowe. W dni soczyste zielenią - z braku właściwej sukni - nie wychodziła ze ściany, ściany, ściany, ściany, podłogi, sufitu, lustra, okna i drzwi. Jej stopy stąpały w obawie każdego się postawienia, jej serce drżało jak liście drżą, jakby w każdej chwili mogło spaść i roztrzaskać się o kostki polbruku. Palcopatyki ściskały gruby plik zaadresowanych kopert. Kałuże, jak to miały w zwyczaju, zwyczajnie chlapały (bo to woda umykała przed grożącymi jej butami, rozrzucając się dokoła). Wzdłuż ulicy Miętowej życie żyło własnym życiem. Czasem tubylcy zdołali dopaść je i nadsiorbać, jak ci młodzi państwo młodzi, co z uśmiechem wnosili uroczy do nowego mieszkania kredensik (zawahała się tutaj, przystanęła, po czym zagradzających jej drogę młodych ludzi z kredensikiem ominęła). Czasem jednak życie umykało gdzieś niespodzianie, gdzieś nieprzewidzianie - jak wtedy, gdy umknęło przed przecinającym wzdłuż Miętową BMW 760. Staruszka umknąć już nie zdążyła. Pan Jan wstał dziś później. Nie miał zajęć w szkole, mógł więc obudzić się wyspanym, poczytać w łóżku i dopiero przed południem wyjść do sklepiku pani Halinki po bułki. Żona pana Jana nie wiedziała o tajemnym romansie pani Halinki i pana Jana, bo nie istniała, odkąd belferzyna był starym kawalerem, zaś sam romans na tyle był tajemny, iż wiedział o nim jedynie pan Jan. Bywały dni bardziej od omawianego się odznaczające życiem, lecz tym razem było ono najwidoczniej wypłukane przez dżdżystą erozję, która nawet letnim przedpołudniom nadaje nierzadko wieczorno-wczesnoporanny posmak. Nadepnęła na ogon psa. - Kartofleeeee! - zawołał z oddali młody, a na starego wyglądający Paweł P. Oto pan Felicjan. Była to jej bratnia na tej ulicy dusza. Nigdy nie zamieniła z nim jednego choćby słowa, a on milczeniem grzecznie odpowiadał. Nigdy nawet nie kiwnęła na "dzień dobry", on zaś wzajemnie nieodkiwywał. Był jej jak ojciec. Pan Felicjan dawniej pracował jako kierowca, w momencie jednak opowiadania historii był już od wielu lat emerytem i od wielu lat miał trudności z kierowaniem czymkolwiek, wliczając czynności swej fizjologii. Któż jednak wie, może był to tylko zabieg z tych poprawiających wygodę, że pan Felicjan mocz oddawał w spodnie. Może o to tylko chodziło, by nawoływania sedesu nie wyrywały go z objęć pasji, hobby odkrytego dwanaście lat temu. Oto pan Felicjan po zniknięciu z jego życia pracy, której był się przez tyle lat oddawał, długo nie mógł znaleźć odpowiedniej alternatywy, właściwego sposobu, by nowe surowce czasowe zagospodarować. Długo imał się różnych zajęć, wciąż nie mogąc odpędzić natarczywego wrażenia pustki. Próbował przez jakiś czas zostać fotografem, kupił nawet aparat - Zenit z niezłym obiektywem. Aliści próba zakończyła się jeszcze przed wykonaniem pierwszej nieudanej fotografii. Ratunek dla skołatanej duszy pana Felicjana pojawił się dopiero - jako się już napisało - dwanaście lat przed czasem omawianym, w postaci okna na ścianie mieszkania od urodzenia zamieszkiwanego. Niezwykłe owe okno, do tej pory jeno otwierane i zamykane, któregoś razu, z przypadkiem właściwym niezwykłym odkryciom, postawiło przed nosem pana Felicjana zupełnie nowe zastosowanie. Pokazywało życie. Od tej pory nie było chwili, w której pan Felicjan nie oddawałby się pasji obserwowania, patrzenia, wodzenia wzrokiem, podglądania, spozierania, oglądania, rzucania okiem, zerkania, wpatrywania się. W tej dziedzinie był on dla niej prawdziwym guru. Tego dnia nie zrobił pan Felicjan wyjątku i tradycyjnie spoglądał na jej powolny chód. Nieodkiwał jej na powitalne niekiwnięcie i wrócił do obserwowania dzieci bawiących się po drugiej stronie ulicy zwłokami kawki. Pan Felicjan nie był głupi, wiedział, że trzeci tego ranka ptak znaleziony martwy przed jego oknem nie jest częścią zjawiska zwyczajnego. Następny był parczek. Z tych parczków, co się je tylko z litości nazywa - i to tylko czasami - parczkami. Więcej słuszności byłoby w użyciu jednego z następujących wyrazów względnie określeń: miejska toaleta, kałuża, kilka drzewek i błoto, półławek, żygalnia, bagno, szuwarek, brud, pub, wylęgarnia komarów, szambo, publiczna toaleta, osiedlowa kochalnia, śmietnik, poligonik, wychadzalnia psów... Byłby również wśród powyższych wyrazów taki, który oznacza coś, przez co przejść trzeba idąc z jej domu na pocztę, gdyby zdołał go ktoś wymyślić. Zapach i widok parczku wzbudzał w niej ochotę załatwienia się. Tym razem się oparła. Chwilę dalej była rzeczka/smródka/kanał ze starym mostkiem, którego jeszcze starsze deski słynęły z promowania niepełnosprawności. Tego dnia - szarego, smutnego, mokrego - mostek okupowany był przez nieznanego jegomościa. Konkretniej - dżentelmena w wieku nieokreślenie starym, wspartego z rozmarzeniem o poręcz, głębokim wzrokiem wpatrzonego w hasające po brudnozielonej tafli kaczki krzyżówki. - Jak byłem mały... - zaczął gardłowo, nie przerywając się wpatrywania, akurat, gdy przechodziła za jego plecami - ...To one... tak tutaj... - zakreślił coś bliżej nieokreślonego dłonią w powietrzu, chybocząc się przy tym odpowiednio do stopnia i rodzaju ograniczenia punktów oparcia. - One tu wszędzie, tak, wie pan... Tak dużo - zagulgotał. - Jak byłem mały, to... pamiętam z ojcem żeśmy chodzili i one prawie... no prawie... z ręki, normalnie ich tak dużo było... - znów zakreślił coś w powietrzu, tym razem drugą dłonią, chybotnąwszy się w przeciwną niż ostatnio stronę. - Jak stamtąąąd... aż tam, jak się na peegeery idzie... Wie pan... Tak mniej więcej... Piękne ptaki. W powietrzu czuć było, że skończył. Na jakiś czas. - To pan jest piękny - szepnęła, by następnie postawić nogę przed siebie w celu ponowienia czynności spacerowych. Kość o kość, a od poczty dzieliła ją tylko krótka chwila. Postój: właściwie wymuszony - mniej chyba grzecznością, więcej brutalnym atakiem, który odkąd świat światem, nie znosi sprzeciwu. - Córuuuuunia! - pisnęła pierwsza z cioć głosem zabawnie (tak jej się wydawało) piszczącym, w opozycji dla jej wrodzenie niskiego basu. Ledwie zatrzymała stopy w bezruchu, przyszło jej zniknąć w otchłani soczystych przymiotów drugiej cioci. Ledwie się z przymiotów wydobyła, by złapać oddech, przyszło jej zetrzeć się z chropowatą wargą tej pierwszej. Trzecia, mając ograniczony dostęp - takoż i wzrost - dopadła kostki nieszczęsnej i je poczęła nabożnie miętosić. - Moja ty, pamiętasz, jak byłaś malutka, ciocia cię nosiła - mówiła ta trzecia, przekrzykując piski pozostałych zmieszne z jękami ofiary, kostki zaś nieodstępując. - Taką cię pamiętam, taką malutką! Pamiętasz? Chodziłaś taka mała, a ciocia cię nosiła, ti-ti-ti! - Ty! Ty schudłaś ostatnio! - rzekła basowo ciocia numer jeden, gdy pieszczoty trochę już zelżały. - No patrzcie, mówię wam, że schudła! - Co ty gadasz, to się przez tą popielatą sukienkę tak wydaje! - zabrała głos ciocia 2, ta obfita, niewysoka, umalowana, w długiej sukni z cekinami, z kokiem farbowanym półmetrowym tudzież z groteskowymi kreskami w miejsce brwi. - A ciocia mówiła, nie nosi się popielatego! W tym kolorze źle wyglądasz, ciocia mówiła tyle razy! Ale nie, zawsze myśli, że wie lepiej! Zdejm no te ciuchy, ciocia tobie dobrze radzi! - O, mądra się znalazła, będzie zdejmnować! - zaczęła ciocia pierwsza. - Jak ja mówię, że schudła, znaczy że schudła. No, toć mówię, że schudła! Co ty jesz, bidulo, co, takie biedne, o, jak jej żebra wystają - tutaj ciocia obmacuje ofiarę. - Niezdrowo mi wyglądasz, taka chudzinka. - Ja tą chudzinkę pamiętam jak taka malutka była, chodziła tak sobie, taka mała - znów ciocia z numerem trzy. - A teraz patrzcie no, jak wyrosła, jaka pannica! To już prawie kobieta! A taką ją pamiętam, jak ciocia woziła, no, pamiętasz ciocię? Do której ty już klasy zdajesz? A pamiętasz, jak ciocia cię nosiła, to mówili, że wyglądasz jak chłopaczek! No mówię, słowo daję, jak chłopczyk! - To na Arka tak mówili! - tu znowuż mówi dwójka. - Arek to się teraz wyrobił, ślub wziął kościelny, dziecko ochrzcili, a ty patrz, jaka wywłoka! A ciocia mówiła, że ci popielaty nie pasuje. No, co ty na siebie włożyłaś, co, dziecko? Co, córcia, ty sobie męża jakiegoś w końcu znajdziesz? Pamiętasz, co ciocia mówiła? Z takimi - rozumiesz - rzeczami, to nie wcześniej jak przed ślubem! A suknia to ma być biała, bo jak coś takiego na siebie włożysz, to ja nie wiem co to będzie! - Wiecie, ona mi wygląda na chorą - jeden. - Patrzcie jaka chudzina, słowo daję, ty się, córcia dobrze czujesz? Bo Marek to też tak miał, że chudł, chudł, a potem się okazało, że to prostata! - Marek, brat Baśki? Tej od Gienia z Pabianic? - spytała druga. - Co miał taki samochód, taki czerwony, obrzydliwy! Ja wam powiem, jak prosto - ściszyła głos - z burdelu. - Nie, ten od Potoczewskich, ze strony teścia jej matki, tej Karoliny, co jej dziecko umarło - wyjaśniła ciocia numer jeden. - A ty się, dziecko, mówię, lepiej przebadaj! Bo to wiesz, nigdy nie wiadomo, z prostatą nie ma żartów, wiem co mówię! - A ty pamiętasz, taka mała byłaś, jak cię ciocia nosiła, też tak chorowałaś - trójka. - Takie chorowite dziecko to było! Pamiętasz, pamiętasz? Jak cię ciocia woziła, tak się zmieniłaś, prawie dorosła, ti-ti-ti. - No, tylko do dobrego lekarza idź - dwójka. - Bo ja do tego Trębiszewskiego, złodzieja, już więcej nie pójdę! Pińdziesiąt złoty wziął, matko boska, co za złodziej! A jaką żonę ma brzydką! I jeszcze, wyobrażacie sobie, leki to mi za sto złoty zapisał na recepcie, no nie wytrzymam, co za złodziej! - Córciu, taka chudzinka! - 1. - Bo wiesz, teraz sobie przypomniałam co to jeszcze może być. Bo jak moja siostra się w nogę skaleczyła, to najpierw tylko spuchło, a potem się okazało, że to bór duszny! - Dur brzuszny! - 3. - To ja to też miałam, ale nie schudłam - 2. - Ale to nigdy nie wiadomo, u każdego inaczej. Jeden tylko dostanie kataru, drugi od razu do Pana Boga, jak to mówię. Dziecko, a ty się modlisz? Chodzisz do kościółka? - O, pamiętasz, jak cię ciocia paciorka uczyła? - 3. - Taka malutka byłaś, o taka, a jak ładnie mówiła! Jak sobie z ciocią chodziła, a teraz prawie dorosła! - Była mniejsza, to nie była aż taka chuda. - 1. - Ale nie wiem, to coś złego musi być. Bo to jednak warto się przebadać! Ja się ostatnio badałam, to się dowiedziałam, że mam śledzionę! Słowo daję, jak Boga kocham, w życiu bym nie pomyślała! - To Edek z Kalinowskich też miał - 2. - Męczył się dwa tygodnie w szpitalu i potem od razu do Pana Boga, jak to mówię. Ale on był złodziej i na kurwy chodził do - ściszyła głos - burdelu. - Jak ja byłam ostatnio w szpitalu - 1. - To się okazało, że powikłania są! Ale zrobił mi zastrzyk, taki młody doktor, chyba jakiś kuzyn Antka, i mi się, że tak powiem, polepszyło. Ale to nigdy nie wiadomo, lepiej zrobić badania. - Ja teraz na badania chodzę codziennie - 3. - Takie mi naświetlanie robią, sama nie wiem, ale to pomaga, już mnie tak łydka nie boli jak wcześniej. Wcześniej też nie bolała, ale chodzę na te , jak to mówią, naświetlania, bo to wiadomo, że nigdy nie wiadomo. - O, na łydki lepiej uważać - 2. - Tolcia z Kowalskich miała taki wrzód albo żylak, coś takiego i od dwóch lat inwalida! - Jak ja nie mogłam chodzić, to też mi się pogorszyło - 1. - Bo to nigdy nie wiadomo, trzeba się badać. - 3 - Ale do złodzieja więcej nie pójdę, niech gdzie indziej sobie szuka głupka! - 2. - Bo to lepiej uważać. - 1. - Jak była mniejsza, to raz też tak schudła i już dziecka nie uratowali, skolioza, reumatyzm, wszystko na raz... - 3. - A nie, to Marysia była, od Krystiana z Warszawy. - Krystian też źle skończył, raka piersi miał - 1. - Krystian to źle skończył, bo pijak i złodziej! Był. - 2. - I od tego dostał raka i to nie żadnego piersi, to był już rak wszystkiego! - A, miałam, miałam... - 3. Owa dyskusja podobnym torem jechała jeszcze dobrych kilkadziesiąt minut, aż do wypatrzenia po drugiej stronie ulicy kolejnej przez ciocie ofiary. Nasza bohaterka była jednak usunęła się z towarzystwa asympatycznych matron już w chwilę po tym, gdy udało jej się uwolnić z okowów ich czułości. W tym momencie wrzucała już ostatni list do czerwonej skrzynki wiszącej na ścianie poczty. Tylko tą jedyną skrzynkę raczyła swoją korespondencją. Była czerwona, wisiała na ścianie poczty - z tych powodów nikt do niej nie zaglądał i tym samym nikt nie mógł przeczytać jej listów. Wracała pustą, szeroką drogą. Szarość nieba szumiała, drzewa pochylały się delikatnie, szepcąc coś o swoich liściach. Cegły wznosiły się po obu stronach pustej, szerokiej drogi w brzegi koryta. Szepty drzew niepokoiły ją. Koryto niepokoiło ją. Więcej jednak obawy wlał w nią chrapliwy, przeciągły odgłos, dochodzący jakby zewsząd i znikąd zarazem. Najwięcej obawy wlał w nią chrapliwy odgłos brzmiący jej imieniem. Przystanęła, jakby w nadziei, że dźwięk ustanie wraz z nią. Nie ustał - następny raz usłyszała swoje imię, wychrypane gdzieś nieopodal przez coś niewidzialnego. Rozejrzała się. Gołąb konał na środku szerokiej jezdni. Widok trzepoczącego konwulsyjnie skrzydłami, miotającego się dookoła, bezskutecznie próbującego utrzymać życie między piórami zwierzęcia, częściowo ukoił jej nerwy. Przyspieszyła kroku i już kilkanaście minut później na powrót znalazła się przed jedynymi drzwiami, jakich nie bała się otwierać.

A drogi płynęły i księżyc płynął wraz z nimi. I świat płynął cały, gdy deszcz owijał go swym rządem. Gdzieś tonął zagubiony skarb dziecka. A ulica Miętowa sunęła tej nocy, ślizgała się cała, jakby sama chciała z siebie uciec, gdy chmury wypuszczały swe nici, gdy chciały się z ziemią - najwyraźniej - zeszyć. Puk. Puk. Puk. To ja, burza. To ja pukam w twoje szyby. Bębnię w parapety. Szarpię za drzewa. Roziskrzam niebo, na mrugnięcie powieką przywracając dzień. Jak wojnę na drugim biegunie świata oglądacie mnie ze swych betonowych bunkrów... A co z muchą dzieje się w czasie burzy?

Wstała dni później w liczbie dwóch i wyszła wcześnie rano, nie widząc sama celu. Obudziła się w sukni szarnodniowej i weszła w dzień całkiem bez barwy. Nie było jednak kredensu i młodych ludzi. Nie było "kartofliii" i romansów w sklepie. Nie było pana Felicjana. Nie było nawet pana Felicjana w jego wiecznym oknie! Gdzieś przed oczyma umknęło jej życie. Szukała w krzakach i zaglądała w śmietniki. Nie lubiła być przez życie zauważana, jednak sama lubiła życie zauważać. W śmietniku znalazła kopertę. Zaadresowała ją prędko i ruszyła tempem nieswojo żwawym znaną drogą. Gdzieś słyszała zagubiony płacz dziecka. I oto kolejny jej krok odnalazł życie. Oto stłoczyło się niezwykłą dla siebie metodą, ścisnęło niemożliwie - całe w jednym punkcie wszechświata. Właśnie tam, kilka kroków przed nią kuliło się, siedząc niezgrabnie na moście. Przystanęła. Czekała, aż zacznie. Trwało to chwilę, może chwil nawet kilka. - Spłoszyłem wszystkie ptaki... - rzekł w końcu, jakby zdanie było owocem wcześniejszego magazynowania dostępnych pokładów werbalnych, tak, by wypowiedzieć się szybko, wyraźnie i bez gulgotania. - Paaanie! Spłoszyłeeeem... - powtórzył, w sposób tym razem bardziej dla siebie typowy - A jak uciekały... bestie... - zakreślił dłonią łuk, tym razem nie przewracając się, będąc wszakże w pozycji siedzącej. - Tam... chyba tam poleciały... Ale to te, co…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Anas platyrhynchos — czytnik · opowiadania